Wyszukiwanie zaawansowane
Relacje
do poprzedniego artykułudo końca stronydo strony głównejpowrót do spisu treścido galerii obrazówdo następnego artykułu
2007-01-27 | Warszawa | Michał Strzelecki
Zimowa wyprawa w Beskid Sądecki, czyli ludzie, o których upomniała się zima, góry, schronisko i coś tam jeszcze

27 stycznia - 3 lutego 2007

 

 

Dzień pierwszy, 27 stycznia
(Kazuń Polski) >>> Warszawa >>> Częstochowa >>> Tylicz
Punky GOT: 0

 

Właściwie to wszystko mialo wyglądać zupełnie inaczej. Normalne zimowisko w Górach Kamiennych z całą drużynę, trochę własnego programu. Kupiliśmy już nawet mapy Sudetów i zaplanowaliśmy trasy wycieczek, a tu nagle ZONK. Zimowisko z powodu jakichś problemów organizacyjnych przeniesione w Góry Świętokrzyskie. Po szybkiej naradzie zdecydowaliśmy, że nie jest to dla ans interesujący teren na 7 dni łażenia. Ergo: robimy w pełni suwerenną wyprawę zimową K2. Tak się pięknie składało, że mama Karola razem ze znjaomym księdzem organizowała w Tyliczu zimowisko i miała jeszcze wolne miejsca w autokarze. Tak więc transport w obie strony i pewnie ze dwa noclegi w Tyliczu mielismy zapewnione. Ergo: jedziemy w Beskid Sądecki.

 

Ja z Winiarem spotkałem się przy Bitwy Warszawskiej, gdyż właśnie tamtędy miał przejeżdżać autokar, do którego reszta pasażerów wsiadła już w Kazuniu. Po krótkiej chwili sms od Karola, że mają małe opóźnienie - no cóż, trudno. Po 20 minutach telefon, że jeszcze bardziej się spóźnią, bo są kiepskie warunki na drogach. Czas spływał nam więc na rozmowach - Konrad stwierdził, że zapomniał menażki, ale ogólnie było wesoło.

 

 

Już w autokarze.

 

Po chwili już wariowaliśmy z nudy. Tu Karol przymierza wspaniały wyrób WP - szalokominiarkę.

 

Autokar, który po nas w końcu przyjechał, trochę nas początkowo przeraził. Winiar wymamrotał tylko "No to już widzę, jak dojedziemy". Ale na szczęście nie było tragicznie, obyło się nawet bez pchania. A co najważniejsze w środku było całkiem ciepło.

 

 

Próbowaliśmy też czytać książki (przez cały wyjazd przeczytaliśmy niecałe 60 stron), ...

 

..., a także drapaliśmy się po plecach i gadaliśmy.

 

Po drodze zatrzymywaliśmy się kilka razy. Raz na stacji benzynowej, bo ktoś musiał skorzystać z toalety. Raz w Częstochowie, żeby zabrac Malwinę (pozdrawiamy! ;). Raz przy jakimś klasztorze, zeby coś zjeść i zabrać księdza. I potem jeszcze raz, chyba w Nowym Sączu, żeby zabrać wujka Karola, a także wypożyczyć i załadować do autokaru narty dla wszystkich.

 

 

Nasz prowiant w postaci zupek chińskich, zupek Knorra, słodkich chwil, chleba, konserw, dżemu, kabanosów, bakalii, czekolady, andrutów (zostały po kolacji) oraz zupek chińskich i słodkich chwil.

 

A tu Winiar faszeruje się pigłukami, chyba biocynkiem.

 

Już w Tyliczu, po zjedzonej kolacji, zrobiliśmy remanent żarcia i sprzętu. Kalorii we wszelakiej formie mielismy aż za dużo. W dodatku dwa dni później przyjechał Kurek, który dowiózł caly plecak pełen sloików z fasolką po bretońsku - ale nie wyprzedzajmy faktów. Potem jeszcze długo gadaliśmy z wujkiem Karola - otrzymalismy garść praktycznych rad, ale wysłuchaliśmy też kilku tragicznych historii, które wydarzyły się w najbliższej okolicy zimą.



