Wyszukiwanie zaawansowane
Relacje
do poprzedniego artykułudo końca stronydo strony głównejpowrót do spisu treścido galerii obrazówdo następnego artykułu
1919-02-08 | Warszawa | Piotr Olewiński
ś.p. Jurek Boguski - wspomnienie

 

Wstąpiłem do drużyny Zawiszy Czarnego w 1911 roku gdy tylko idea organizacji skautowej dotarła do nas. Jerzy W. (Jerzy Wądołkowski – przyp. red.) był wówczas plutonowym, ja objąłem zastęp do którego między innymi zaliczony został Jurek.

Zwykła praca nasza oprócz zebrań i wycieczek schodziła na codziennym widywaniu się, gadaniu o zadaniach, celach i drogach, po których my skauci iść powinniśmy. Nie było wówczas dnia byśmy się nie widzieli, a życie łączyło nas mocnymi wiązami serdecznej przyjaźni i braterstwa. Jurek choć słabszy, fizycznie starał się zawsze dorównać, a często wyrywał się nawet mimo woli najbliższych i wówczas trzeba było używać całej powagi zastępowego by go utrzymać.

A rwała się ta jasna i radosna, zawsze promienna dusza młodego chłopca do pracy, do czynu nie ustawała nigdy. Trzeba było widzieć już wówczas Jurka jak się starał wypełniać najdrobniejsze obowiązki, a jeśli czasem podołać nie mógł - wolał niedospać byle spełnić obowiązek. A i zastęp nasz stanowił jakieś dziwnie bliskie braterskie koło. Dziś gdy spojrzę w przeszłość naszą, to mi się taką zdaje jasną, tyle było w niej jakiegoś uniesienia - dziecięcej wiary i najserdeczniejszego uczucia, co nas wszystkich łączyło, skuwało na całe życie.

Nie było nigdy tego, by który z nas coś robił, lub gdzieś chodził bez wiedzy innych, każdego zajmowało, co który z nas myśli i co czuje. Nic też dziwnego, że gdy nadarzyła się sposobność spędzania razem lata na wsi, na kolonji, zabraliśmy się tam prawie wszyscy. Była to wieś głucha, zaciszna, zapadła w moczarach, daleka od świata i ludzi, a życie tam na łonie przyrody, pod dachem i bez dachu, pod drzewem, na łódce i na wyspie — (kolonja była na Polesiu) wspaniałe — coś co skaut tylko wyśnić może.

Tam to Jurek cieszył się z każdej odmiany pogody, z każdego ćwiczenia, z obozowania na wyspach pod dębami, gdzie udawał kucharza i na rożnie piekł upolowane kaczki, z nocnej wycieczki łódkami przy księżycu, co pieśń jeno naszą odbijając daleko echem przerywała głuche milczenie; lub ze zrywania gruszek w ogrodzie. Całe to lato wspólnie spędzone jest dla mnie jakimiś ogromnie jasnym pasmem wspomnień, a Jurek promieniem co łączył w sobie radość życia i upojenie słońcem, przyrodą, zachwytem - wszystkie - umiał być tem dla ludzi, czego nieudolne me słowa odtworzyć nie pozwolą.

Ale czas niepowstrzymany w biegu pędzi, nie ogląda się na ludzi - niszczy to co zbudował, buduje nowe i gna gdzieś przed siebie. Jesień 1913 r. oderwała już mnie od takiego życia z Jurkiem i zastępem. Zostałem na kursie dla instruktorów. Jurek dostał zastęp i tu począł swe myśli i pragnienia w dusze innych przelewać. W pracy znowu się wyróżniał zdolnościami i sercem, odczuciem idei i dążeń. Został też wraz z Guciem (Tadkiem Gutowskim) przez drużynę wysłany w 1914 r., na kurs instruktorski w Skolem.

