Wyszukiwanie zaawansowane
Kronika
do poprzedniego artykułudo końca stronydo strony głównejpowrót do spisu treścido galerii obrazówdo następnego artykułu
1927-12-31 | Warszawa | Roman Różycki
Rok 1927

Do pracy w noworozpoczynającym się roku 1927 wprowadzono pewne nowe motywy. Mianowicie przy tworzeniu programów pracy na rok bieżący postawiono sobie jako zasadę objęcie całokształtu życia chłopca, dostarczenia mu na terenie Drużyny rozrywek, oraz stworzenia życia towarzyskiego i sportowego. Dotychczas w programach pracy zastępów były brane pod uwagę prawie wyłącznie tematy ściśle związane z harcerstwem. W roku obecnym zaszła tu zasadnicza zmiana: dla zastępów starszych na tematy zbiórek zostały wzięte przede wszystkim tematy ogólne z dziedziny techniki, historii, nauki o Polsce współczesnej, historii odkryć, jak np.: "Morze polskie, porty i port w Gdyni", "rozwój lotnictwa", ,"stan lotnictwa w Polsce", "sławni Polacy" i t.d. Celem podniesienia poziomu pracy w Drużynie, przez stworzenie współzawodnictwa między zastępami, urządzono na wzór ubiegłego roku dwa konkursy zastępów, trwające po dwa miesiące. W pierwszym zwyciężyły "Rysie", w drugim "Orły".

Praca zastępów nie ograniczała się do zbiórek, ale w ciągu całego roku urządzano bardzo dużo wycieczek i gier. Między innemi zwiedzono gazownię, fabrykę amunicji "Pocisk", przędzalnię "Wola", "Polskie Radio", muzea, oraz różne zabytki. Z gier tegorocznych najpopularniejszymi były: przekradanie, detektyw (śledzenie wskazanych przez zastępowego osób na ulicy), marsz ze ślepym planem i t. d.

Poza zbiórkami zastępów w skład zajęć chłopców wchodziła również praca w warsztatach. Należenie do warsztatu nie było przymusowe, jeżeli jednak ktoś się zapisał do danego warsztatu, musiał na zbiórki warsztatowe uczęszczać regularnie. Odbywały się one raz na tydzień.

Najliczniejszym był "zastęp łączności", prowadzony przez Tadeusza Orczyńskiego, złożony z chłopców pochodzących ze wszystkich zastępów. Zaznajamiano w nim ze służbą łączności, a więc z sygnalizacją, telefonami polowymi, podstawami radiołączności, telegrafem Morse'a i t. p. Stworzono ten zastęp z myślą, że w przyszłości, gdy liczba tego rodzaju grup, pracujących w pewnych dziedzinach zwiększy się, każdy chłopiec w zastępie miałby swoją specjalność, przez co zastęp stanowiłby jednostkę gruntownie i wszechstronnie wykształconą w zakresie techniki harcerstwa. Na duże jednak trudności natrafiano przy próbach wcielania tego planu w życie wobec braku odpowiednich kierowników.

Poza zastępem łączności istniało kilka warsztatów, a więc: warsztat modelarski, prowadzony przez przybocznego Romcia Narbutowicza, który pracował przede wszystkim nad budową modelu okrętu, poza tym przygotowywał dekoracje do różnych imprez, urządzanych przez Drużynę. Drugim był warsztat introligatorski, również prowadzony przez wszechstronnego Romcia - uczono w nim chłopców robót introligatorskich, a przede wszystkim oprawy książek. Trzecim i ostatnim był warsztat zabawkarski, stworzony dla młodszych zastępów, a prowadzony przez trzech "Orłów" (najstarszy zastęp). Robiono tam różnego, rodzaju zabawki, między innemi lalki do szopki. Podczas tych robót uczyli się chłopcy wycinania laubzegą i zapoznawali się z ogólnemi zasadami stolarki i robotami z gliny.

Bardzo dużą uwagę zwracano w tym roku na sporty. Wielu chłopców uprawiało siatkówkę (volley-ball); - byli oni podzieleni na 2 grupy, z których każda miała swego kierownika. Treningi obu grup odbywały się raz na tydzień na sali gimnastycznej lub podwórku szkolnym. Korzystając z tego, że w Państwowym Instytucie Wychowania Fizycznego odbywał się kurs boksu i szermierki, Drużyna zapisała na nie cały szereg starszych chłopców. Poza tym dwóch ludzi uczęszczało i ukończyło kurs gimnastyki, zorganizowany przez Chorągiew. Urządzano także wielkie zawody łyżwiarskie w "Dolinie Szwajcarskiej".

