Wyszukiwanie zaawansowane
Relacje
do poprzedniego artykułudo końca stronydo strony głównejpowrót do spisu treścido galerii obrazówdo następnego artykułu
1948-07-15 | Warszawa | Jan Tereszczenko
Wspomnienia Warszawiaka

Jan Tereszczenko - Autoportret 2011(...) 16 WDH należała do jednej z pierwszych drużyn harcerskich w Warszawie. Wywodziła się z czasów jeszcze sprzed Pierwszej Wojny Światowej, kiedy to najpierw we Lwowie, a zaraz potem w Warszawie wprowadzano w Polsce ruch harcerski. Od zarania była też "Szesnastka" połączona ze Staszicem, i wielu sławnych ludzi było jej członkami; żeby wymienić tylko słynnego architekta Warszawy, Profesora Bogdana Pniewskiego, albo pisarza, Kazimierza Koźniewskiego, i innych.

 
Jak tylko odrodzona "Szesnastka" rozpoczęła werbowanie nowych członków, zaraz się tam zapisałem. Zapisali się też inni. Przy okazji formalności wpisowych, okazało się, że data urodzenia Wojtka Pułaczewskiego, "Puły", była identyczna z moją: 3 lutego, 1933 r. Fakt ten stał sie niewątpliwie katalizatorem zadzierzgniętej miedzy nami przyjaźni, która przetrwała niezachwianie, aż do momentu pisania tego tekstu (znacznie ponad 50 lat). Do grona urodzonych tego dnia dołączył później również Wojciech Kroszczyński -- zwany najpierw "Cytrą" a potem "Królem" -- a jeszcze później Ryszard Zatchej, chociaż Zatchej nigdy nie należał do "Szesnastki". Ta Wielka Czwórka przetrwała wszelkie próby czasu.

 
"Szesnastka" była zawsze drużyną wyróżniającą się od innych drużyn Hufca Śródmieście. Od imienia patrona drużyny nazywaliśmy się "Zawiszakami", zamiast chust nosiliśmy krawaty z łowickich "krajek", a na obwodzie naszych harcerskich czapek widniał rząd góralskich "kostek", skrzętnie naszytych na skórzanym pasku. W "Szesnastce" również kultywowano szereg specjalnych obyczajów i ceremonii, które stawiały nas, jak gdyby, na nieco wyższym od innych poziomie. Jednym słowem, my "Zawiszacy" z "Szesnastki" czuliśmy spoczywający na nas ciężar wagi tradycji, zarówno tej historycznej, jak i właśnie niedawnej wojennej, i obnosiliśmy go z odpowiednią powagą. Zresztą nasze szarże, wszyscy zastępowi, przyboczny, drużynowy itd., wywodzili się aktualnie z byłej konspiracji, i stąd tradycje konspiracyjne obowiązywały nadal. Wkrótce też zaczęto wołać mnie - "Teresa", zgodnie, widać, z tradycją męskich uczestników Szarych Szeregów, przyjmujących pseudonimy imion żeńskich, jak również, zgodnie z tradycją konspiracji, zaczęto wkrótce dawać nam w kość. Militaryzm, bowiem harcerstwa nie dawał się ukryć, a przyzwyczajeni do okupacyjnej dyscypliny instruktorzy, nie uznawali żadnych wyjątków. Nie było to całkiem złe, bo więcej wiedzy podstawowej weszło do mojej skonfundowanej głowiny przez harcerstwo niż przez szkołę. Np. cała plejada wojskowych i konspiracyjnych pieśni, takich jak: "Pałacyk Michla...", "Dorota…", "Marsz Mokotowa…", "Hej Chłopcy, Bagnet na Broń...", i dziesiątki innych...

 

1946r. na ul. Marszałkowskiej

Wiosna 1947r. wycieczka do Lasek

1946r. Janek Tereszczenko z mamą
w Alejach Jerozolimskich

1947r. Wycieczka do Lasek. Od lewej: Włodek Dusiewicz,
Rysiek Cholewa, Janek Tereszczenko

 
Razem z Wojtkiem "Pułą", Zielonką, Wojtkiem Kowalczykiem, Włodkiem Dusiewiczem, Ryśkiem Cholewą, i rozlicznymi innymi rozpoczęliśmy nasze harcowanie w Zastępie "Żbików". Zbiórki, pościgi po znakach indiańskich, wypełniały nam niedziele, i pamiętam jak marzły nam ręce, kiedy już w okresie przymrozków, w spalonym audytorium Słowackiego kazano nam notować słowa kolejnej powstańczej pieśni, a na nasze protesty, że: „za zimno”, że: „nie można pisać”, zastępowy Iżyłowski zwymyślał nas od ostatnich, twierdząc, że: „pod Narvikiem było zimniej”. Poczucie dyscypliny i wytrzymałości, wyniesione z harcerstwa pozostało przy mnie na całe życie, (chociaż naonczas wydawało się to nie-do-wy-trzy-ma-nia…).

 

Dla historycznej ścisłości, pozwól mi Mój Czytelniku, że wspomnę tutaj postaci naszych szarż: A więc Drużynowy - Marek Jaczewski, absolwent Oświęcimia; Przyboczny - Jerzy Kacperski, partyzant; Zastępowi: "Żbiki" - Romek Iżyłowski, konspirator; "Bobry" - Wiesiek Szeliski, powstaniec warszawski; "Rysie" - Janusz Ratajczak, też powstaniec; Opiekun Drużyny - Kazimierz Koźniewski, pisarz, później niesławny działacz partyjny; i – druh, Lulu-Tadeusz Lubański, architekt, asystent z budownictwa na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej; również - Jędrzej Zieliński, brat tłumacza literatury amerykańskiej; i - niejaki pan Zygmunt Tyszka, dyrektor Żeglugi na Wiśle. Pewnie byli inni.