Dzień drugi, 28 stycznia
Tylicz - Huzary (864) - Góra Parkowa - Krynica-Zdrój - Przełęcz Krzyżowa - Dolina Czarnego Potoku >>> Schronisko PTTK Jaworzyna Krynicka (1114) - Runek (1080) - Schronisko PTTK na Łabowskiej Hali (1064)
Punky GOT: 29

 

W niedzielę wstaliśmy dość wcześnie rano i poszliśmy do kościoła na mszę. Organistka pomyliła się przy śpiewaniu "Chwała...", ale za to kazanie było bardzo rozbudowane i ciekawe, chociaż trudno było się w nim połapać. Potem jeszcze podczas ogłoszeń ksiądz zachęcał m. in. do kupowania gromnic, które "wkłada się do rąk umierającym". Zastanawialiśmy się poważnie nad zakupem jednej - kto wie, a nuż się nam przyda na szlaku? - jednak stwierdziliśmy, że musimy oszczędzać. Szybko wróciliśmy na śniadanie, które upłynęło na wesołych rozmowach.


Mam Karola: Uważajcie na siebie...
Karol: Mamusia, ty lepiej oglądaj uważnie komunikaty GOPRu.
Mama: Ja mówię na poważnie.
Karol: Ja też ;P

 

Jeszcze tylko sprawdzamy, czy mamy numer do GOPRu...

 

... i możemy ruszać.

 

- Kiedy wrócicie?
- Jak nas GOPRowcy zwiozą.

 

Potem jeszcze zrobiliśmy herbatę (i dosypaliśmy pół kilo cukru), spakowaliśmy się do końca, poprosiliśmy Lusię o pamiątkowe zdjęcie, na wypadek, gdybyśmy mieli już nie wrócić i wreszcie ruszylismy w drogę.

 

Podczas podejścia pod górę Parkową złapaliśmy pierwsze fazy: zaczęliśmy bawić się w wyprawę himalajską - chcieliśmy nawet zakładać obozy i poręczówki, jednak stwierdziliśmy, że nie mamy ani lin, ani namiotów, ani Szerpów. W związku z tym musieliśmy kontynuować naszą wędrówkę w normalny sposób. Szybko dotarlismy do Krynicy, gdzie dokupilismy trochę leków do apteczki i i trochę czekolad, po czym ruszyliśmy dalej.

 

Niestety szybko zaczęła się psuć pogoda. Gdy doszliśmy pod dolną stację kolejki na Jaworzynę Krynicką, była mgła, padał śnieg z deszczem, do zmroku pozostały dwie godziny, a przed chwilę GOPRowcy zwieźli kogoś na akii ze stoku. Mieliśmy zaplanowane jeszcze wejsćie górę (2h) i przejście na Łabowską Halę (2h), co przestawało być w takich warunkach realne. Szybki telefon do Schroniska na Jaworzynie z pytaniem o najtańszy nocleg. Odpowiedź (60zł) wszystko wyjaśnia - wbijamy się do kolejki, wjeżdżamy elegancko na górę i idziemy dalej na Łabowską Halę. Wyjdzie taniej.

 

 

Krótki odpoczynek i sprawdzanie pozycji na mapie - szkoda, że nie wzięlismy naszego drużynowego GiePeSa.

 

Las, jak las.

 

Przy górnej stacji zatrzymaliśmy się tylko na chwilę: zjedliśmy troche kabanosów i czekolady, popiliśmy to wszystko zabójczo słodką herbatą, Winiar kupił kartki pocztowe i poszliśmy dalej.

GOPRowcy: Hola, kawaleria, gdzie idziecie?
My: Na Łabowską Halą.
GOPRowcy: A wiecie jak to daleko? Znacie numer na GOPR? etc., x3
My: Tak, wiemy, znamy, etc., x3
GOPRowcy: No dobra, to idźcie.

 

Szlak był w marę przyjemny, bez większych podejść, jednak dość szybko zaczęło się robić ciemno. Zaczęliśmy sobie opowiadać historie o ludziach, którzy nigdy nie wroćili z gór, bo zamarzli podczas zadymki 100 metrów od schroniska albo swojego namiotu, którego nie byli w stanie odszukać. Nie do końca poprawiło nam to humor. Pod koniec marszu mieliśmy już niezłe odloty, a Winiar widział żandarmów, którzy chcieli go wsadzić do więzienia. Na szczęście zauważone światełko nie było kolejną złudą i fatamorganą, tylko lampą świecącą w schronisku.