W starszych zastępach w niedziele i święta odbywały się zebrania towarzyskie, które zeszłego roku wprowadził nieistniejący teraz już zastęp Żubrów, ale które rozpowszechniły się dopiero teraz. Pomimo, że obecność na nich nie była obowiązkowa, cieszyły się one zawsze dużą frekwencją; urządzano je w mieszkaniach prywatnych, w teatrach, kinach, na sankach lub ślizgawce.

W tym roku po raz pierwszy Drużyna zajęła się bliżej pracą społeczną. Zorganizowały ją dwa najstarsze zastępy "Orły" i "Rysie". Polegała ona na tym, że w schronisku dla ociemniałych przy ul. Polnej 42 było kilku ociemniałych, kształcących się w seminarium nauczycielskim, nie posiadających podręczników z wypukłym drukiem. Każdy więc z chłopców z obu zastępów zajął się jednym takim ociemniałym; wszyscy mieli w oznaczone dni godzinne dyżury w schronisku, podczas których czytali niewidomym; dyżury takie miał każdy zastęp codziennie." 
(Historia roku harc. 1926/27 - z 2 alb. Draż., autor nie znany).

W marcu został zorganizowany przy I Hufcu Stołecznym, prowadzonym przez dha Z. Wierzbowskiego, kurs dla zastępowych, w którym z Szesnastki wziął udział cały zastęp "Orłów", zajmując II miejsce w kwalifikacji ogólnej. Poza tym indywidualnie zajął drugie miejsce "Gryzmuś" Piaskowski, który na odbytej próbie na zastępowego dn. 22.VI zdobył 35.6 punktów na 45 możliwych.

Ponieważ ówczesną ambicją Drużyny było wyjechać na wycieczkę na każde święta Wielkanocne, wiec i tym razem wybrano się na 6 dni na Pomorze. Prowadził drużynowy Pietrek Pawlikowski, udział brało 14 ludzi, w tym dh. podharcmistrz Zyg Wierzbowski. Pierwszego dnia zwiedzono Toruń, drugiego Bydgoszcz i okolice, korzystając przy tym z gościnności Honorowego Zawiszaka, pani Doktorowej Mieczysławy Glińskiej. Następnie zwiedzono Gdańsk, miasto i port, budujący się port handlowy i wojenny w Gdyni, kilka statków z floty wojennej i handlowiec "Wilno". Najdalszym punktem wycieczki był Puck, gdzie oprócz miasta obejrzano port hydroplanów. Z Pucka powrócono bezpośrednio do Warszawy. Jako łup przywieziono list dla Drużyny, napisany przez Starostę Morskiego gen. Mariusza Zaruskiego, o treści następującej: 

"Szczęść Boże spotkanej przygodnie w Redzie dzielnej harcerskiej drużynie. Wracajcie nad morze, abyście mogli dokończyć zaczętą przez nas pracę. Polska musi stać się mocarstwem morskim. 
Czuwaj! 
Reda, 23.IV.1927 r.                                                    M. Zaruski
."

Dn. 4, 5 i 6 czerwca brała udział Drużyna w zlocie Chor. na Siekierkach, wystawiając do konkursu w dziedzinie obozownictwa ekipę z 12 chłopców.

"W celu zebrania potrzebnych funduszów na obóz letni, urządzono cały szereg imprez dochodowych, z których największymi były: 2 wieczorki urządzone na sali Tow. Techników i szkoły Wawelberga, z których każdy dał po kilkaset zł. czystego dochodu, wystawiono w lutym 2 razy szopkę, na sali gimnastycznej wyświetlano filmy, wreszcie na wiosnę urządzono wielką loterję fantową. Z zebranych funduszów między innymi zakupiono trzeci duży namiot, podobny do tych, które zamówił Zyg przed Meczyszczem i dużą sumę poświęcono na pomoc dla niezamożnych harcerzy przy opłacaniu obozu.

Na wiosnę cała Drużyna sprawiła sobie nowe mundury, które ogółem kosztowały 1.200zł. (po 25 zł.)." 
(Hist. roku harc. 1926/7 z 2 Alb. Druż, autor nie znany).

