Wyszukiwanie zaawansowane
Panteon
do poprzedniego artykułudo końca stronydo strony głównejpowrót do spisu treścido galerii obrazówdo następnego artykułu
1925-09-01 | Warszawa | Dyzma Zawadzki
Janusz Klarner

Janusz Klarner w drugiej połowie lat 30tychJanusz Klarner urodził się 14 kwietnia 1910 roku w Warszawie, jako syn Czesława i Florentyny (z Jaworowskich) Klarnerów. Był najmłodszym z trzech braci (Zbigniewa i Jerzego), miał też młodsze siostry - Jadwigę i Marię. Jego ojciec był bardzo znaną postacią XX-lecia miedzywojennego, ministrem skarbu w rządzie Kazimierza Bartla i przedsiębiorcą. Był m. in. autorem rozbudowy zakładów starachowickich i ich uniezależnienia od zagranicznego kapitału, lobbował również na rzecz zamówień wojskowych dla starachowickich zakładów. Dbał też o pracowników - osiedla mieszkaniowe dla robotników nazwano m.in. Klarnerowo I i Klarnerowo II, oprócz nich powstał szpital, szkoły i stacja kolejowa. W uznaniu zasług Czesława Klarnera, został on wiceprezesem Zarządu Towarzystwa Zakładów Mechanicznych Lilpop, Rau i Loewenstein. Ojciec Janusza był również prezesem Warszawskiej Izby Przemysłowo-Handlowej, prezesem Związku Izb Przemysłowo-Handlowych Polski, vice-prezesem Rady Nadzorczej Polskich Kopalni Skarbowych [Skarbo-ferm], na prośbę prezydenta Mościckiego był prezesem Rady Administracyjnej w Zakładach Azotowych Chorzów i Mościce, vice-prezesem Rady Nadzorczej Stoczni Gdyńskiej, członkiem Zarządu Towarzystwa Elektrycznego, odgrywał istotną rolę w Lewiatanie, od 1936 r. był prezesem Huty Pokój, od 1937 r. był prezesem Rady Nadzorczej Zakładów Południowych w Stalowej Woli, którymi kierował do wojny. Zakłady Południowe powstały jako spółka BGK, Starachowic oraz Huty Pokój, członkiem Rady Banku Zachodniego. Jak stwierdziła Jadwiga Klarner: "można powiedzieć, że nic w polskim przemyśle okresu międzywojennego nie działo się bez udziału ojca".


Rodzina Klarnerów była więc bardzo dobrze sytuowana. Janusz rozpoczął naukę w Gimnazjum im. Staszica, w związku z czym wstąpił do działającej tam 16 Warszawskiej Drużyny Harcerzy - idąc w ślady swoich dwóch starszych braci. W kronice z 1927 roku czytamy, że na zimowisko drużyna wybrała się do Starachowic, gdzie zamieszkała w hotelu robotniczym, świeżo oddanym do użytku. Należy przypuszczać, że swój udział w tym miał ojciec Janusza. Czytając tekst sporządzony przez Dzidka Eberhardta, dowiadujemy się, że Janusz miał przezwisko "Piguła", poza tym znośnie gotował ("Potem zjedliśmy śniadanie, jedno z lepszych śniadań w życiu, nie dlatego, że je gotował Piguła, lecz dlatego, że byliśmy porządnie głodni"). Możemy się też dowiedzieć, że to właśnie Piguła załatwił u dyrekcji fabryki wizytę drużyny, połączoną ze zwiedzaniem. Nieobca była mu też dobra zabwa: "Dziś z powodu Sylwestra odbyła się w obozie wielka uroczystość. Śpiewaliśmy do godziny 12-ej, poczem Piguła trzasnął kijem w garnek 12 razy. Tadzio zagrał przed domem wspaniały hejnał na sygnałówce, nagrodzony oklaskami. Wróciwszy od izby odśpiewaliśmy Rotę, po której odbył się z masońskimi ceremoniami chrzest Staśka Tyszewicza, zwanego odtąd Agapą. Potem Pietrzyk palnął mówkę i zasiedliśmy do uczty, podczas której zjedliśmy wszystkie słodycze, przywiezione z Warszawy i na ten cel troskliwie przechowywane. Poszliśmy spać o 1-ej. "


Podczas podróży powrotnej miało miejsce zajście, które pozwala przypuszczać, że 16-letni Janusz miał swój charakter i był dość pewny siebie: "Na stacji spotkała nas nieco przykra niespodzianka: nie było zarezerwowanych przedziałów. Zajęliśmy przedział 4-ej klasy, skąd Piguła energicznie wyrzucił paru Żydków. Ułożywszy się, gdzie kto mógł, spaliśmy aż do Grodziska, gdzie wsiadło kilkunastu pasażerów. Stanęliśmy w Warszawie szczęśliwie o godz. 6-ej".