 

Harcerstwo (ZHP) było niewątpliwie poważnym czynnikiem opozycyjnym w nowej rzeczywistości. Ponieważ Mikołajczyk reprezentował na arenie politycznej frakcję PSL (Polskie Stronnictwo Ludowe), harcerstwo dość szybko przykleiło się politycznie właśnie do PSL. Ale nie dla pro-chłopskich sentymentów… Raczej dla ANTY-komunistycznych… W ogóle harcerstwo reprezentowało OPOZYCJĘ. Np. przez swoją religijność...: „Harcerz służy BOGU i Ojczyźnie...” - głosiło przyrzeczenie harcerskie, a piękna w swojej melodyjności pieśń kończąca dzień harcerski nawoływała: „...wszak, Bogu i Ojczyźnie wiernymi chcemy być...!”; a inna intonowała: „Bóg jest tuż..., Bóg jest tuż...” Na wszystkich ważniejszych funkcjach harcerskich, Msze Święte i obecność kaznodziei odgrywały bardzo ważną rolę, i nikt jej nie kwestionował. W ogóle nikt nie kwestionował niczego. Autokratyzm w życiu młodzieży był, bowiem inherentną częścią kultury narodowej, wpajanej nam od zarania przez dom, przez szkołę, przez Kościół, przez HARCERSTWO!, a w konsekwencji przez "Partię i Rząd", które szybko, i dla własnych celów, zorientowały się widać w tej "anty-demokratycznej" tresurze Polaków. Narazie jednak w tym czasie, władze rządowe nie tylko nie odpychały harcerstwa od jego ważnej roli w życiu społecznym, a wręcz przeciwnie: przyciągano, pomagano, organizowano i włączano np. do uczestnictwa w nowym systemie Świąt Narodowych. Np. Pierwszego Maja. Stąd też moje uczestnictwo w paradach pierwszomajowych - NIE-dobrowolne, NIE-spontaniczne, NIE-radosne (listy obecności, groźby, skargi), zaczęło się właśnie pod sztandarami harcerstwa. Była w tym zupełnie naturalna potrzeba wyrażania naszej obecności tak z gruntu naturalna, że fakt uczestniczenia w kolejnej funkcji publicznej nie bywał dla mnie jeszcze wtedy wcale ciężarem. Zresztą JAWNEJ opozycji do reżimu jeszcze nie praktykowano, (przynajmniej jak to wyglądało z mojej perspektywy); zresztą w reżimie był przecież Mikołajczyk, a on podobno, miął swoją osobą gwarantować Jałtą ustalone wartości demokratyczne Polski.

 

W okresie spisywania Niniejszych wspomnień wpadła mi do rąk książka autobiograficzna, Jacka Kuronia, pt. "Wiara i Wina". (Jacek Kuroń - "Wiara i wina: Do i od komunizmu", wydawnictwo: Niezależna Oficyna Wydawnicza, 1990). W książce tej, pan Jacek, bardzo wnikliwie i całkiem szczerze, omawia swoją własną historię - swe odczucia i przeżycia - w okresie rekonstrukcji ruchów młodzieżowych zaraz po wyzwoleniu. Nie muszę dodawać, że spojrzenie Jacka Kuronia formowało się wedle orientacji politycznej przeciwnej tej, pod której skrzydłami właśnie znajdowaliśmy się. Nie byliśmy, co prawda wtedy (on i MY) w stanie otwartej wojny; ruch OM-TUR'owski (Organizacja Młodzieżowa Towarzystwa Uniwersytetów Robotniczych) - socjalistyczny (PPS), czy ZWM'owski (Związku Walki Młodych) - komunistyczny (PPR), odbywał się gdzieś na peryferiach naszej własnej działalności harcerskiej. Była niewątpliwie w naszej szkole jakaś komórka jednego czy drugiego, ale ich działalność nie uwidaczniała się zbytnio. Nie propagowali nic, nie zmuszali nikogo do niczego, a wnosząc z naszych własnych (i MOICH) nastrojów, z NASZEJ perspektywy wyglądali zgoła marginalnie. Mój przyjaciel, Wojciech Kroszczyński wspomniał: „…W naszej klasie nie było praktycznie żadnego ZWM-u. Był co prawda tzw. "Pijak", wiecznie śpiący, który czasem nosił czerwony krawat, ale zapytany przez nauczyciela od "Zagadnień" o cele tej organizacji, nie potrafił nic powiedzieć i z Nauki o Polsce dostał dwóję.” Zastanawiać więc musi, jak w zasadzie łatwo udało się stosunkowo małej grupie, i to w dość krótkim czasie, zmonopolizować kompletnie ruch młodzieżowy, zarówno "harcerstwo", (Walterowcy), jak i w trakcie wymiany "wiary na winę", w procesie forsownego upolitycznienia mas, ZMP (Związek Młodzieży Polskiej). W swojej nomografii przyznaje się pan Jacek do wielkiej ilości "błędów i wypaczeń", nie mniej ujawnia również wiele mechanizmów, o których MY nie mieliśmy wtedy żadnego pojęcia. Mechanizmy te okazały się w procesie kształtowania się "wiary" nad wyraz skuteczne, a później w konsekwencji "winy" - zgubne…!

 

Z wiosną dyrektor Tyszka załatwił naszej drużynie wycieczkę statkiem Żeglugi Wiślanej, do Płocka. Płynął ten statek (...) machając kołami z dwóch boków, i nie byłoby żadnego powodu o tej wycieczce wspominać, gdyby nie fakt ujawnienia się u naszego drużynowego, najpierw znikomego, a później coraz bardziej przykrego cienia sadyzmu. Czy wyniósł to Marek Jaczewski z życia obozowego w Oświęcimiu, czy też chodziło o jakieś inne jego wewnątrz-duchowe konflikty…? Dość na tym, że w drodze powrotnej z Płocka, stałem się przedmiotem ze strony Druha Drużynowego, regularnego, metodycznego i bezcelowego znęcania się. Zastanawiać musi, dlaczego wymagał proces wychowawczy łamania charakteru wychowanka…? Czy zdawał sobie Druh Drużynowy sprawę, z niewłaściwości swojego postępowania…? Czy też chodziło w gruncie rzeczy, o przygotowywanie młodej duszy na ewentualne konflikty, jakich nie udaje się uniknąć w późniejszym życiu. Nie miałem wtedy jeszcze ŻADNEJ perspektywy spojrzenia na samego siebie. JA - ten osobisty, i JA - ten publiczny byliśmy jak gdyby dwiema niezależnymi osobami. Jeśli więc JA-osobisty obrywał za "przewinienia" JA-publicznego, JA-osobisty uznawał to za rzadki przykład NIESPRAWIEDLIWOŚCI. Jeśli takie wymiary NIEsprawiedliwości wynikały ze strony szkoły, bolały mniej; różnica, bowiem generacyjna między nauczycielami a uczniami mitygowała jak gdyby poziom konfliktu, w odróżnieniu od tego samego, występującego między przedstawicielami tej samej grupy wieku. Dlatego też ten drobny incydent na pokładzie okrętu Żeglugi na Wiśle, zapisał się znacznie głębiej w mojej duszy, niż może wydawało się to ważne w oczach świadków. W czasie drogi powrotnej, siedziałem na dziobie okrętu, zasępiony, wpatrując się w znikające pod kadłubem wody wiślane, w oczekiwaniu następnej złośliwości Druha Marka. Byłem bliski łez; i nie tyle wynikało to z mojego upokorzenia w oczach środowiska, ile z upokorzenia w MOICH własnych; i nie miałem na to żadnego mechanizmu obrony.