Ósmy obóz Drużyny został urządzony nad jeziorem Studziennicznem w Augustowskiem. Komendantem był Pietrek Pawlikowski, oboźnym - Tadzio Klamer, członkiem komendy Hm. Stawecki dawny "Eskulap", zaś opiekunem p. Glińska, Zastępów 4; Orły, Rysie, Kruki i Bobry razem 31 ludzi.

 

1927r. Obóz w Studzienicznej. Raport.

 
Nowością obozu były zawody "na mistrza obozu", którym został Klarner Zbigniew, wyw. z zast. Rysiów, zdobywając piękny medal, którego fotografia znajduje się w II Albumie Drużyny. Zawody obejmowały wszystkie dziedziny życia obozowego. W Studziennicznej została też stworzono sławna i dawniej b. popularna piosenka, zaczynająca się od słów: "U Mrożą sobie siedzę sam..." Najważniejszą wszakże rzeczą było "podchodzenie" 2 W.D.H. im. T. Rejtana, uwieńczone wspaniałą zdobyczą bandery głównej i wodnej tej drużyny. Było to tak:

"Tego wieczoru miałem z kolei stać na I zmianie warty nocnej. Noc była cicha, niebo bez chmurek. Księżyc w pełni. Las drzemał spokojnie na wyniosłym brzegu Studziennicznej. Z kęp odzywały się ciche głosy ptactwa błotnego. Czułem senność. Ale piękna, usypiająca muzyka nocy letniej została skłócona "fałszywym półtonem". Oto wielka chmara komarów zleciała z nad jeziora w poszukiwaniu wartownika - swego zwykłego nocnego żeru. Znalazły mnie i natychmiast czar i senność nocy odleciały bezpowrotnie. Nie mogąc ustać spokojnie na miejscu ruszyłem zdecydowanie na obchód obozu, myśląc, że zmęczę lecące za mną komary. Wtem... usłyszałem z głębi lasu trzask gałązek... i znowu cisza... i powtórny trzask. Teraz nie miałem już wątpliwości. Podchodzą nas! Szybko wycofałem się do obozu i wślizgnąłem do namiotu najstarszego zastępu: "cichy alarm".

Po paru minutach mała tyralierka wślizgnęła się do lasu. W chwilę potem piekielny łoskot, hałas, krzyki, nawoływania ożywiły uśpiony las. Po krótkiej gonitwie po lesie niefortunni "podkradacze" znaleźli się w obozie i przy dogasającym ognisku rozpoczęły się ceremonie powitalne. Ludzie żywiący ku sobie w tej chwili niekłamaną i straszliwą nienawiść z najsłodszym uśmiechem na ustach zapewniali nas:
- Bardzo przepraszamy za tak spóźnioną wizytę...
- Ależ, co znowu!? Bardzo nam było miło...
- Cała przyjemność po naszej stronie!
Gdy ostatni z gości opuścił granicę obozu - spojrzałem po twarzach "Orłów" i "Rysiów". Wszyscy mieli miny skupione, a w oczach paliły się krwawe błyski: "Zemsta! Zemsta! Krwawa zemsta!"

W kilka dni potem pięciu mścicieli opuszczało wieczorem obóz. Piguła inaczej znany pod imieniem Janusza Klamera czyli wartownik, czyli poprostu ja; Józef bez przydomka "Girtler", słusznie tak zwany Gryzmuś (Piaskowski) i jeszcze słuszniej zwany Jajko (Jerzy Klamer) i wreszcie z irlandzka nazywany T. O. Hollender (Tadeusz Orczyński). W milczeniu i ciszy posuwaliśmy w dobrze znanym kierunku. W bliskości obozu wrogów rozdzieliliśmy się. Ja wraz z T. 0."Hollender"em tworzyliśmy jedną grupę i jako awangarda mieliśmy uważać na bezpieczeństwo siły głównej. Zadaniem naszem było wejść do obozu od strony jeziora i ewentualnie sprzątnąć wartę, żeby nie utrudniała w robocie. Cicho, ślizgając się, jak węże, dotarliśmy na jakieś 50 kroków do obozu. 

Warty nie widać. Pewnie zmęczyła się w ciągu dnia i teraz sobie odpoczywa. Zaczynamy więc skradać się do masztu, gdy wtem... od jeziora dochodzą jakieś hałasy. Skrzyp dulek i głos komendy daje nam znać, że wraca wyprawa wodna: z gwarem i bez ceremonii wchodzą do obozu i układają się do snu.