 

 

Nie pytajcie, co Winiar robi na tym zdjęciu. A obiektyw aparatu to wcale nie zaparował, nie, bo w sumie to po co ;P

 

 

 

W schronisko zastaliśmy tylko panią, która aktualnie w nim urzędowała. Zapłaciliśmy za nocleg, zjedliśmy kolację, trochę porozmawialiśmy z panią, która nas obsługiwała i szczerze się dziwiła, że "chce nam się tak zimą łazić".

 

 

Patrzymy na mapę, piszemy kartki, ...

 

... przepakowujemy się.

 

Od pani ze schroniska dowiedzieliśmy się też, że nie zawsze jest tu tak pusto i ze przykładowo dzisiaj rano opuściła ją 30 osobowa grupa. Ale jak na razie byliśmy sami i w naszym pokoju każdy miał do dyspozycji 3 łóżka. Potem przyszły jeszcze dwie osoby, więc musieliśmy ogarnąć trochę wszystkie nasze mokre rzeczy, które były porozwieszane po całym pokoju, ale w sumie i tak miejsca było aż za dużo.

 

 

A potem wszyscy zaliczyli zwałkę, ...

 

... więc tylko LB i robienie zdjęć, ...

 

 

... a po chwili grzecznie usnęliśmy.

 

 

 

Dzień trzeci, 29 stycznia
Schronisko PTTK na Łabowskiej Hali - Pisana Hala (1043)- Schronisko Cyrla
Punky GOT: 8

 

Pobudka o 7:00. Na sali egipskie ciemności, za oknem nic nie widać i tylko słychać szum wiatru. Wyszliśmy na chwilę na dwór, żeby zobaczyć jak wygląda pogoda, ale też nie wyglądała, bo zewnatrz było jeszcze ciemniej niż w środku. Stwierdziliśmy jednak, że pewnie niedługo się przejaśni, toteż zjedliśmy szybko śniadanie i po cichutku, żeby nikogo nie zbudzić, wymknęliśmy się ze schroniska (nocleg opłaciliśmy dzień wcześniej).

 

 

Rano pogoda była świetna, świeciło słońce, nie wiało i wcale nie padało...

 

Schronikso na Łabowskiej Hali w całej okazałości.

 

Na początku było nawet nienajgorzej. Co prawda strasznie wiało, ale droga była wygodna. Jednak po 100 metrach musieliśmy skręcić na mniejszą ścieżkę, którą poprowadzony był szlak. I zaczęło się brnięcie w śniegu, którego cały czas przybywało.

 

 

Pierwszy postój, na szczęście nadal była piękna pogoda.

 

Pięknie jest przebywać na łonie nieskażonej niczym natury.

 

Dość szybko stwierdziliśmy, że nasze ambitne plany na zejście do Rytra i dojściu na Prechybę będą musiały zostać okrojone. Cóż, mówi się trudno, trzeba iść dalej, tym bardziej że było przeraźliwie zimno. Zostawiliśmy za soba pierwszą (a może to byłą już druga?) kapliczkę. Jak się później miało okazać, nasza droga tego dnia miała hasło przewodnie "memento mori". Ale nie wyprzedzajmy faktów.

 

 

Pierwsze dwa groby.

 

Pierwsza kapliczka.

 

- Może staniemy na chwilę na odpoczynek?
- Dobry pomysł, tu jest akurat takie fajne miejsce.
- Ej, zobaczcie co tu sterczy ze śniegu!
- To chyba dwa krzyże...
- ...

Trochę dziwne uczucie - człowiek chce odpocząć, staje, patrzy, a tu krok od niego dwa groby. I tak dobrze, że nie były puste albo że nie znaleźlismy łopaty, bo byśmy wtedy już chyba tam zostali. Przypomniała nam się historia wujka Karola. O dwóch chłopakach, którzy z Rytra podchodzili zimą na Łabowską Halę. Musieli założyć dwa nieplanowane biwaki - dla jednego skonczyło się to śmiercią, drugi wyszedł z tego z ciężkimi odmrożeniami.

 

 

Kapliczka numero 2.

 

I numero 3. [...]