 

To też, w tym samych duchu, pierwszy po wojnie obóz "Szesnastki" wygląda, według zachowanej mojej korespondencji z Mamą, jak obóz... koncentracyjny.

 
Przyjedź i zabierz mnie Ata, z tego koszmaru, bo już nie mogę wytrzymać” - pisałem do Mamy.

 
Obóz "Szesnastki" pod Gostyninem latem 1946 roku powinienem właściwie opisać raczej humorystycznie. Jest w historii amerykańskiej humoro-grafii, pewien klasyczny już skit pt. "Hello Mother, Hello Father...". W formie listu na melodie Ponchielli (Taniec Godzin, w Giocondzie), humorysta Allan Sherman przedstawia w nim dylemat młodzieńca skonfrontowanego z problemami jego pierwszego obozu letniego, pod nazwa "Camp Grenada". Wszystko jest tam złe; pogody nie ma; uczestnicy kłócą się ze sobą; przodownicy poganiają; jednym słowem... Makabra. "Hello moher, Hello Feather, przyjeżdżajcie i zabierajcie mnie z tego piekła" - woła małolat. Aż tu nagle zza chmur wychodzi słońce, a to, w połączeniu z uśmiechem pewnej niebieskookiej ko-edukantki obozowej, zmienia radykalnie polaryzację nastrojów, i...: „No, no, no, mother, father..., już nie przyjeżdżajcie, już wszystko jest w porządku.”

 
Kiedy słuchałem tej produkcji nie mogłem powstrzymać się przed naturalnym i automatycznym skojarzeniem jej z MOIM pierwszym obozem letnim, w Gostyninie. Dotykamy tu widać zjawiska humanistycznie absolutnego. Najpierw, widać, trzeba pocierpieć i ponienawidzić, aby potem z łezką w oku, pokochać.

 
Na obozie w Gostyninie nie planowano niebieskookich ko-edukantek, takie liberalizmy nie mieściły się jeszcze wtedy w systemach wychowawczych polskiej młodzieży. Nie planowano również słonecznej pogody. Szansa, więc, na zmianę nastrojów z ponurych na entuzjastyczne była znikoma, a biorąc również pod uwagę fakt, że nasz obóz mieliśmy najpierw… ZBUDOWAĆ...! wręcz tragiczna...
 

Jakieś transporty dowiozły nas do miejsca postoju, położonego zaraz za pewną wodną kałużą, w której żaby, a skąd strumień płynąc z wolna, stworzył coś, co można było nawet z trudem nazywać "pływalnią"; a dalej poza łąką mokradeł, rzeczka, taka po kolana, z wierzbami pochylonymi nad jej biegiem, i las. „A w tym lesie jest polana, hufiec rozkaz stanąć ma, a na jego (coś tam...) to-ony, ooodpowieeemy pobud-ką...”


Namioty były stare, jeszcze przedwojenne "Szesnastki", i widać przechowywane w czasie okupacji w ukryciu, poważnie zbutwiale. Udało nam się jednak jakoś to postawić, zbudować prycze, załadować słomą sienniki, podnieść maszt z flagą, zainstalować opodal wkopaną w ziemię kuchnię i jadalnię, no i latrynę...

 
Z jedzeniem jednak było marnie. Padało nieprzerwanie, a ponieważ kuchnia opalana była drewnem z lasu, gotowanie kartofli w kotle zajmowało godziny. W ramach jakichś dostaw otrzymała drużyna dość duży zasób konserwowego PAPRYKARZU, który konsumowany razem z niedogotowanymi kartoflami zalatywał ceglastego koloru koszmarem smakującą potrawą; następnie zmywać kotły i menażki w tej żabiej kałuży… Aj-wej...!, Nie-do-wy-trzy-mania...

 

W dodatku obowiązywały w "Szesnastce" tradycją uwarunkowane obyczaje, jak np. "menażka". "Menażki" bano się jak… "wody"… Polegało to na tym, że jeśli któryś z uczestników obozu dokonał jakiegoś wykroczenia, albo posiał jakiś przedmiot, po zarekwirowaniu przedmiotu hańby przez "Komendę" dostawał biedny delikwent menażkę wody za kołnierz na apelu. Albo, skonfrontowany z nagminnym zaśmiecaniem przez nas terenu obozu papierkami od cukierków, wymyślił nasz zastępowy, Wiesiek Szeliski, metodę zbierania tych papierków z ziemi... ZĘBAMI…! Albo, a było to pewnie w któreś wilgotne popołudnie, maszerował drużynę Druh Kacperski, do jadalni. Po drodze: „Drużyna, śpiew...!” - zakomenderował. Widać mżawka, widać bunt dusz, widać absurdalność rozkazu, ze śpiewu nic nie wychodziło…
Cooo...? Nie chcecie śpiewać...? Druuu...żyna, w praaa...wo zwrot...! Bieee...giem, marsz...!” – zakomenderował i popędził nas na bagnistą łączkę, a tam…
Tyraliera...!”, „Padnij...!”, „Powstań...!”, „Karabiny maszynowe z lewa...”, „Forsuj rzekę...!”
W butach...?”
W butach...wasza mać...!
I, człap, człap, człap, człap...
"Maaa...mooo...!”


To już było nie do wytrzymania. Jeśli dodać do tego, że w zastępie "Żbików" rezydował również... ZIELONKA...!!!,
Hello Ata…!. Przyjedź i zabierz mnie stąd natychmiast.''