Wybuch wojny przerwał pracę kursu i chłopcy musieli wracać do Królestwa. W Krakowie widzieli oddziały strzelców J. Piłsudskiego. Jurek wrócił do Warszawy. Jednak często później żałował, że nie poszedł razem - rwała się już wówczas jego jasna dusza do służby. A kiedy po zajęciu przez Prusaków Warszawy miałem wymaszerować do I Brygady długie miałem z Jurkiem rozmowy. Brakło mi często argumentów na jego szczere i jasne pragnienia - prosiłem wówczas jak najbliższego by został - tracił do mnie zaufanie, czułem to najwyraźniej. Mówił często: „Dobrze Ci mówić - jak służysz już, a ja co kiedyś powiem jak mię zapytają".

Wróciłem w 1916 roku na rozkaz do pracy organizacyjnej. Jurek i inni widywali mię - rwali się serdecznie chłopaki - wstrzymywałem, zaklinałem często - prosiłem. Aż się wyrwali nie czekając najgorętszej chwili rozbrajania Niemców - nie mogli wytrwać, nie mogli dłużej już czekać - poszli. Zasmuciłem się już wówczas, bo żal mi było młodego i słabego Jurka, a on przecież był moim najbliższym i najserdeczniejszym, ale już mi nie wierzył.

Wyrwał się, - wstąpił i przydzielony został do 3 p. p. w Ostrowcu; później jego 3-cia kompanja odmaszerowała do Ostrołęki na służbę garnizonową. Umiał w życiu cieszyć się ze wszystkiego, teraz cieszył się że już został nareszcie polskim żołnierzem i w listach pisał (6.12.1918): „Jest mi w wojsku bardzo dobrze. Życie mamy dobre, dużo mięsa i wogóle wszystkiego obficie. Mój pobyt w skautingu bardzo się tu okazał dobrym i dlatego mi lepiej niż innym, mniej potrzebuję ćwiczyć, daję sobie zawsze i wszędzie radę, nie ustaję w marszach i t. p.". Tęskno mu było samemu, „przy braku ludzi inteligentnych" to też „zawczasu kreślę te parę słów, abyście Drodzy moi wiedzieli, że choć zdala jestem od Was, jednak stale z Wami obcuję myślami i stale przy Was. Przykro mi bardzo, że nie będę mógł dzielić się z Wami Drodzy, opłatkiem, ale niech zarówno Wam, jak i mnie osłodzi tę chwilę przeświadczenie, że spełniam swój najświętszy obowiązek". Nie próżnował i w wojsku. „Ja jak zapewne wiecie pracuję poza godzinami służbowemi w kancelarji kompanji, ponieważ dowódca kompanji dał mi polecenie obznajmnienia się z pracą administracyjną kompanji, więc pracy mam huk, ale mam to zadowolenie, że już sam prowadzę. Chciano mnie już zabrać do kancelarji pułku, bo im się spodobała moja robota, miałbym tam może lepiej, jeździłbym naprz. często do Warszawy jako kurjer, ale już tak się zżyłem z memi towarzyszami broni, że za żadne skarby nigdzie nie pójdę, tembardziej, że ja niechcę być na stałe w kancelarji. Mam ja wielką ochotę popróbować jeszcze i szwabów, a nie same papiery i meldunki". Dostał urlop na Boże Narodzenie - wpadł do Warszawy. Odwiedzał wszystkich najbliższych - był u mnie kilka razy - jak zawsze serdeczny kochany. „Zaraz po przyjeździe z urlopu spotkała mnie niespodzianka, porucznik (dowódca komp.) oznajmił mi, że nasz major polecił mu uczynić mnie po wyszkoleniu sierżantem - szefem. Teraz idziemy w pole i może da Bóg, że sobie coś prędzej zarobię - i dostanę naszywki". Marzył żołnierz polski by w boju się odznaczyć i dostać naszywki.