 

Zapomniałbym dodać o najważniejszym. Tego dnia mieliśmy nową obrzędowość i bawiliśmy sie w polarników. Po pierwsze dlatego, że pogoda była iście polarna, a po drugie ponieważ jakoś na początku drogi troche rozmawialiśmy o Roaldzie Amundsenie. I jego biografii napisanej przez Centkiewiczów pt. "Człowiek, o którego upomniało się morze". Ale potem sami zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie napisać książki o naszych przeżyciach - nazwalibyśmy ją "Ludzie, o których upomnial się wiatr". Lub też "Ludzie, o których upomnial się śnieg". Albo ewentualnie "Ludzie, o których upomnial się las". Albo bardziej ogólniej "Ludzie, o których upomniały się góry" lub tez ewntualnie "zima". Ogólnie rzecz biorąc koncepcje tytułu zmieniały sie wraz ze zmianą pogody i najbardziej dokuczliwego jej czynnika.

 

 

[...] Kapliczka numer 2940.

 

Dla odmiany Miejsce Pamięci.

 

Po kilku godzinach drogi, w czasie których przebylismy zaledwie pare kilometrów spotkalismy pierwszych ludzi. Szli z naprzeciwka (swoją drogą to fajnie byli ubrani - jeden miał gumiaki) i zapewnili nas, że do Cyrli będziemy mieli przetarta drogę. Mhm, akurat. Po 200 metrach znowu brnęliśmy w zaspach usypanych na nowo przez śnieg. Ale do schroniska nie bylo już na szczęście daleko. Na miejscu byliśmy w samo południe. Po równo pieciu godiznach nieustannego marszu. Przeszliśmy całe 7 kilosów i stwierdziliśmy, że nie ma sensu iść dalej.

 

 

Winiar w kurtce z maskowaniem Amundsen.

 

Troszeczkę zmęczeni i zamuleni. I obiektyw trochę zaparowany.

 

- Dzień dobry, znajdzie się nocleg dla 3 osób?
- A jaki?
- No taki w miarę możliwości najtańszy.
- A co to dla was tani nocleg?
- Hmm... No tak 15-20 złotych...
*tryumfalnie* - Ha! I to pewnie na podłodze?
- No powiedzmy.
- Ha! A u mnie będziecie mieli za 11 złotych na łóżkach.
- No to świetnie.
- To pójdźcie tam do tamtego pokoju i się rozlokujcie.
I wcale nie spaliśmy na podłodze, nie bo po co, chyba nam się tylko zdawało albo sam już nie wiem. Ale było rzeczywiście tanio, więc jakoś głośno nie narzekaliśmy.

 

 

Słuchaliśmy mp3...

 

..., graliśmy w szachy...

 

Plan wydarzen i zajęć w schronisku:
- rozłożenie wszystkich mokrych rzeczy do suszenia na grzejnikach i wszędzie, gdzie się da
- obiad
- grzanie się przy kominku
- kupowanie kartek i znaczków, a następnie pisanie smsów z pytaniem o adres do znajomych (Winiar)
- leżenie
- granie w szachy
- słuchanie mp3
- pisanie kartek i naklejanie na nie znaczków
- rozmowy, gapienie się na mapę
- mycie się
- pisanie smsów, przeglądanie książki telefonicznej, ładowanie komórek
- jedzenie kiśli i kanapek z pasztetem.

 

 

..., pisaliśmy smsy.

 

 

 

Około 18:00 zaczęliśmy dostawać szału. Ktoś rzucił, że książka powinna nazywać się "Ludzie, o których upomniało się schronisko". A potem ktoś z pozostałych gości (jakaś rodzina z dziećmi i chyba znajomym księdzem) zaczął grac na gitarze i śpiewać jakimś takim smętnym i przymulonym głosem. A na dodatek same jakieś hity: "Czarny blues o czwartej nad ranem" i inne tym podobne. Zwariować można było.

 

 

..., aż w końcu padliśmy.

 

 



Dzień czwarty, 30 stycznia
Schronisko Cyrla - Rytro - Wdżary Wyżne (856) - Prehyba (1175) - Schronisko PTTK na Prehybie
Punky GOT: 22

 

 

Tradycyjnie juz zdjęcie schroniska.