 
W liście do mnie starała się Mama tłumaczyć mi, że przecież istnieje perspektywa ew. zmiany nastrojów, ale bezskutecznie. Torturom i cierpieniom nie było końca. I to niezależnie od faktu, że właśnie wyszło słońce; że odbyliśmy naszą pierwszą 15-kilometrową wycieczkę; że Zielonka, który był w drużynie niezaprzeczalnym mistrzem w "pikutach", założył się o miętowy cukierek, że rzuci i wbije swój fiński nóż w sam środek masztu, (co mu się udało, i za co dostał "menażkę", a potem musiał się jeszcze wspinać na ten maszt, żeby go stamtąd wydobyć); niezależnie od faktu, że Jaś Karczewski ("Karczuś"…) nauczył nas ślicznej piosenki "o dziadku, puzonie i o wielbłądzie"; i że śpiewając przy co-wieczornym ognisku, w czasie piosenki, w której...: "Szara harcerko, śliczne twe oczy, patrzą i widzisz mnie ty, Ognisko płonie, gwiazdy migocą, i dniem i nocą czas mknie..." - doznawałem dziwnego łaskotania w okolicy zarówno klatki piersiowej jak i krocza. Więc, niezależnie od tych wszystkich i innych faktów, kiedy w ostatnią niedzielę obozu przyjechała Mama, żeby mnie wreszcie ratować...,
"...Nieee, Ata, nie...! Wszystko jest w porządku..." - zakomunikowałem, i nawet wstydziłem się mojego maminsynkostwa. Takie już dziwne jest to nasze życie, pełne nieporozumień, wewnętrznych konfliktów, fluktuacji nastrojów, dociekań i odkryć, następujących po sobie radości i smutków, wątpliwości i pewności siebie, cierpień i pozorowania.
Obóz w Gostyninie zapadł mi głęboko w pamięci. Był on pierwszym stopniem mojego wtajemniczenia w życie leśne, w życie pod gołym niebem, w życie przy ognisku, w życie w deszczu i w słońcu, i w życie w gronie. (...)

 

Wycieczka do Lasek

Wiosna 1947r. Wycieczka do Lasek. Pierwszy z lewej stoi: Jan Tereszczenko


(...)  Drugi obóz Szesnastki odbył się w ramach zgrupowania Hufca Śródmieście w Łańsku, nad Jeziorem Łańskim, koło Olsztyna. Wiosną 1947 roku, harcerstwo nabierało coraz to większej sprężystości i powagi. Odbywały się przeróżne zloty i biegi, np. bieg do Mogiły Lotników w Falenicy i drugi, szeroko obsadzony przez wiele warszawskich drużyn, w Laskach koło Warszawy. Zlot w Laskach rejestruje się w pamięci dużą dozą przeróżnych ceremonii religijnych, ale przede wszystkim pożarem lasu, który gasiliśmy z wielkim poświęceniem. Poza tym śpiewy, spania na sianie, maszerowania w kurzu polnych dróg itp. Nasze zbiórki odbywały się też coraz częściej w wypalonych ruinach dawnej Szkoły Staszica, na Noakowskiego, gdzie pomimo zniszczenia budynku, można było wędrować z piętra na piętro, przymierzając się do przejęcia budynku przez nas po remoncie.


Na obóz w Łańsku w lipcu 1947, pojechaliśmy eszelonem towarowym (można powiedzieć, bydlęcym), z nowym zestawem wojskowych namiotów amerykańskich z UNRRY, i ze stażem pełnego już przygotowania obozowego. Gdzieś za Olsztynkiem, na małej stacyjce, odczepiono nasz wagon, wyładowaliśmy nasze majdany na pobocze, i wtedy przyjechał przewieźć nas na miejsce zakwaterowania, samochodem ciężarowym marki Volvo, sam druh Michał Glinka. Było to te samo Volvo, dar od naszych Szwedów, którym jechaliśmy rok wcześniej nad morze. Jak wykombinował druh Michał Glinka ten i drugi jeszcze osobowy samochód Volvo od Szwedów nie wiem.

 
Cudowne było to Łańskie Jezioro, niepokalane jeszcze restrykcjami nomenklaturalnej rezydentury. W lasach był dzik, w wodach ryba, a u podłoża leśnego tony wprost czarnych jagód; KRZACZYSKA CZARNYCH JAGÓD i grzyby. Zbudowanie obozu pod dyrekcją druha "Lulu" Lubańskiego odbyło się niezwykle sprawnie, i nawet stawianie masztu dowodziło naszej zręczności sapersko-inżynieryjnej. Ulokowani byliśmy mniej więcej w połowie jeziora, na jego wschodnim brzegu, pomiędzy Dwudziestą Trzecią, "Pomarańczarnią", od Batorego (nosili pomarańczowe chusty) z jednej strony, a Dwunastką z drugiej. Druh Michał Glinka, drużynowy "Pomarańczarni", słynął nie tylko ze swojej niesłychanej żywotności, specyficznej wymowy "er", jako "ehhh" ("czahhhna khhhowa w khhhopki bohhhdo"), lecz również i z tego, że to właśnie JEGO "Pomarańczarnia" dysponowała tą ciężarówką, jak również Volvo osobowym, którym następnie szalał druh Michał po wertepach leśnych Łańska, powodując niesłychane wprost podniecenie u młodzieży, niemogącej jeszcze wtedy zasiadać za kierownicą... Znał więc druha Michała cały hufiec, i cały hufiec go uwielbiał.

 
W naszej koncentracji było drużyn chyba z dziesięć, ulokowanych wokół jeziora, ale tylko "Szesnastka" miała ponton. Był to stary poniemiecki ponton wojskowy, z którego notorycznie uciekało powietrze. Niemniej tym pontonem przeprawialiśmy się na drugą stronę jeziora, gdzie 37 WDH, nocami słała nam świetlne sygnały morsem.
 

Obóz w Łańsku, w odróżnieniu od obozu w Gostyninie, wspominam z wielkim wzruszeniem i sentymentem. Było w naszym uczestnictwie tam coś poważniejszego i dojrzalszego. Mieliśmy do załatwienia jakąś sprawę, byliśmy kimś, w jakimś systemie wartości. I chociaż władze obozowe nie udzielały nam szeroko pojętego prawa, np. dostępu do jeziora, (o krok przecież, zaraz za kuchnią...), z wyjątkiem "godziny pływania" (widać dla uniknięcia wypadków utonięć), często udawało się Zielonce i MNIE wskoczyć do wody bez zwracania na siebie uwagi przełożonych. Albo ukrywać się w krzaczyskach czarnych jagód, znikając z pola widzenia aż do całkowitego nasączenia się tym owocem.

