Wyszukiwanie zaawansowane
Relacje
do poprzedniego artykułudo końca stronydo strony głównejpowrót do spisu treścido galerii obrazówdo następnego artykułu
1998-05-24 | Puszcza Bolimowska | Słowomir Stachniewicz
Wrażenia z XVI Zlotu UNDHR

Piątek po południu - wracam nieco wcześniej z pracy, jem obiad, chwilę drzemię, pakuję się. Nie ma co się spieszyć - dzięki Internetowi i programowi KRJ znalazłem bardzo dogodne (i dość tanie!) połączenie, powinienem być na miejscu ok. 22:30 a tam już się powinien mną zająć łącznik. Na niecałą godzinę przed wymarszem dzwoni do mnie Grzesiek Brzeziński z hiobową wieścią: poza mną nikt się na Zlot nie wybiera, wszystkim albo coś wypadło albo mają inne zajęcia albo ... Cóż, mówi się trudno.

Wychodzę z domu, dojeżdżam do dworca i tu uświadamiam sobie, że zapomniałem wydruku z połączeniami. Na szczęście, wszystko mniej-więcej pamiętam, choć gorzej może być z powrotem (zwłaszcza, że akurat w niedzielę mieli zmieniać rozkład jazdy; wprawdzie wypisałem połączenia sobotnie, ale może być różnie). Kupuję bilet, idę na peron - i tu pierwsze rozczarowanie: pospieszny 18:28 (międzynarodowy, jadący z Rumunii) opóźniony 80 minut. A niech to! Ale łudzę się, że może zdążę być na miejscu na 23:00 (ostatni pociąg z Warszawy przyjeżdżający jeszcze w piątek). Po ponad półtoragodzinnym oczekiwaniu złudzenia się rozwiewają - pociąg zwiększył opóźnienie do 110 minut a ma się to zwiększyć o jeszcze ok. 40 ze względu na remont trasy Kraków-Warszawa (objazd przez Koniecpol) - cóż, trzeba będzie coś improwizować. Pogoda nie nastraja optymistycznie - leje i dość zimno.


W końcu pociąg przyjechał, wsiadam, jadę, wysiadam w Warszawie Zachodniej. Patrzę na rozkład jazdy - jest pociąg do Skierniewic 23:40, na miejsce dojeżdżam ok. godzinę później. Okazuje się, że stacja Radziwiłłów Mazowiecki dysponuje całkiem okazałym gmachem wyposażonym m.in. w poczekalnię - dobrze wentylowaną (część szyb wybitych). Jest zimno, ale i tak cieplej niż na zewnątrz. Kładę się na ławce i drzemię do ok. 4:00, następnie wypatruję łącznika. W końcu zjawił się ok. 8:10 - i tu pierwsze zdziwienie: spodziewałem się łącznika pieszego lub co najwyżej na rowerze a ten dysponował Polonezem. Czekamy na pociąg z Warszawy - może ktoś się zjawi? Zobaczyliśmy dwóch podejrzanie wyglądających "typków", którzy wyraźnie czegoś szukali. Zastanawiamy się: harcerze, nie harcerze? Niby nie w mundurach, ale coś nas uderzyło w ich wyglądzie. W końcu zauważyli nas, zobaczyli moją rogatywkę i wyraźnie to ich ucieszyło. Okazało się, że to dwóch druhów z warszawskiej Czarnej Jedynki wybrało się ... też Polonezem (zaparkowanym po drugiej stronie torów). Próbowali nawet szukać miejsca na własną rękę (mieli mapę 1:100000) ale im się nie udało. Zaraz przyjechał pociąg - wysiadło parę osób, ale żadna z nich ani trochę nie przypominała harcerza, więc pojechaliśmy - łącznik ze mną przodem, oni z tyłu.