 

Sarenki! xD

 

Jak co dzień pobudka, w miarę sprawny zbieranie się i ruszamy. Po mniej więcej pół godzinie schodzenia zauważamy przy drodze jakiegoś wieśniaka. Po chwili okazuje się, że to nie wieśniak, tylko Kurek, który dojechał do nas nocnym pociągiem i znudzony czekaniem na umówionym miejscu, zdecydował wyjść nam naprzeciw. Tak więc już w komplecie schodzimy do samego Rytra. Szybkie zakupy w sklepie. Na szczęście nie musimy wydawać dużo kasy, bo swojego prowiantu mamy aż nadto, a poza tym Kurek dowiózł trochę żarcia - jego plecak jest pełen słoików z fasolką po bretońsku i z trudem można go podnieść. I już idziemy dalej, niestety znowu pod górę.

 

 

Zimowa sceneria nr 1 (strasznie artystyczne zdjęcie).

 

Zimowa sceneria nr 2 (też strasznie artystyczne zdjęcie).

 

Początkowo jest bardzo przyjemnie, droga prawie ze pozioma, gadamy, podziwiamy świecące pustkami stoki narciarskie i przypatrujemy się sarnom, które wyglądają na nas z lasku. Droga jest bardzo wygodna, jednak wkrótce wchodzimy w las, a podejście zacyzna być naprawdę ostre. I takie będzie już do końca.

 

 

Niekończące sie podejście pod Prehybę.

 

Brniemy w śniegu niczym zagubiona karawana (cóż za straszliwie artystyczny opis).

 

Pogoda się pogarsza, droga coraz trudniejsza, końca nie widać. Karola zaczyna boleć brzuch po tym, jak popił kabanosy na wpół zamarznięta wodą.
"Jak dojdziemy do schroniska to poproszę o jakieś lekarstwo, a jak nie będą mieli, to nie ma bata, kupię gorzkiej żołądkówki, bo nie wytrzymam."

 

 

Jak widać na zdjęciu śniegu wcale nie było dużo. A poza tym na zdjęciu widać Kurka w goglach i z plecakiem.

 

 

 

Wreszcie po kilku godzinach marszu, przerywanego tylko postojami na pobranie paru kalorii i założeniem na siebie kolejnej części odzieży, dochodzimy do węzła szlaków. Jeszcze chwilka i widzimy tabliczkę "Schronisko na Prehybie - 15 minut". Czyli się udało. W dodatku już nie wieje, mimo że jesteśmy na otwartej przestrzeni. Tylko śniegu raczej dużo niż mało. No ale cóż. Zaczynamy wydeptywać ścieżkę. Latamy zygzakiem, jednak na pobliskich drzewach nie widać szlaku, więc idziemy na czuja do góry. Potem polanka się rozwidla na dwa korytarze. Wybieramy lewy. Po kilkudziesięciu metrach przedziaramy się do prawego korytarza. Idziemy dalej i wtedy nagle widzimy ją. Tak, znaleźlismy tabliczkę ze szlakiem i drogowskaz. Podchodizmy bliżej, a tam figa. "Gra na orientację, nie zrywać". Zachciało się komuś gry. Idziemy jednak dalej, bo nikt nie ma siły wracać i docieramy na małą polankę na szczycie jakiegoś wzniesienia. Zdejmujemy plecaki i rozchodizmy się promieniście we wszystkie strony w posuzkiwaniu szlaku. I wtedy nareszcie go znaleźliśmy, a raczej Winiar znalazł i to nie szlak, ale jakąś ścieżkę, która prowadziła do jakieś kapliczki czy czegoś. Stwierdzamy, że ta dróżka musi gdzieś dochodzić do szlaku - i rzeczywiście, za chwilę jestesmy już przy tabliczce "Schronisko - 10 minut". Po prawie trzech kwadransach błądzenia. Na szczęscie dalej jest "z górki" i szybko trafiamy do schroniska.

 

 

W naszym pokoiku, ...

 

..., w którym wcale nie było gorąco, ...