Pułk wymaszerował pod Lwów. 11/1-19 r. Jurek pisze: Dziś przybyliśmy do Lwowa, po 7 dniowych bezustannych marszach i przeprawach z Ukraińcami. Piszę te kilka słów przy akompanjamencie naszych i ukraińskich armat. W tym momencie padł granat w Katedrę Ś- go Jura. Mnie się powodzi nieźle, gdyż zostałem szefem kompanji, przeto mogę maszerować bez plecaka. Nasza kompanja stoczyła już jedną bitwę, w której zostało tylko 2 rannych, a zdobyliśmy jeńca kilkadziesiąt ludzi i 1 karabin maszynowy. Animusz panuje u nas cudowny, gdy się nie spotka gdzie po drodze hajdamaków, wojsko klnie na czem świat stoi. Nigdy się nie spodziewałem walczyć pod Lwowem, a jednak było to mem marzeniem, gdyż do litewskiego frontu nie czułem wielkiego pociągu. Maszeruje się z całą rozkoszą, pomimo tego, że obiady nieraz są dopiero o 9-ej wiecz., a chleb raz na dwa dni, bo kuchnie i treny nie mogą nadążyć za nami, napawając się cudną okolicą tutejszą. Nigdy bym nie przypuszczał, że wojna tak małe będzie robiła na mnie wrażenie, coraz się widzi trupy ludzkie i końskie, coraz ktoś padnie ranny, przechodzi się mimo tego bez najmniejszej litości i żalu, a nieraz gdy w marszu jest się bardziej zmęczonym z radością wita się kulki wypadające z jakiegoś lasu lub góry, w nadziei, że nareszcie ich się trochę strzępie, a potem się samemu odpocznie. Mnie wojenka służy doskonale; po trudach marszowych mam kwaterę z oficerami; wszyscy mówią, że dobrze wyglądam, a i sam czuję, że jestem zdrów, silny i wesoły. Kiedy napiszę następny list niewiem, gdyż za parę godzin podobno wyruszamy dalej..."

Dn. 12 list ten wysłał, a dn. 13/I ranny został w bitwie pod Kulparkowem ciężko w brzuch. Opatrzony natychmiast został odwieziony samochodem pod opieką serdecznego przyjaciela plut. z dr. Zawisz. Czar. Stasia G. do szpitala Wojsk Polskich w Technice. Otoczony opieką i staraniami, mimo operacji przeżyć nie mógł. Drużynowa Maryla Zdziarska (siostra Stanisława i Zbigniewa – przy. red.), która pełni od miesiąca służbę w kolumnie sanitarnej, zaszła do szpitala „na Technice" i dowiedziała się że Jurek ranny. Ucieszył się niezmiernie i nie dał ani na chwilę od siebie odejść. Prosił by powiedzieć Rodzicom, że żegna ich całem sercem i błaga by nie smucili się, gdyż mu będzie dobrze. Cieszył się myślą, że choć na końcu był na służbie Ojczyzny i spełnił swój obowiązek. Na dwie godziny przed śmiercią trochę był nieprzytomny. 0 6-ej zmówił pacierz i kilka modlitw i już nic więcej nie mówił; leżał spokojnie, zdawał się lekko zasypiać. Usnął snem wiecznym. Odwiedzali go codziennie plutonowy z kompanji i oficerowie i prosiliby wyrazić rodzinie wyrazy współczucia w imieniu całej kompanji, która Jurka bardzo lubiła.

Uśmiech był na Twej twarzy serdecznej przyjacielu i towarzyszu! Spełniłeś twardy obowiązek i odszedłeś od nas zabierając swą cudnie kryształową duszę. Cześć Ci druhu i towarzyszu! Nie ostaniesz sam, a pamięć duszy Twej będzie otuchą i pokrzepieniem w służbie. Cześć Ci Jurku, najdroższy Harcerzu o jasnej i promiennej duszy! Będziesz z nami na wieki, bo „Nie ginie ten, kto za wiarę i wolność umiera".

P. Olewiński ppor.

„Harcerz. Tygodnik Młodzieży Harcerskiej" Warszawa R.III: 1919 nr 6 z 8 lutego, s. 6-8. 
[przepisał z oryginału dh Marian Miszczuk – przyjaciel Szesnastki]

do poprzedniego artykułudo początku stronydo strony głównejpowrót do spisu treścido galerii obrazówdo następnego artykułu
©2000 - 2017  16WDH