Miejsce okazało się być bardzo ładne widokowo - las, rzeka (Rawka), teren parku krajobrazowego (a może nawet rezerwatu?). Wskazano mi miejsce obok namiotu druhów z Zielonej Trójki. Do apelu zostało niewiele czasu, więc szybko jem śniadanie i wskakuję w mundur. Gdyby nie to, że ze stacji odebrano kolejną grupę (Zembul z Leśnych Ludzi, 2 osoby z "Pomarańczarni" i 2 z 21 WDH) to nie zdążyłbym wypić herbaty. W końcu zbiórka i Apel Inauguracyjny. Program dnia: bieg terenowy, obiad, cisza poobiednia, turniej piłki nożnej, gra terenowa, kolacja, ognisko. Rozmundurowujemy się, ubieramy w coś ciepłego (zimno i pogoda w kratkę - trochę pada, trochę Słońca) i zbiórka na grę. Organizatorzy z 16 WDH dzielą nas na 5 patroli (średnio 5.2 osoby) - starają się dobierać tak, aby skład był w miarę wyrównany (trzech lub troje "starszych" w każdym). Ja zostałem przydzielony do patrolu nr 2 - oprócz mnie znalazła się tam Kasia Szaniawska z Pomarańczarni, druh z Czarnej Jedynki (niestety, zapomniałem jego imienia - ach ta choroba ... nooo ... jak ona się nazywała ?) i dwóch młodszych harcerzy z 16 WDH.


Prowadzą nas na pierwszy punkt - tam polecono nam jakoś się nazwać (zaproponowałem nazwę Zdechłe Koty i została ona zaakceptowana), zadano nam pytanie z wycieczkowania (skompletować sprzęt na jednodniową wycieczkę) i kazano wybrać piosenkę, którą wszyscy (lub prawie wszyscy) znamy. Najlepiej było z Krzyżowcem ale w końcu zdecydowaliśmy się na Whisky. Okazało się, że słusznie - trzeba było w czasie biegu do tej melodii ułożyć jedną zwrotkę na temat Zlotu a jest to wyjątkowo dobra melodia do takich celów. Następny punkt - gra w trzy karty. Punktowy mieszał je niezbyt udolnie (celowo?), tak więc nie mieliśmy problemów ze wskazaniem czarnego asa. Idziemy dalej - rozbijanie namiotu na czas. "Prawie nam się udało" zmieścić w regulaminowym czasie 3 min. Dalej gotowanie na ogniu - z jajek, mąki i wody (bez tłuszczu!) upichcić coś zdatnego do jedzenia. Rzucam pomysł jajek sadzonych w mące, ale w końcu zdecydowaliśmy się na omlet. Nie udało się go odwrócić (zbyt przywarł do dekielka) lecz dało się zjeść. Wprawdzie z góry bardziej przypominał jajecznicę, ale kto by się przejmował takimi szczegółami? Następnie była samarytanka (zaimprowizowane nosze), terenoznawstwo (głównie azymut), rzucanie do celu (tu najlepiej się popisała druhna z Pomarańczarni) i pytania na inteligencję typu ułóż kwadrat ruszając tylko jeden patyk, w końcu wróciliśmy na pierwszy punkt (zrezygnowano ze spływu na materacu - ze względu na pogodę). Nawet udało się ułożyć wymaganą zwrotkę, więc ją zaśpiewaliśmy i (po uzyskaniu aprobaty) zostaliśmy skierowani na miejsce Zlotu, gdzie się odmeldowaliśmy (a ściślej, zrobiła to Kasia jako najstarsza stopniem).


Później obiad (zupa jarzynowa i parówki które - jako jarosz - zbojkotowałem), cisza poobiednia i turniej piłki nożnej. Zainteresowanie turniejem było na tyle duże, że gdzieś "umknęła" gra terenowa. "Boiskiem" była ścieżka otoczona niewielką polaną (bramki już się na niej nie zmieściły, co sprawiało sporo kłopotów przy sytuacjach podbramkowych). Uformowało się 5 ekip 5-osobowych, dołączyłem do jednej z nich. "Nasza" ekipa zagrała 2 mecze - jeden przegraliśmy 1:2, drugi zremisowaliśmy 0:0. Jako że w ataku jestem nieprzydatny (w ogóle, w grach zespołowych jestem beznadziejny), stałem najpierw na bramce a później na obronie (i tu się spisywałem odrobinę lepiej). Ze względów czasowych zrezygnowano z systemu "każdy z każdym" i na koniec zagrano tradycyjny mecz ... kontra Reszta Świata (teraz i rok temu w miejsce kropek należało wstawić 16 WDH). Znów zagrałem na obronie. Rezultat: 7:1 dla gospodarzy. Stosunkowo niski rozmiar przegranej zawdzięczaliśmy temu, że w trakcie drugiej połowy zasilono nasz zespół dwiema druhnami - małymi ale bardzo "ostro" grającymi (dzięki nim udało się strzelić honorowego gola !).