Odczekawszy trochę, ostrożnie wychylam głowę z za kłody drzewa - w obozie cisza zupełna i ciemno, choć oko wykol. Nagle księżyc, który dotąd sprzyjając nam, krył swe oblicze w chmurach, teraz z wrodzonem chamstwem odsłonił się i srebrna jasność zalała polanę... Dziwnie uroczo wyglądał teraz obóz. Ciemna tafla jeziora przecięła jasną, falującą smugę światła, namioty, odcinające się ostro na tle ciemnego lasu, maszt wystrzelony ku granatowej kopule nieba - wszystko nabrało jakiejś dziwnej pięknej grozy... I znowu byłbym się pogrążył w romantycznych marzeniach, gdyby nie złośliwy komar, który zaczął mnie kłuć w i tak już duży nos. Zgniotłem gada i to wzbudziło we mnie krwiożerczość. Księżyc, jakby odgadłszy moje uczucia, czem prędzej nasunął na głowę puszysty obłok, zostawiając uśpioną "Dwójkę" swemu losowi.

Bezgłośne ryknięcie - i dwa cienie suną w kierunku masztu. Na Merkurego! Na maszcie chwieje się, tuż przy ziemi, zapomniana bandera! Staję przy maszcie, okrywszy się dla niepoznaki materiałem i rozplątuję sznurki. Nagle! (czuję, że czytelnik zwymyśla mnie wkrótce za te wykrzykniki) - w namiocie, tuż obok, jakiś lunatyk widocznie, a może zupełnie normalny człowiek stęknął jak krokodyl i coś zagadał. Wkleiłem się poprostu w drzewo. Mój towarzysz skamieniał w postawie Galatei, bo właśnie przypinał na namiocie bilet wizytowy Szestnastki. (Jako bowiem ludzie, mający zasady obozowego savoir vivre'u, zabraliśmy z sobą bilety wizytowe z pięknie wykaligrafowanem: "Rejtaniakom - czuwaj! Zawiszacy!", by gospodarze wiedzieli kto ich odwiedzał). 

Nie otrzymawszy odpowiedzi, lunatyk stęknął jeszcze raz, przewrócił się na drugi bok i zasnął.

Odczepiwszy banderę, zwinąłem ją w kłębek i w nogi. Przylecieliśmy na miejsce zbiórki jak dwa duchy. Radość dodała nam skrzydeł. Tam spotkaliśmy towarzyszów. I im powiodło się nadzwyczajnie. Znaleźli leżącą na ziemi banderę morską. Nie mogąc znieść takiego pohańbienia sztandaru, podnieśli go i z poszanowaniem przynieśli na punki zborny.

Ruszyliśmy z powrotem... W obozie złożyliśmy, mimo późnej pory raport, załączając dwie bandery, na dowód, że godnie zrewanżowaliśmy się naszym sąsiadom. 

W epilogu tej historii, nazajutrz o godz. 5-tej rano w obozie zameldowała się delegacja "Dwójki" z prośbą o oddanie bander. Mieli miny trochę niewyraźne... 

- Z własnych przeżyć dha Klarnera Janusza czyli Piguły spisał Antoni Mikoszewski, zwany Klawidrągiem.
" (Teczka 1927 r. Arch. Drużyny).

 

1927r. Obóz w Studzienicznej. Łup jednej nocy.

 
Z ważnych wydarzeń na obozie należy jeszcze wspomnieć pierwszą wyprawę "morską" Szesnastki po paśmie jezior, od której to wyprawy Drużyna ma swoją własną Banderę Morską.

W jesieni odbyło się uroczyste otwarcie nowego roku harcerskiego 1927/8 w Łazienkach, na którym Drużyna wystąpiła w mundurach.

W październiku odbyła się dwudniowa wycieczka do Łodzi pod komenda Pietrka Pawlikowskiego, plus 6 uczestników, na której zwiedzano większe zakłady przemysłowe w Łodzi. Zaś dnia 7 listopada obowiązki drużynowego przejmuje, chwilowo jako zastępca, przyboczny dh. Włodzimierz Boerner.

Obozu zimowego w tym roku nie było.

Roman Różycki - "Kronika 25 lat dziejów Szesnastki 1911-1936"- Warszawa 1936r.
Pisownia zgodna z oryginałem. Przepisał wyw. Daniel Karkowski.

do poprzedniego artykułudo początku stronydo strony głównejpowrót do spisu treścido galerii obrazówdo następnego artykułu
©2000 - 2017  16WDH