Obóz w Łańsku

Lato 1947r. Obóz w Łańsku. Apel podczas Swięta obozu - przy fladze Zyg Wierzbowski - w garniturze

 

W czasie trwania obozu odbyliśmy z zastępem "Żbików", szereg bardzo ciekawych wycieczek turystyczno – historyczno - krajoznawczych. Najpierw pieszą do Olsztynka (Hochenstein), potem drugą do Olsztyna (Allenstein), a z całą Drużyną, w rocznicę bitwy, pieszą na pola pod Grunwaldem.

 
Piszę "Hochenstein" i "Allenstein", bowiem polskich map okolicy jeszcze wtedy nie było i korzystaliśmy z doskonałych poniemieckich. Nie był to żaden kłopot, większość bowiem ludności zamieszkałej na tamtych terenach określano jako tzw. "autochtonów", to znaczy Niemców, którzy aktualnie podpisali polską volkslistę. Mówili oni między sobą na ogół po niemiecku, i chociaż mogli w zasadzie porozumiewać się po polsku, w domu, w knajpie, w kościele posługiwali się niemczyzną. Często było to połączeniem dwu języków w dość dziwaczny konglomerat, w rodzaju tej formy, którą zapamiętałem:
"Hansie, ty świnio…! Nach Hause, marsch, ty zapity bandyto...!"
Ale nazwy miejscowości znali na ogół po niemiecku.


Był jakiś program odgórny, zalecający podejmowanie wysiłku w celu pozyskania dla Polski ich autochtońskich dusz, zagubionych gdzieś po drodze na tropach Smętka, ale zdaje się, że nasze wysiłki w tym kierunku, np. w postaci pomagania przy żniwach, nie na wiele się zdały. Później ostatecznie wypchnięto ich do Niemiec, albo pod naporem dobrodziejstw komuny uciekli tam sami. Nie wiele pozostało na Mazurach po ich kulturze - albo wcale... - a szczególnie w Łańsku…

 

A oto ciekawostka historyczna z pierwszej wycieczki "Żbików" do Olsztynka.


Otóż bodaj z okazji zgonu bohatera Kampanii Wschodnio-Pruskiej, z Pierwszej Wojny, w roku, bodaj 1934, zbudowali byli Niemcy Feldmarszałkowi von Hindenburgowi, olbrzymie mauzoleum, tuż obok miasteczka Hochenstein (aktualnie, Olsztynek), w kształcie średniowiecznego zamczyska, ze stylizowanymi wieżami i z niezwykłą ilością propagandowej dekoracji. Były tam więc zainstalowane przeróżne płaskorzeźby, malowidła i mozaiki, ilustrujące bohaterskie czyny niemieckiego żołnierza, pod wodzą tego męża stanu. W sierpniu 1914 roku dali Niemcy w dupę Rosjanom właśnie koło Olsztynka. Toteż włożono w to dzieło hitlerowskiej architektury monumentalnej wielką ilość energii artystycznej i propagandowej, i nie jest wykluczone, że sam Naczelny Architekt Trzeciej Rzeszy, Reichsminister Albert Speer, maczał w tym swoje palce. Nie da się ukryć, choć szpetna dla oka, sama w sobie edyficja była niezwykle monumentalna. Kłopot jednak polegał na tym, że kiedy nasz zastęp "Żbików" zwiedzał to zamczysko (1947r.), cała budowla, wysadzona widać w powietrze przez Einsatzkommando, leżała w gruzach. Zastanawiać musi samo-destruktywny instynkt hitlerowstwa (a może chodziło nawet o samych Niemców...?), który wymagał od nich wkładania najpierw niezwykłego wysiłku - i kosztów...! - w stworzenie takiej wartości, aby następnie z nie mniejszym wysiłkiem - i kosztem...! - ją zdewastować. Czy chodziło o nie oddawanie własnego dorobku wrogom (Sowietom) w całości...? Że niby może sprofanują...? Że może obsrają...? (A obsrywali, i widać to było zresztą dość dosadnie po całych ruinach mauzoleum).

 

Skaży'ka diadia, wiet' nie darom
Moskwa spalionnaja pożarom
Francuzu oddana
...”,

…mówi pieśń historyczna, i niewątpliwie znane są wypadki niszczenia dóbr własnych przed oddaniem ich wrogowi. Ale podczas kiedy Moskwę spalono strategicznie, Hindenburga zniszczono atawistycznie. Bezsensownie. Bezcelowo. Zastanawiać oczywiście musi, co zrobiłaby wyzwolona Polska z tak niesłychanie wartościowym obiektem wrogiej architektury w przypadku jego ocalenia...? Czy uznano by obiektywną historyczność Feldmarszałka von H...? Oczywiście, że nie...! Najpierw byłby kłopot, no bo jak to tak truchłem poniewierać...?! Ale potem nie cackano by się wcale i też by rozwalono. Bowiem uzasadnienia polityczne wymagały od wyzwolonej Rzeczypospolitej zacierania na polskich ziemiach ODZYSKANYCH śladów kultury germańskiej (nie mówiąc o hitlerowskiej) i adoracje jakiegoś feldmarszałka Rzeszy nie mogły być brane pod uwagę. Ale budowla była budowlą. Można tam było np. założyć hodowlę grzybów, albo zamienić to na hotel, może na boisko koszykówki, czy coś takiego. I jeśli wspominam tę budowle tutaj, to nie dla hindenburgerowej rewerencji, ale raczej jako przypisek, że kiedyś tu istniała, że ktoś to widział, i że widząc zapamiętał.

 

Zaginął zresztą również ślad po innym monumencie historycznym tego miasta, bowiem zaraz za mauzoleum Hindenburga, znajdował się w czasie wojny obóz brytyjskich jeńców wojennych; taki marnie wyposażony Stalag. I kiedy zastęp "Żbików" zwiedzał i ten monument historii, stały tam jeszcze nieliczne wątłe baraki, jakieś składy garderoby, wojskowych guzików Jego Królewskiej Mości, spinek, klamerek i wszelkiego rodzaju militarnego zbieractwa. Bo Niemcy mieli taką wrodzoną predylekcję do segregowania czegokolwiek, co im wpadło w ręce; może na zasadzie, że się przyda, a może też atawistycznie. Pamiętam, powypychałem sobie kieszenie tymi królewskimi guzikami, ale potem je porozdawałem. Dziwacznie natomiast musiało wyglądać zestawienie tych dwóch monumentów poglądających ku sobie; jeden z pozycji zasłużonej glorii, ale pokonany, drugi z pozycji zniewolonego upodlenia, ale zwycięski. Ani po jednym, ani po drugim artefakcie historii nie ma dziś śladu. Została natomiast myśl, którą niniejszym posyłam burgomajstrom Olsztynka (dawniej Hochenstein), a donoszącą im o jeszcze jednej paradoksalności historii, tym razem paradoksalności historii ICH małego miasteczka.