Zmęczeni i nieco poobijani jemy kolację, idziemy na ognisko. Na nim, zgodnie z tradycją, odbyła się prezentacja środowisk uczestniczących w Zlocie. Po ognisku cisza nocna a dla niektórych Spotkanie Korespondentów i Drużynowych. Musiałem mocno walczyć z ogarniającą mnie sennością, większość pozostałych także (a poza tym zaczęło się robić baaardzo zimno), więc krótko omówiono najważniejsze sprawy (adresy, jesienne Spotkanie Korespondentów, następny Zlot) i ok. godz. 0:30, zawinięty w kilka warstw (dres, sweter, kangur) wśliznąłem się do śpiwora. Śpię snem niewinnego obywatela a tu ktoś mnie budzi - Zembul: Adam Bartosik wrócił, czy masz trochę miejsca? Tu muszę dodać, że Adam z Różowej Dwójki się "urwał" na jakiś czas ze Zlotu bo miał jakieś ważne sprawy do załatwienia w Kwaterze Głównej ZHR w Warszawie. Z miejscem były problemy (mój namiot to chińska dwójka), ale mówię No, dobra. Rzut okiem na zegarek - 1:40. Szybko składam bety na jedną stronę - trochę ciasno! Parę minut później Zembul wraca i mówi W porządku, już znalazł sobie miejsce i śpi. Rozkładam wszystko z powrotem i znów zasypiam.


Budzę się ok. 7:00 (pobudka ma być godzinę później), trochę leniuchuję, w końcu wstaję. Szybko się myję i ... zaczynam rozgrzewkę - w końcu ma się odbyć rzecz dla mnie bardzo ważna, wprowadzony na moją prośbę (wspominałem o tym na poprzednim Zlocie) bieg przełajowy, nazwany przez organizatorów Rawka Trophy. Wprawdzie dystans ma wynosić zaledwie 1 km, ale to zawsze lepiej niż np. 100 m. Co prawda byłem zdecydowanym faworytem, ale w sporcie nigdy nic nie wiadomo, nie należy lekceważyć przeciwnika, więc przygotowuję się bardzo poważnie. Tymczasem zrobiono pobudkę i obok mnie w ramach gimnastyki przebiegli harcerze z 16 WDH wołając Konkurencja! Po jakimś czasie zbiórka na bieg - ok. 10 zawodników, najwięcej z 16 WDH. Niestety, nie ma ich korespondenta, Janka Urmańskiego - bardzo chciał brać udział w biegu (mamy pod tym względem zadawnione "porachunki"), ale jakoś nie dotarł na Zlot. Zostałem jednakże zapewniony, że inni harcerze z 16 WDH są równie "napaleni", nie zabrakło też Adama Bartosika (3 lata temu przybiegliśmy równocześnie - z tym, że ja jako organizator biegłem poza konkursem). Nie wszyscy mają odpowiednie buty (np. Adam jest w pionierkach) ale wszyscy chcą się sprawdzić. Organizatorzy jeszcze się zastanawiają, jak to przeprowadzić: bieg za samochodem lub rozmieścić "umyślnych" w miejscach, gdzie należy skręcić, w końcu decydują się na to pierwsze.