Janusz miał swój czynny udział w słynnym starciu z warszawską Dwójką - wówczas jedną z najlepszych stołecznych drużyn. Relację z tego zdarzenia znajdziemy w kronice z roku 1927: 

 

"Tego wieczoru miałem z kolei stać na I zmianie warty nocnej. Noc była cicha, niebo bez chmurek. Księżyc w pełni. Las drzemał spokojnie na wyniosłym brzegu Studziennicznej. Z kęp odzywały się ciche głosy ptactwa błotnego. Czułem senność. Ale piękna, usypiająca muzyka nocy letniej została skłócona "fałszywym półtonem". Oto wielka chmara komarów zleciała z nad jeziora w poszukiwaniu wartownika - swego zwykłego nocnego żeru. Znalazły mnie i natychmiast czar i senność nocy odleciały bezpowrotnie. Nie mogąc ustać spokojnie na miejscu ruszyłem zdecydowanie na obchód obozu, myśląc, że zmęczę lecące za mną komary. Wtem... usłyszałem z głębi lasu trzask gałązek... i znowu cisza... i powtórny trzask. Teraz nie miałem już wątpliwości. Podchodzą nas! Szybko wycofałem się do obozu i wślizgnąłem do namiotu najstarszego zastępu: "cichy alarm". 

Po paru minutach mała tyralierka wślizgnęła się do lasu. W chwilę potem piekielny łoskot, hałas, krzyki, nawoływania ożywiły uśpiony las. Po krótkiej gonitwie po lesie niefortunni "podkradacze" znaleźli się w obozie i przy dogasającym ognisku rozpoczęły się ceremonie powitalne. Ludzie żywiący ku sobie w tej chwili niekłamaną i straszliwą nienawiść z najsłodszym uśmiechem na ustach zapewniali nas:
- Bardzo przepraszamy za tak spóźnioną wizytę...
- Ależ, co znowu!? Bardzo nam było miło... 
- Cała przyjemność po naszej stronie!
Gdy ostatni z gości opuścił granicę obozu - spojrzałem po twarzach "Orłów" i "Rysiów". Wszyscy mieli miny skupione, a w oczach paliły się krwawe błyski: "Zemsta! Zemsta! Krwawa zemsta!" 

W kilka dni potem pięciu mścicieli opuszczało wieczorem obóz. Piguła inaczej znany pod imieniem Janusza Klamera czyli wartownik, czyli poprostu ja; Józef bez przydomka "Girtler", słusznie tak zwany Gryzmuś (Piaskowski) i jeszcze słuszniej zwany Jajko (Jerzy Klamer) i wreszcie z irlandzka nazywany T. O. Hollender (Tadeusz Orczyński). W milczeniu i ciszy posuwaliśmy w dobrze znanym kierunku. W bliskości obozu wrogów rozdzieliliśmy się. Ja wraz z T. 0."Hollender"em tworzyliśmy jedną grupę i jako awangarda mieliśmy uważać na bezpieczeństwo siły głównej. Zadaniem naszem było wejść do obozu od strony jeziora i ewentualnie sprzątnąć wartę, żeby nie utrudniała w robocie. Cicho, ślizgając się, jak węże, dotarliśmy na jakieś 50 kroków do obozu. 

Warty nie widać. Pewnie zmęczyła się w ciągu dnia i teraz sobie odpoczywa. Zaczynamy więc skradać się do masztu, gdy wtem... od jeziora dochodzą jakieś hałasy. Skrzyp dulek i głos komendy daje nam znać, że wraca wyprawa wodna: z gwarem i bez ceremonii wchodzą do obozu i układają się do snu. 

Odczekawszy trochę, ostrożnie wychylam głowę z za kłody drzewa - w obozie cisza zupełna i ciemno, choć oko wykol. Nagle księżyc, który dotąd sprzyjając nam, krył swe oblicze w chmurach, teraz z wrodzonem chamstwem odsłonił się i srebrna jasność zalała polanę... Dziwnie uroczo wyglądał teraz obóz. Ciemna tafla jeziora przecięła jasną, falującą smugę światła, namioty, odcinające się ostro na tle ciemnego lasu, maszt wystrzelony ku granatowej kopule nieba - wszystko nabrało jakiejś dziwnej pięknej grozy... I znowu byłbym się pogrążył w romantycznych marzeniach, gdyby nie złośliwy komar, który zaczął mnie kłuć w i tak już duży nos. Zgniotłem gada i to wzbudziło we mnie krwiożerczość. Księżyc, jakby odgadłszy moje uczucia, czem prędzej nasunął na głowę puszysty obłok, zostawiając uśpioną "Dwójkę" swemu losowi. 