 

- Gdzie możemy się rozlokować?
- Zaraz was zaprowadzę do pokoju, tylko odśnieżę wejście.
*mijają trzy godziny, podczas których gospodarz cały czas krząta się na podwórzu*
Wreszcie - po tym jak dawno zjedliśmy juz obiad i zajęliśmy wszystkie kaloryfery na stołówce - właściciel schroniska przyszedł i zaprowadził nas do naszego pokoju. Wchodziło się z podwórza przez osobne drzwi. Latem stacjonował tam chyba GOPP, ale teraz było pusto. Podziękowaliśmy i grzecznie usiedliśmy na łóżkach. Po chwili poderwał nas krzyk - był to Winiar, który poszedł jeszcze skorzystac z toalety w głównej części schroniska i dopiero teraz do ans dotarł. A krzyczał, ponieważ stwierdził, że nie chce mu się zakładać desantów i przytuptał do nas w klapkach, a po drodze wpadł z zaspę - mimo 3 godzin odśnieżania śniegu było pełno.

 

 

..., więc wcale nie lataliśmy w samych boksach.

 

 

 

Szybko okazało się jednak, że w nasyzm pokoju jest aż za gorąco. Rury od ogrzewania były strasznie grube, oplatały cały pokój, a za ścianą ktoś ciąglę dorzucał węgla do pieca. Zdjęliśmy wszystko prócz boksów, otworzyliśmy okno i drzwi, ale i tak było nam za gorąco. I wtedy właśnie wpadliśmy na pomysł kąpieli śnieżnej.

 

 

Kąpiel śnieżna.

 

I po kąpieli śnieżnej.

 

Jak widać na zdjęciach kąpiel śnieżna się odbyła i nawet nikt nie się nie podmrażał i nikt nie dostał hipotermii. A potem jeszcze coś zjedliśmy (m.in. sałatkę z ogórków w półlitrowym słoiku z zapasów Kurka) i poszliśmy spać - z powodu ogrzewania przy otwartych oknach, bez śpiworów i w samych boksach, ale i tak bylo nam za gorąco.

 

Dzień piąty, 31 stycznia
Schronisko PTTK na Prehybie - Szczawnica - Schronisko PTTK Orlica
Punky GOT: 12

 

Początkowo chcieliśmy zjeść sniadanie na tarasie, ale potem zmieniliśmy plany.

 

 

 

Pobudka, śniadanie, etc., etc., czyli dzień jak co dzień. Na zewnątrz pełno śniegu, lekka mgiełka i nie widać ani skrawka niebieskiego nieba. Po krótkiej naradzie zdecydowaliśmy się zejść niebieskim szlakiem do Szczawnicy.

 

 

Prawie jak w "Tylko dla orłów".

 

Zasypane schronisko.

 

Trochę w górę, trochę w doł, od czasu do czasu postój z czekoladką, jednym słowem szlak jak co dzień. Potem bylo już coraz mniej w górę, a coraz bardziej w dół.

 

 

Jeep. Ciekawe tylko jak on tam zimą jeździł?

 

Wybraliśmy niebieski do Szczawnicy.

 

 

Bez podpisu.

 

 

 

I nagle zonk! Na którymś z kolei zakręcie spojrzeliśmy w bok i aż przystanęliśmy. Chyba po raz pierwszy zobaczyliśmy słońce i błękitne niebo. Widoki na Pieniny i Tatry w oddali przepiękne, chociaż trudne do uwiecznienia. Dalej pomaszerowaliśmy już dużo radośniej z nadzieją na piękną pogodę następnego dnia - 'tak, będzie cudnie, zrobimy kółko po Pieninach, wspaniałe wędrówki w zimowym słońcu i lekko zmarzniętym śniegu. Jak się później okazało trochę się jednak przeliczyliśmy.

 

 

Jedna z niewielu chwil ładnej pogody z jakimiś widokami. Panorama na Tatry...

 

... i (chyba) Trzy Korony.

 

 

Postój z herbatką i czkeoladą.

 

Zapalamy tea-light'a na grobie.

 

W pewnej chwili skapnęlismy się, że jakoś tak idziemy bez szlaku. Nie widać znaków, nie widać szlaku narciarskiego, jakoś brakuje przecinek, za bardzo pod górę i w ogóle nic się nie zgadza z mapą - ergo: zgubliśmy się. Nie przejęliśmy się tym jednak zbytnio - w końcu tereneznastwo mamy w małym palcu - i stwierdziliśmy, że to doskonała pora na odpoczynek. Wyjęliśmy herbatkę, czekoladę i wygrzewaliśmy się we wspaniałym słońcu. Niestety białe czapy na gałęziach drzew zaczęły się topić i spadały nam na głowę w postaci dużych kropel wody. Zdecydowalismy się więc na zakończenie pikniku, cofnęliśmy sie kawałek i odnaleźliśmy właściwą drogą - oczywiście ktoś sprytny nie namalował znaku, że szlak skręca w prawo.