Start - i staram się być od razu na czele. Udaje mi się, choć Adam i jeden druh z 16 WDH siedzą mi na ogonie. Myślę sobie: spokojnie, pewnie zaraz wymiękną - a tu nic z tego! Niemal wpadamy na prowadzącego nas Poloneza, ja pobiegłem od złej strony (więcej krzaków), co wykorzystuje wyż. wym. druh z 16 WDH i zdobywa pierwszą pozycję. Zresztą, kierowca szybko się zorientował w sytuacji i później cały czas był spory kawałek przed nami. Próbuję przegonić druha z Szesnastki - a ten przyspiesza! Myślę sobie: Dobra, chwilę się przyczaję za nim a jak zwolni, to go wyprzedzę. Tym razem miałem rację - po dłuższej chwili chłopak zwolnił, ja przyspieszyłem i zdecydowanie wysforowałem się do przodu, później tylko zwiększałem przewagę. Zresztą okazało się, że trasa miała w rzeczywistości ok. 2 km (a może nawet nieco więcej). Już nie zagrożony przez nikogo wybiegam na ostatnią prostą, widzę metę, finisz ... czas ok. 8:04 - nienajlepiej, choć trzeba uwzględnić dość piaszczystą nawierzchnię. Po niecałych 40 sekundach wpada druh z 16 WDH, 20 sek. później Adam, po nim znów jakiś Szesnastak ... i za nim nikogo nie ma! W końcu dochodzimy do wniosku, że się zgubili gdzieś w lesie - kierowca znów wsiada do Poloneza, tym razem aby szukać zaginionych, a my wracamy do namiotów.


Śniadanie, w międzyczasie powrót reszty biegaczy, Apel Kończący, wyniki biegu terenowego (dwa patrole zdobyły po 40 pkt., Zdechłe Koty 37, jeden patrol 36 i jeden 25), wręczenie dyplomów. Gdy Komendant wręczał mi dyplom za zwycięstwo w Rawka Trophy zaznaczył, że chłopcy z 16 WDH już myślą o rewanżu w przyszłym roku, co przyjąłem z dużym zadowoleniem (wprawdzie miło jest wygrywać ale pora, by ktoś mnie wreszcie zastąpił, nie?). 

 

 

Po Apelu ponowne Zaprzysiężenie Unii (wokół jej proporca, zgodnie z "odwiecznym" ceremoniałem), odśpiewanie Modlitwy Harcerskiej (miała być Msza Polowa ale to Janek Urmański miał "przytransportować" księdza) i zwijanie namiotów. Na stację w Radziwiłłowie zawieziono nas Żukiem (weszło 16 osób + plecaki), szybko kupiłem bilet do Krakowa (osobowy do Skierniewic i stamtąd pospieszny przez Koluszki i Zawiercie). Nawet mi się udało zdążyć, dołączyłem do ekipy z Łodzi (pod dowództwem ich korespondenta, Piotrka Zalewskiego) i w drogę! Wysiadamy w Skierniewicach, ponad godzinę czekania na pospieszny do Łodzi i jedziemy, żegnamy się w Koluszkach. Od razu mam pociąg do Gliwic, wysiadam w Zawierciu a tu klapa! Pociąg do Krakowa za parę godzin, więc gorączkowo się zastanawiam, gdzie tu zrobiłem błąd? Bo to chyba trzeba było wysiąść w Zawierciu? Zaraz jest następny pospieszny - tym razem tylko do Katowic. "Na czuja" wysiadam w Sosnowcu, dopadam do rozkładu jazdy - albo Częstochowa albo Katowice! Szybko wracam do pociągu i modlę się, aby nie złapał mnie konduktor (dopłata za zmianę trasy + opłata za wypisanie biletu), ale bez przeszkód dojeżdżam do Katowic. Tam mam zaraz pociąg do Przemyśla (ale przez Kraków), więc się na niego "łapię" i nie niepokojony przez nikogo docieram do Krakowa. Po powrocie do domu zaglądam na wydruk z pociągami i wszystko robi się jasne - według starego rozkładu powinienem był mieć od razu bezpośredni pociąg z Zawiercia, w nowym jak widać już go nie było.


Sławomir Stachniewicz wyw. - Sulisław
13 KDH

 

tekst został skopiowany z serwisu internetowego Krakowskiej Czarnej Trzynastki ze strony znajdującego się pod adresem http://www.ctk.zhr.pl/ctk9798/zlot98w.html

zdjęcia pochodzą ze strony http://www.ctk.zhr.pl/ctk9798/zlot98f.html

do poprzedniego artykułudo początku stronydo strony głównejpowrót do spisu treścido galerii obrazówdo następnego artykułu
©2000 - 2017  16WDH