Trzecia część relacji z obozu nad jeziorem Rybno Duże w 2001 roku.

Święto Obozu! Nareszcie, po około 365 dniach rozłąki jest znowu szansa na spotkanie Zawiszaków dawno nie widzianych i prawie zapomnianych. W gościach Święta Obozu można było przebierać jak w ulęgałkach. Zjechało się tyle osób, że wzdłuż drogi, która oddziela Strefę 22 od Strefy 16 trzeba było urządzić parking i miasteczko namiotowe (na kilkadziesiąt rodzin!). Zresztą droga szybko została ochrzczona Marszałkowską i żałowano, że w związku z remontem prawdziwej Marszałkowskiej nie udało się wypożyczyć na kilka dni tablicy z nazwą tej ulicy, która jak ulał pasowała do ruchliwego leśnego traktu. Oczywiście większość gości przybyła do harcerzy i harcerek z 22 WDH, ale i rodziców chłopców z Szesnastki oraz Zawiszaków było sporo. Niektórzy przyjechali już w piątek wieczorem. Byli tacy, którzy dojechali samochodami i tacy, którzy przybyli na rowerach. Niestety, nie dojechał druh Stanisław Korwin-Szymanowski, który zapowiadał odwiedziny na niedzielę.

Pogoda dopisała. Kuchnia też. Podobno zrobiono 100 (słownie: sto) posiłków ponad program, co oczywiście nie zaskakuje, jeśli się zważy (i zmierzy) na liczbę obozujących nad jeziorem harcerzy z kilku środowisk. Chyba wszyscy najadali się do syta, a jeszcze z niedzielnych kurczaków zrobiono obiad poniedziałkowy. Oczywiście rodzice naprzywozili słodyczy, chipsów i innego niezdrowego żarcia, ale i ono przyda się na rajdzie.

Póki co w nocy z piątku na sobotę padał deszcz, który nie wróżył dobrej pogody. Był to oczywiście idealny czas na podchodzenie obozu. No i stało się: w czasie jedynej warty, którą objęli Zawiszacy Radek Z. i Janusz Ż. (nazwisk nie podajemy z litości oraz w obawie o ich bezpieczeństwo - zemsta zawiszacka jest straszna!!!) wykradziono proporczyk Drużyny. Świętość nad świętościami w rękach pogan i barbarzyńców!!! Zgroza i obraza boska! Od rana, gdy tylko ta hiobowa wieść rozeszła się wśród gości Święta Obozu, knuto więc plany wyprawy odwetowej. Nie pomogły zapewnienia panów Z. i Ż., że pójdą i odbiją, że nawet już próbowali i, że przy tej okazji zdobyli but jednego z wrażych siepaczy. Podjęte przez Lesława pertraktacje pokojowe doprowadziły do ugody: proporczyk za menażkę jagód i bukiet polnego kwiecia.

Tymczasem po burzliwej nocy w sobotę rano zaświeciło słońce i zasadniczo nie opuszczało nas aż do wieczora. Tak niezwykłe zjawisko atmosferyczne wprawiło wszystkich w osłupienie: jeszcze kilka dni temu w okolicach szalała wielka ulewa, a tu proszę, słońce, jak na zamówienie. Oczywiście, był to doskonały pretekst, żeby sporą część dnia spędzić nad wodą. Dzień w ogóle był dość leniwy i wobec najazdu rodziców wielu chłopców urlopowało się od zajęć obozowych. Dla tych spośród gości, którzy jednak zostali, zorganizowano bieg technik harcerskich (w roli przeszkodowych wystąpili harcerze, scenariusz i reżyseria Krzysztof Pasternak, udźwiękowienie wersji polskiej i napisy końcowe Malamut Nana). Tym razem panowie Z. i Ż. zajęli pierwsze miejsce i częściowo zrehabilitowali się za swój haniebny uczynek. Przy okazji biegu uzbierano także żądaną przez naszych gnębicieli ilość jagód, bowiem jedną z przeszkód było właśnie zbieranie tych owoców na czas. Poza tym, w rzucie nożem do celu szczególnie popisał się syn Szwejka - Adam. Wiadomo - chłopak z Pragi...

Po południu, kiedy goście powrócili do obozu, odbył się wielki turniej piłkarski o Złote Kalesony. Tradycyjnie już wygrali Zawiszacy, drugie miejsce rodzice, a trzecie harcerze. Szkoda, bo Gołąb dawał z siebie wszystko, ale cóż mógł poradzić wobec koncertowej gry Mareczka. Maciory czy Gutka? A na trybunach prezesi ligowych klubów i nadzieje na transfery... 

 

Mecz Drużyna kontra Zawiszacy. Gołąb w ataku.

 

Mecz Drużyna kontra Zawiszacy. Kolejny atak na bramkę Zawiszaków.

Wieczorem odbyły się aż trzy istotne wydarzenia. Najpierw "ognisko". Piszemy w cudzysłowie, gdyż w istocie nie było to żadne ognisko. Ognisk w góle nie wolno palić w lesie, w którym obozujemy. Skądinąd jest to zakaz całkowicie słuszny. Ale do tej pory nie zdarzyło się, abyśmy nawet w miejscu dobrze zabezpieczonym, i to po dwóch tygodniach ulewnych deszczy, nie mogli pośpiewać przy płomieniach. No cóż, siła wyższa. Zbiliśmy więc ozdobny kandelabr z sosnowych żerdzi i gałęzi i śpiewaliśmy przy świeczkach.   