 

 

Schodzimy, ...

 

..., schodzimy, ....

 

Im dłużej schodziliśmy tym mocniej grzało słońce i tym cięższy i bardziej mokry stawał się śnieg, przez któy brnęliśmy. W krótce byliśmy cali mokrzy - zarówno od potu, gdyż stawało sie coraz goręcej jak i od wody, w którą powoli zamieniał się śnieg na ścieżce. Stosunkowo szybko doszliśmy do utwardzanej drogi, którą jeszcze długo i przez różne osady schodziliśmy do Szczawnicy.

 

 

... i dla odmiany trochę odpoczywamy, ...

 

..., ale tu juz na szczęście idziemy dalej (już nad Dunajcem). OMG, kto napstrykal tyle takich samych fotek?

 

Na miejscu zrobiliśmy zakupy i powędrowalismy do schroniska, które oczywiście było na drugim końcu wsi. Bardzo miła pani wpuściła nas do środka i dała nam klucze do pokoju. I było by bardzo fajnie, gdyby nie to, że bylo przeraźliwie zimno - w całym budynku nikt nie grzał. Na szczęście dostalismy mały grzejnik, który przez cały czas naszego pobytu chodził na najwyższych obrotach (nie wylączyliśmy go na noc, mimo że tak nakazywało ostrzeżenie przeciwpożarowe na jego obudowie). Jednak i tak przez cały wieczór siedzieliśmy w grubych polarach/swetrach. W nocy nie było już tak zimno - może dlatego, że od kilku godzin włącozny był grzejnik, może dlatego, że od kilku godzin 4 osoby siedziały w jednym pokoju i chuchały, a może dlatego, że spaliśmy w śpiworach, w polarach i przykryci kocami.

 

 

Winiar w milicyjnym swetrze wżera Petit-Beurre'y.

 

Trochę butów i nasze jedyne źródło ciepła w tym schronisku - wspaniałe "słoneczko".



Dzień szósty, 1 lutego
Schronisko PPTK Orlica - Szczawnica PKS (x3) >>> Nowy Sącz >>> Krynica-Zdrój >>> Tylicz
Punky GOT: 0+

 

Jak sie okazało rano pogoda wcale się nie polepszyła. Nie było juz wczorajszego słońca, a na dodatek padał deszcz ze śniegiem. Stwierdziliśmy jednak, że warto spróbować zrobić choociaż niedużą wycieczkę. Zebraliśmy sie więc szybko, zostawiliśmy graty w schronisku i ruszyliśmy na przystanek PKS.

 

 

Śniadanie.

 

Poranna higienia.

 

Zanim jednak dotarliśmy na dworzec autobusowy zupełnie straciliśmy zapał do pieszych wędrówek - pogoda bynajmniej do nich nie zachęcała. Poszliśmy więc do informacji turystycznej, ale okazało się, że ze zwiedzania zamku w Niedzicy albo w Czorsztynie nici, bo nie wszystko jest czynne, a pzoa tym słabo z dojazdem. W związku z tym stwierdziliśmy, że najrozsądniej bedzie wrócić do Tylicza. Na dworcu autobusowym okazało się, że PKS mamy na pół godziny, więc ruszyliśmy biegiem z powrotem do schroniska. Dobiegliśmy do niego pare minut po końcu doby hotelowej, jednak większym zmartwieniem było dla nas to, że drzwi były zamknięte. W końcu jednak ktoś wyszedł i nam otworzył, więc wyjaśnilismy, że jednak zmieniamy plany i już będziemy spadać. Na szczęście nikt nam nie kazał płacić za następną dobę w schronisku, więc szybko i bez klopotów pożegnaliśmy się i ruszyliśmy biegiem do centrum. PKS złapaliśmy, gdy już ruszał z miejsca. Uff...

 

 

Karol w skarpetkach Basi.