Bezgłośne ryknięcie - i dwa cienie suną w kierunku masztu. Na Merkurego! Na maszcie chwieje się, tuż przy ziemi, zapomniana bandera! Staję przy maszcie, okrywszy się dla niepoznaki materiałem i rozplątuję sznurki. Nagle! (czuję, że czytelnik zwymyśla mnie wkrótce za te wykrzykniki) - w namiocie, tuż obok, jakiś lunatyk widocznie, a może zupełnie normalny człowiek stęknął jak krokodyl i coś zagadał. Wkleiłem się poprostu w drzewo. Mój towarzysz skamieniał w postawie Galatei, bo właśnie przypinał na namiocie bilet wizytowy Szestnastki. (Jako bowiem ludzie, mający zasady obozowego savoir vivre'u, zabraliśmy z sobą bilety wizytowe z pięknie wykaligrafowanem: "Rejtaniakom - czuwaj! Zawiszacy!", by gospodarze wiedzieli kto ich odwiedzał). 

Nie otrzymawszy odpowiedzi, lunatyk stęknął jeszcze raz, przewrócił się na drugi bok i zasnął. 

Odczepiwszy banderę, zwinąłem ją w kłębek i w nogi. Przylecieliśmy na miejsce zbiórki jak dwa duchy. Radość dodała nam skrzydeł. Tam spotkaliśmy towarzyszów. I im powiodło się nadzwyczajnie. Znaleźli leżącą na ziemi banderę morską. Nie mogąc znieść takiego pohańbienia sztandaru, podnieśli go i z poszanowaniem przynieśli na punki zborny. 

Ruszyliśmy z powrotem... W obozie złożyliśmy, mimo późnej pory raport, załączając dwie bandery, na dowód, że godnie zrewanżowaliśmy się naszym sąsiadom. 

W epilogu tej historii, nazajutrz o godz. 5-tej rano w obozie zameldowała się delegacja "Dwójki" z prośbą o oddanie bander. Mieli miny trochę niewyraźne... 

- Z własnych przeżyć dha Klarnera Janusza czyli Piguły spisał Antoni Mikoszewski, zwany Klawidrągiem.
" (Teczka 1927 r. Arch. Drużyny).


W 1928 roku pełnoletni już Janusz Klarner, w stopniu ćwika, był oboźnym obozu podczas zlotu w Bulli (na Łotwie). O tym to zlocie w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych szeroko opowiadał harcerzom Szesnastki jego brat, Zbigniew Klarner. W tym samym roku Piguła zaczął studia na Politechnice Gdańskiej, na Wydziale Budowy Maszyn. Na studiach był między innymi oldermanem i prezydentem semestru, a także człokiem rzeczywistym Korporacji Akademickiej "Helania". Po zakończeniu studiów, w latach 1935-1936 ukończył wołyńską Szkołę Podchorążych Artylerii, uzyskując stopień podporucznika rezerwy.


Wróciwszy do Warszawy, rozpoczął pracę w Zakładach Mechanicznych Lilpop, Rau i Loewenstein. Wstąpił też do Polskiego Klubu Wysokogórskiego - w tym to klubie, w 1938 roku, narodził się pomysł pierwszej polskiej wyprawy himalaistycznej. Janusz dostał zaproszenie od pomysłodawcy - Adama Karpińskiego. Pozostałymi uczestnikami wyprawy mieli zostać Jakub Bujak i Stefan Bernadzikiewicz. Celem ekspedycji był szczyt Nanda Devi Wschodnia - o wysokości 7434 metrów).


Janusz był najmłodszym spośród uczestników (co ciekawe, wszyscy z nich byli inżynierami), miał też najmniejsze doświadczenie. Jadwiga Klarner-Szymanowska wspomina:

 

"Zimą 1937-1938 Janusz kilkakrotnie wyjeżdżał na zimową wspinaczkę w Tatry Polskie i Czeskie (Słowackie - red). Zapisał się do Klubu Wysokogórskiego i trenował razem z jego członkami. W końcu roku 1938, kiedy Klub Wysokogórski zaczął organizować pierwszą polską wyprawę himalajską, jej organizator i kierownik Adam Karpiński, zwany Akarem, zaproponował Januszowi uczestnictwo. 

Celem był siedmiotysięcznik Nanda Devi Wschodnia (7 434 m). Pozostali uczestnicy to Jakub Bujak i Stefan Bernadzikiewicz. Wszyscy czterej inżynierowie. Nasz ojciec był oburzony, że Janusz, oficer rezerwy, mimo narastających nastrojów wojennych, chce wyjechać z Polski. Janusz dał ojcu uroczyste słowo honoru, że w razie wojny na pewno wróci do kraju. Słowa dotrzymał.