 

Burak i Gutek - dwóch zapiewajłów.

 

Na ognisku.

Zaraz po "ognisku", w rozluźnionej już atmosferze, odbyły się imieniny Daniela. Serwowano tanie napoje owocowe (no, nie takie, o jakich myślisz, Drogi Czytelniku) i słodycze. Lecz dla większości chłopców, ze szczególnym uwzględnieniem Gadziny, największą atrakcją tej imprezy były odwiedziny zaprzyjaźnionej z Szesnastką od niedawna drużyny Jaworzyna, ze Szczepu 22 WDH. "Dziewczynki z Jaworzynki" pląsały, śpiewały i w ogóle było bardzo romantycznie. 

 

Solenizant - Daniel i jedna z 20-tu zaproszonych dziewcząt.

 

Impreza imieninowa Daniela. Harcerki dopisały.

Trzecim wydarzeniem, bodaj najważniejszym tego wieczora, było złożenie przyrzeczenia harcerskiego przez najmłodszego z harcerzy obecnych na obozie - Pawła. Po zakończeniu śpiewanek w małej zatoczce nad jeziorem rozpaliliśmy mini- ognisko i sprowadziliśmy obecnego na Święcie Obozu tatę Pawła. Dla niego chyba też było to duże przeżycie. Paweł otrzymał krzyż harcerski i jednocześnie wręczono mu zdobytą na biegu krajkę. Na zakończenie zabrał z ogniska węgielek, zgodnie z wielowiekową tradycją (to stara tradycja, jeszcze z początków lotnictwa, coś ekstra, "ekstradycja").

W chwilę po Przyrzeczeniu Harcerskim. Lesław przypina Krzyż Pawłowi Hurasowi.

Na szczęście w nocy nie padało, więc niedzielny poranek zapowiadał doprawdy miły dzień. Na porannym apelu zostały oficjalnie otwarte próby na stopień wywiadowcy Dominika, Daniela, Andrzeja i Marka oraz zapowiedziano zakończenie prób na ćwika Żółwia, Gołębia i Mućki. Honorowy prezes klubu piłkarskiego "Dali Jazda w Kartoflisko", Lesław, wręczył delegacji zwycięskich Zawiszaków trofeum - słynne Złote Kalesony, i w trwającej nie dłużej niż półtorej godziny prelekcji przypomniał historię piłkarskich zmagań w ramach trwającego już kilkanaście lat turnieju.

 

Apel uroczysty.

 

Lesław czyta rozkaz. Pierwsza godzina czytania.

 

Lesław czyta rozkaz. Druga godzina czytania.

 

Raport zastępowych.

 

Umundurowani Zawiszacy na apelu.

 

Zwycięskie trofeum przechodnie - tradycyjne złote kalesony.

Wciągnięcie flagi jest swoistym ćwiczeniem fizycznym.

Wymagającym pewnej sprawności.

Aż dziwne, że zawsze się udaje.

 

Zdjęcie rodzinne przy bramie.

 

...i pod masztem.

Po obiedzie (wspominane z nostalgią kurczaki!) goście zaczęli się rozjeżdżać. Kilku Zawiszaków, którzy zapowiedzieli dłuższy pobyt, wyruszyli w teren przygotować trasę biegu na stopień wywiadowcy. Teoretycznie nikt nic nie wiedział. Ale kiedy po apelu wieczornym odgwizdano alarm ciężki (pretekstem było wyjście na rajd), pierwsi umundurowani i doszczętnie spakowani harcerze stawili się na placu apelowym w ciągu 3 sekund. Prawdziwy rekord, tego jeszcze nie było! Wywiad (dawniej Spółdzielnia "Gumowe Ucho") zadziałał bezbłędnie. Po ponad godzinie kandydaci na wywiadowców wyszli z obozu i udali się na nocny etap biegu - marsz na azymut. Nie będziemy rozpisywać się o przebiegu ich zmagań z przyrodą i własnymi słabościami. Dość na tym, że pogoda im sprzyjała (było ciepło i bezdeszczowo), a całą trasę biegu, kończącego się następnego dnia wieczorem w Świeciu, przeszli wszyscy kandydaci. Należy im się duże brawo i małe frytki. Albo odwrotnie.

Bieg na wywiadowcę był początkiem rajdu, którego trasa wiedzie do Torunia. Po rajdzie jeszcze tylko manewry z udziałem 22 WDH i 13 KDH, Święto Obozu 22 WDH i pionierka końcowa. A potem - powrót do domu. Ale jeszcze w sierpniu czeka nas wakacyjna wyprawa w góry. Byle tylko nie dali się na nią namówić panowie Ż. i Z., bo szkoda byłoby, żeby nam ktoś wykradł takie na przykład Karkonosze, albo Góry Kaczawskie, kiedy oni będą ich doglądać.

Lech Najbauer
zdjęcia: Marek Talacha, Marek Gajdziński, Ala Kuczyńska