 

Wyprawa do Olsztynka miała zdecydowanie charakter szwendactwa. Zastęp się włóczył, coś jadł, gdzieś spał (na słomie oczywiście) itd. Piesza, natomiast, wyprawa całej drużyny na Pola Grunwaldzkie, była przedsięwzięciem zgoła poważnym. Po pierwsze, bo było daleko (ponad 40 kilometrów); po drugie, bo chodziło o ważne wystąpienie polityczne; a więc dyscyplina: W PRAWO ZWROT…!, i NAPRZÓD MARSZ...!


Z bitwą pod Grunwaldem łączono wtedy poważne założenia propagandowe. I słusznie…! Był to, bowiem wspaniały symbol zwycięstwa nad germaństwem, świetnie pasujący do aktualnych nastrojów społeczeństwa. Była więc jakaś grunwaldzka odznaka militarna, w kształcie tarczy z mieczami, był Krzyż Grunwaldu, były papierosy "Grunwald" (nazywały się "grunwaldy"), no i rocznice grunwaldzkie na polach Grunwaldu.


I tam się właśnie udawaliśmy. Godzina marszu, piętnaście minut odpoczynku; godzina marszu, piętnaście minut itd. Pod wieczór dotarliśmy do miejscowości Tannenberg, gdzie założono biwak. Pamiętam, że miejsce postoju przypadło nam w jakiejś spalonej zagrodzie z dobrej cegły, z zabudowaniami gospodarskimi, i ze wspaniałym sadem za domem; a tam uginające się wprost pod dojrzałym owocem krzaki porzeczek. Białych, czarnych i czerwonych. Żarliśmy kiściami, a głównie Zielonka. Żadne szarże nie były w stanie doliczyć się poszczególnych druhów. Po prostu, poszliśmy w porzeczki. Ale zmęczenie marszem, brak odpowiedniego wyżywienia (na obozach harcerskich zawsze bywało głodno), i te porzeczki, całą noc latano bez przerwy za potrzebą. Mało kto spał, a w dodatku gryzły komary.


Następnego dnia był piękny upalny dzień, i tak jak za Jagiełły, ustawiły się drużyny czworobokami, jedna obok drugiej, ze sztandarami, z proporczykami, z werblami i z trąbkami; i tam, gdzie wielki król przyjął dwa miecze, i tam gdzie, mały pomnik upamiętniał śmierć Ulricha von Jungingen; i tam, gdzie ukazała się wojsku Matka Boska na niebiosach, w koronie, błogosławiąc - jak u Matejki - słynnemu starciu. Co za przeżycie, co za uniesienie, co za pompa i powaga sytuacji; i harcerze, niezliczone harecerzów zastępy; ze wszystkich dzielnic Polski; aby czcić rocznicę honorowaną przez nowy rząd, przy pomocy mechanizmów zapożyczonych od starego.


Jeśli chodzi o moją duszę, to wyszło znakomicie... Wyszło też nadspodziewanie u innych. U Szeliskiego, u "Puły", u Kroszczyńskiego („Z Łańska pamiętam głównie wyprawę do Grunwaldu...” - pisał do mnie Kroszczyński w 1994 r.), u Łaszkiewicza, którego ojciec aktualnie siedział za AK, u Dusiewicza, który przez całe swoje życie nie utracił nigdy tej iskry miłości do harcerstwa, do Szesnastki, do tradycji, do polskości. Czy wyszło u Ryśka Cholewy...? (Do tego będę musiał wrócić później...)


Po uroczystościach rocznicowych, po mszy świętej na ołtarzu polowym, należało zabierać się do odwrotu.

... Już do odwrotu głos trąbki wzywa,
Nawołując ze wszech stron.
Staje wiara w ordynku szczęśliwa,
Serca biją w zgodny ton.

Każda twarz się w uniesieniu płoni,
Każdy laskę krzepko dzierży w dłoni,
A z młodzieńczej się piersi wyrywa,
Pieśń potężna, pieśń jak dzwon
.'”

 

Pewnie było WŁAŚNIE TAK. Pewnie musiało być dokładnie właśnie tak, jeśli po prawie pięćdziesięciu latach, na samą tylko myśl…

każdy z druhów drobną łezkę roni...

Bo JA w każdym razie TAK (...)

 

(...) Droga powrotna z pól grunwaldzkich miała w gruncie rzeczy podobny charakter co marsz docelowy. Godzina marszu, piętnaście minut odpoczynku, godzina marszu, piętnaście minut… tylko że każde następne piętnaście minut wydawało się być coraz krótsze, a każda następna godzina marszu, coraz dłuższa. Czterdzieści kilosów w kaszę nie dmucha, szczególnie, jeśli małoletnie stopięta, nieprzyłożone jeszcze do rygorów amerykańskiego wojskowego buta, z UNRRY (ze skórzanymi spinaczami, a jakże, i ze sznurowadłami z linek spadochronowych), poddawane 120-na-minutę uderzeniom, zaczynały… wysiadać. Toteż zanim zaczęło zmierzchać, zanim weszliśmy w Łańskie lasy, bąble na podbiciu były już wielkości dłoni. A to bolało jak jasna cholera...! Nie na wiele zdały się pomywania w jakichś strumykach, po drodze... Bolało... !

 

Do duktów leśnych wokół jeziora dotarliśmy już nocą. Bolało...! Bolały bąble, bolały mięśnie, bolały ramiona od plecaków. Posuwaliśmy się w kompletnej ciemności dwójkami, i tylko od czasu do czasu słychać było wątle dźwięki, to pobrzękiwania menażki u jednego, to jakieś skrzypienie u innego. Byliśmy zmęczeni i obolali, otumanieni rytmem marszu w ciemności, w której nawet ruch posuwania się do przodu nie rejestrował się w świadomości.


Do obozu dotarliśmy późną nocą i zmęczenie było kolosalne... `
Drużyna.... rozejść się...!” - Chcieliśmy już tylko SPAĆ...!