 

Już w PKSie - ciekawe czemu wszyscy wyglądają jakby się nawciągali tabaki?

 

W Nowym Sączu również przesiadka w biegu, bo PKS do Krynicy odjeżdżał o tej samej godzinie, o której przyjeżdżał nasz ze Szczawnicy. Nie mogliśmy wiec odbyć - zapewne bardzo ciekawej - rozmowy z pijanymi rezerwistami i znowu zatrzymaliśmy odjeżdżający już autobus. Z kolei w Krynicy mieliśmy trochę więcej czasu na przesiadkę w busa do Tylicza, jednak poszliśmy do poczekalni kupić sobie chipsy i przez to znowu prawie się spóźniliśmy. Co prawda kierowca był trochę niemiły i najpierw nawrzeszczał na nas, że mamy za duże plecaki, potem że wsiadamy przednimi drzwiami, potem że nie mamy drobnych na bilet, a potem wydał nam 45 złotych reszty samymi monetami. No ale do Tylicza szczęśliwie dotarliśmy.

 

 

Telefoniczna relacja z meczu Polska - Dania. Specjalne podziękowania dla taty Konrada.

 

LB w Tyliczu.

 

 

Niektórzy udawali, że potrafią grać na gitarze i myśleli, że są fajni.

 

 

 

W Tyliczu robiliśmy jeszcze wiele ciekawych rzeczy, wszystkie albo prawie wszystkie są szczegółowo wymienione trochę niżej, pod datą 02.02.2007. Tego dnia z ciekawszych rzeczy wysłuchaliśmy przez telefon (telewizor, który stał na dole, nie odbierał żadnej ze stacji transmiutujących mecz) relacji taty Konrada z końcówki półfinału Polska - Dania MŚ w piłce ręcznej. A dlaczego tylko końcówki? No bo wcześniej byliśmy na na mszy świętej odprawianej w ośrodku oraz na spotkaniu wszystkich uczestników zimowiska (tego zorganizowanego przez mamę Karola), z których zostaliśmy ciutek wcześniej (przed końcem wszystkich ogłoszeń zimowiskowo-prafialnych) zwolnieni, żeby dowiedzieć się jaki jest wynik meczu, bo telefon kieszeni Konrada co chwila wibrował, a my co prawda dzielnie siedzieliśmy i udawaliśmy, że nic strasznego się nie dzieje, ale czynilismy to z ledwością - no a poza tym wszyscy chcieli się dowiedzieć, czy mamy finał. Okazało się jednak, że najpeirw jeszcze będzie dogrywka (a potem jeszcze jedna), więc na ostateczny wynik trzeba było jeszcze poczekać.

 

 

Nasza epicka relacja z wyprawy.

 

Nasza epicka relacja z wyprawy - c.d.



Dzień siódmy, 2 lutego
Tylicz i przyległości
Punky GOT: 0+

 

Lista zajęć i czynności wykonywanych przez nas w Tyliczu:
- jedzenie śniadań, obiadów i kolacji, tudzież dojadanie śniadań, obiadów i kolacji niezjedzonych przez dzieci z zimowiska
- zjadanie zapasów słodyczy dzieci z zimowiska
- spanie - rozmowy, opowiadanie o naszych wspaniałych przygodach
- granie na gitarze
- gra w ping-ponga
- zabawy we wspinaczkę i używanie przewieszonych schodów jako campusu
- zjeżdżanie na nartach i próby zjeżdżania na snowboardzie
- zjeżdżanie na snowboardzie jak na sankach
- lans na stoku.

A poniżej po prostu zdjęcia:

 

 

Niestety łapało tylko Radio Maryja i słowackie stacje.

 

 



 

Sesja zdjęciowa w łazience - ...

 

... - żeby nie było, że się nie myjemy.



 

Na stołówce.

 

Portret z kubkiem herbaty.



 

     



 

Stary i nowy kościół.

 

Stary kościół. A w prawym dolnym rogu Winiar robi zdjęcia jakiejś żeńskiej grupie (ta, tak to się dzisiaj nazywa).



 

Narty ...

 

... i snowaboard zastosowany jako sanki.



<

do poprzedniego artykułudo początku stronydo strony głównejpowrót do spisu treścido galerii obrazówdo następnego artykułu
©2000 - 2018  16WDH