 

Na tym samym obozie zdawałem na stopień ćwika. Nazywało się to: "bieg na ćwika". Warto odnotować pewną część przeżyć związanych z tym w gruncie rzeczy dość nieskomplikowanym testem, bowiem, aczkolwiek stopień ćwika był stosunkowo niskim stopniem wtajemniczenia w hierarchiach harcerskich stopni, i charakteryzował się jedynie złotą lilijką w krzyżu, wiązał się jednak z dość interesującymi przygodami. Więc trzeba było odbyć "bieg", podczas którego należało opatrywać rannego, nadawać i odbierać sygnały semaforem, orientować się w dziczy leśnej, posługiwać się kompasem, zapalać ognisko jedną zapałką itd., no, i pewnie o wielu innych zapomniałem. Ale najważniejszym aspektem tego testu była 24-godzinna wycieczka dwójkami, w nieznane i z powrotem. Nie przypominam sobie, kto był moim partnerem w tej wyprawie, ale pamiętam jego osobowość. Był to raczej drobny i delikatny chłopiec, raczej poważny i w odróżnieniu ode mnie, bardzo sumienny. A cała procedura wyglądała następująco:


Wyjście miało miejsce o piątej po południu. Najpierw udostępniono nam mapę (niemiecką, oczywiście) do obejrzenia, na 10 minut, następnie, po określeniu celu podróży (w naszym przypadku brzmiało to coś jak Konraden Dorf nad Wallenroden See), w pełnym rynsztunku ruszyliśmy w kierunku tej miejscowości, ale bez mapy i bez zapasu żywności. Żywność należało zdobyć; drogę należało odszukać, i w dodatku sporządzić z niej szkic marszowy, czyli dość skomplikowany raport przejścia; wreszcie należało dotrzeć do celu, przeprowadzić wywiad orientacyjny o miejscu przeznaczenia, przenocować i wrócić jak najbliżej godziny wyjścia, bez używania zegarka. Zadanie wcale nie nieskomplikowane. Po mniej więcej godzinie marszu wyszliśmy z łańskiego lasu, biorąc polną drogę w kierunku samotnej zagrody autochtońskiej, gdzie mogliśmy nabyć, co poniektóre wiktuały: trochę chleba, jakiś ser, może mleko do manierki itd. Autochton i autochtonka, bardzo serdeczni, zaopatrzyli nas w prowianty, a na pytanie o ten Konraden Dorf pokazali nam drogę.


O, najkrócej tędy, przez pola, do…, O, tam…, tego lasu, a potem duktem leśnym do szosy, i dalej już szosą do wsi. Tylko, że... - zasmuciła się autochtonka, - to jest bardzo daleko, i czy dojdziecie tam przed zmrokiem...?" - a autochton dodał: "To bardzo niebezpieczna wyprawa...., bo w lesie ukrywa się jeszcze Wehrwolf.”

WEHRWOLF...?


Może o tym wehrwolfie to już co nieco słyszeliśmy. Chodziły jakieś słuchy, że Niemcy, już po kapitulacji, próbowali organizować przeciw najeźdźcy (NAM), coś w rodzaju swoistej partyzantki, i paradowało to właśnie pod hasłem -- Wehrwolf. Ale ostrzeżenia autochtonów nie wydawały się nam zbyt realistycznie. Wehrwolf...? W Polsce...? W Łańskim lesie, na Mazurach...? Nie dla nas, ćwików przecie, takie trwogi. Zresztą, rozkaz to rozkaz...! Dziękując więc gospodarzom za ostrzeżenie, ruszyliśmy w dalszą drogę z podniesionym czołem, i z pieśnią na ustach. Ale kiedy zamknął się wokół nas las, i kiedy stał przed nami jedynie prosty, zarosły chwastami dukt, i kiedy zaczęło chylić się ku zachodowi, ogarnął nas lęk. W pewnym momencie, jakiś Wehrwolf wyskoczył z lasu i przebiegł nam drogę, ale była to tylko sarna. Nieco później jakiś inny, wydawał ukrywać się na poboczu, tak, że na wszelki wypadek, obeszliśmy to miejsce dookoła, ale był to tylko porzucony wojenny przydrożny bunkier. Czasem pohukiwanie puszczyka przypominało nawołujący się z zasadzki Wehrwolf, ale był to tylko puszczyk; aż wreszcie, już o zmroku, ukazał się w perspektywie prześwit i szosa, i dopiero wtedy, kiedy opadło z nas napięcie, okazało się, do jakiego stopnia nasze dusze, z prawidłowego miejsca zamieszkania, gdzieś w okolicy płuc, przewędrowały na inne miejsce; bo myśmy – widzicie - wędrowali "z duszami na ramieniu..."

 

Zaraz za zakrętem drogi, na małym wzgórku oddzielającym szosę od większego ciała wody, co wyglądało prawdopodobnie na owe Wallenroden See, znaleźliśmy obozowisko opuszczone przez zwycięską Armię Czerwoną, składające się z dużej liczby szałasów zbudowanych z gałęzi, wyschniętych już doszczętnie, jeden obok drugiego, w szeregach. Rosyjskie, bowiem Niemcy w szałasach z zielenizny obozować nie mieli zwyczaju. Sprawiało to również dość niezwykłe wrażenie, coś jak gdyby w oczekiwaniu, że i tym razem mogą czerwonoarmiejcy wyskoczyć na nas z krzaków, np. w pogoni za ukrywającym się tam WehrwoIfem. Tam jednak stanęliśmy na noc. Byliśmy zbyt zmęczeni. Była to jednak noc wytrzeszczonych ócz, niespokojnych snów, i drżących łydek (głównie z zimna, pod mizernymi wojskowymi kocykami).

 

Na ćwika zdałem. Zdali chyba wszyscy druhowie. (Ciekawe, że na ogół zawsze wszyscy na wszystko zdają, chociaż boją się tego a priori, jak ognia). Zdałem też test przed samym sobą, była to bowiem moja pierwsza samodzielna wycieczka w "pole", "w las", "w nieznane", "w świat". (...)

 

 

 

(...) Trzeci obóz "Szesnastki", w Wierzycy nad jeziorem Wierzyckiem, odbywał się już w znacznie zmienionym nastroju. Może dlatego, że zaczynaliśmy już wyrastać z naszych harcerskich mundurków, a może dlatego, że harcerstwo nie miało nam już za wiele do zaproponowania; ale może też i dlatego, że funkcja harcerstwa zaczynała się zmieniać.


Jeszcze przed rozpoczęciem obozu zostałem z kilkoma druhami wydelegowany na "kwatermistrzostwo", w celu zaopatrzenia obozu w słomę do sienników, mąkę, kartofle itd. Zamieszkaliśmy wtedy w małym opuszczonym domku, zaraz koło stacji Wierzyca, nad jeziorem, i stamtąd robiliśmy wyprawy do okolicznych wiosek po prowiant. Nasza kwatera została z zupełnie niewiadomych przyczyn nazwana przez nas: "Kałamarzem", a ponieważ dyscypliny obozowe nie obowiązywały kwatermistrzostwa, było cudownie. Pływaliśmy krypą rybacką po jeziorze, wsłuchiwaliśmy się w charakterystyczną gwarę kaszubską i walczyliśmy z komarami.

 

Sam obóz, prowadzony przez Janka Karczewskiego ("Karczusia") nie był jednak udany. Atmosfera była napięta, dominowały częste spory, i w ogóle nasze harcerskie obyczaje zaczynały stawać się coraz bardziej anachroniczne. Ponieważ właśnie włączano harcerstwo do "budownictwa socjalistycznego", na obozie w Wierzycy i my włączaliśmy się do harcerskiej Służby Polsce, co manifestowało się głównie zbieraniem stonki ziemniaczanej, którą jakoby amerykańscy imperialiści zrzucali z samolotów na kraje socjalistyczne, by w ten sposób sabotować marsz do socjalizmu, czy coś takiego. Na polach przyległego PGRu było gorąco, nudno i nawet stonki jakoś brakowało, stąd też cały projekt wydawał się dość idiotyczny. Mój przyjaciel Kroszczyński przypomniał mi, że byłem wtedy na obozie dowódcą pontonu (znanego jeszcze z Łańska) i że kiedyś, po wypłynięciu na środek jeziora, okazało się, że a) jesteśmy wszyscy krótkowzroczni, i b) że nasz ponton traci powietrze. „Ledwo zdążyliśmy do brzegu...” -- zakonkludował Kroszczyński.


Ze wspomnień z tego obozu kołacze się w pamięci jakiś zlot w Kostrzewinie, z mszą polową w prażącym słońcu przed kościołem, ale mnie interesowały głównie harcerki z okolicznego obozu żeńskiego. Pamiętam, że zwekslowaliśmy wkrótce w tamtym kierunku, Janek Pawlikowski i JA, i straciwszy wskutek tego poczucie czasu, powrót drużyny do obozu umknął naszej uwagi.


Zbliżała się noc. Transportu już nie było, droga była daleka a najbliższy pociąg dopiero o świcie. Poszliśmy na komisariat Milicji.
Czy możecie nas panowie przenocować..?”
No, my tu nie mamy pomieszczeń do spania...” – próbowali wymigać się milicjanci.
To może w celi...?”
Zaprowadź ich, Wacek, do świetlicy...”


Aż do odjazdu pociągu spaliśmy na stole pingpongowym. Do obozu dotarliśmy już za dnia i trudno się dziwić, że w obliczu takiego braku dyscypliny napięcia w obozie zaczęły stawać się nie do zniesienia. W konsekwencji, nie czekając na zakończenie obozu, dwaj buntownicy, Pawlikowski i JA, zapakowawszy nasze manatki ruszaliśmy w drogę do stacji, a następnie przez Trójmiasto do Warszawy.


Spacer od obozu do stacji kolejowej trwał około godziny. Niby nic, ot, droga, przez las... Ale ten spacer zapisał się specjalnie w mojej pamięci interesującym dość szczegółem. Idąc bowiem, naburmuszony, perorowałem Pawlikowskiemu a on słuchał. Było to bodaj moje pierwsze w życiu perorowanie o prawdach o "życiu", moja bodaj pierwsza deklaracja ideologiczna.

 

A więc, dowodziłem-ci JA Pawlikowskiemu, że promulgacja idei przez promulgatora może dawać rezultaty tylko wtedy, jeśli wynika ona z pełnego przekonania owegoż promulgatora o wartości jego idei, i że nie umiera przy pierwszej porażce…! że odnosi się to zarówno do spraw wielkiej polityki, jak i do podbojów erotycznych; że stojąc wobec przeważającej siły (np. komendy obozu), nie należy w żaden sposób deklarować swojej pozycji, dając drugiej stronie całkowitą szansę na zadeklarowanie swojej, a wtedy tylko, poznawszy słabe strony przeciwnika, ustawić swoją politykę na SWOJĄ KORZYŚĆ; że siła osobowości jednostki - wydaje się - zniewala "maluczkich", ale że dając "maluczkim" szansę włażenia sobie na łeb, silna osobowość może być łatwo pokonana; że nikt, w przeświadczeniu wielkości SWOJEJ osobowości, nie powinien nigdy, nawet w najbardziej niesprzyjających okolicznościach, zrezygnować ze swojej wielkości itp.


Skąd w środku lasu, takie filozofie u smarkaterii, sam nawet nie mogłem dociec...? Może, w goryczy wywołanej finałem MOJEGO harcerstwa płynęło mi to, po prostu z ust całkiem spontanicznie, żywiołowo...? Czy, stosowałem się później sam do swoich przykazań...? Oczywiście, że nie... Życie - jak się później okaże - będzie znacznie bardziej skomplikowane, i znacznie pełniejsze zasadzek, niż się śródleśnemu filozofowi mogło wydawać. Ale początek został zrobiony.(...)

 

 

_____________________________________________________

 

Fragment wspomnień, które niebawem zostaną opublikoewane w książce pt. "Wspomnienia Warszawiaka" przygotowywanej do druku przez Muzeum Historyczne Miasta st. Warszawy.

 

Teresa na wczasach w Kudowie

Janek Tereszczenko (pierwszy z lewej) na wczasach rodzinnych w Kudowie.
Harcerstwo było wtedy tak popularne , że na wczasy z mamą zabierało się mundur - bo a nóż się przyda.
Obok Janka stoi dwóch innych harcerzy - wczasowiczów z róznych rejonów Polski. Cała trójka spotkała się w Kudowie i wszyscy trzej w mundurach.

 

do poprzedniego artykułudo początku stronydo strony głównejpowrót do spisu treścido galerii obrazówdo następnego artykułu
©2000 - 2021  16WDH