Na budżet wyprawy składało się: 1/3 dotacja państwa, 1/3 wkład Klubu Wysokogórskiego, 1/3 to wkład własny uczestników (budżet udało się dopiąć m.in. pożyczce od Czesława Klarnera, ojca Janusza - przyp. red.). Janusz był najmłodszy z czwórki, miał 29 lat i był najmniej doświadczony - nigdy nie odbywał wspinaczek poza Tatrami. Reszta uczestników miała na swoim koncie Alpy, Andy, Kaukaz, Spitzbergen. A jednak Akar, z któregoś z wyższych obozów, kiedy borykali się z licznymi trudnościami i wszyscy bardzo cierpieli z powodu choroby wysokościowej, napisał w liście do żony, że jeśli któremuś z nich uda się zdobyć Nanda Devi, na pewno będzie to Janusz. 

Nieporównanie trudniejsze były wówczas wyprawy wysokogórskie niż dziś. Przede wszystkim aparaty tlenowe, tak pomocne dzisiejszym himalaistom,  były tak prymitywne i ciężkie, że mało kto decydował się na ich używanie. Nie było sztucznych włókien, lekkich i bardzo mocnych, z których dziś robi się liny wspinaczkowe, nie było  tkanin o minimalnej wadze na namioty i ubrania, ciepłych i nieprzewiewnych.

Pamiętam, jak Janusz ważył każdą sztukę ubrania i bielizny,  przysyłanych przez austriacką firmę specjalizującą się w dostarczaniu ekwipunku wysokogórskiego, bo waga każdej sztuki była określona z dokładnością do grama. Odrzucił śliczny sweter z angory, bo ważył 21 dekagramów zamiast dopuszczalnych 17.


Wyjechali z Warszawy 23 kwietnia 1939 roku. Pociągiem do Genui, dalej do Bombaju statkiem. W Indiach dołączył do nich angielski oficer łącznikowy major Foy, który towarzyszył wyprawie. Doszedł razem z nimi do bazy i w niej pozostawał. 2 lipca Janusz i Jakub Bujak zdobyli szczyt Nanda Devi, pierwszy siedmiotysięcznik dla polskiego himalaizmu.


Uczestnicy wyprawy na Nanda Devi, od lewej: Janusz Klarner, Jakub Bujak, Adam Karpiński, lekarz dr J.R. Foy, oficer łącznikowy S.Blake, Stefan Bernadzikiewicz

Uczestnicy wyprawy na Nanda Devi, od lewej: Janusz Klarner, Jakub Bujak, Adam Karpiński, lekarz dr J.R. Foy, oficer łącznikowy S.Blake, Stefan Bernadzikiewicz


Akara i Bernadzikiewicza zmogła choroba wysokogórska.Wszyscy razem zeszli w dolinę, podejmowani przez ludność tubylczą jako świątobliwi pielgrzymi po odbyciu pielgrzymki do sanktuarium bogini śmierci Kali Nanda. Powodzenie wyprawy tubylcy uznali za dowód, że bogini przyjęła pobożną pielgrzymkę.


Jako drugi cel wyprawy postanowili zdobyć Tirsuli (7 150 m). Tu nastąpiła katastrofa. l8 lipca Akar i Bernadzikiewicz założyli obóz III na wysokości 6 150 m. W nocy potężna lawina śnieżno-lodowa zmiotła obóz. Ciał nie znaleziono. Bogini śmierci jednak zemściła się za naruszenie spokoju jej sanktuarium.


Janusz z Bujakiem wysłali wiadomość do bazy, do majora Foya: “Akar i Berna zginęli w lawinie”. Ze względu na zbyt trudne dla Anglików nazwisko, Bernadzikiewicz używał skrótu "Berna". Nie dość wyraźnie napisaną kartkę Foy odczytał jako "Akar i Kerna" i przesłał do Bombaju wiadomość: “Akar i Klarner zginęli". Taka depesza dotarła do Polski. Ale Janusz zorientował się w pomyłce i jeszcze tego samego dnia wysłał kolejną depeszę: “Wracam z gór – Janusz"

 

Co ciekawe, w 1989 roku Anna Pietraszek, dziennikarka telewizyjna, odnalazła w Londynie 11-minutowy film z tej ekspedycji, który wykorzystała podczas tworzenia własnego materiału o wyprawie na Nanda Devi. 

 

Janusz Klarner wraz z Jakubem Bujakiem dotarli do Polski 9 września - przekraczając rumuńską granicę. Bujak wyjechał do Anglii - tam pracował przez całą wojnę, a zginął w 1945 roku podczas wspinaczki po nadmorskich klifach - ciała nigdy nie odnaleziono. Janusz natomiast zdążył wziąć udział w kampanii wrześniowej, służąc razem z bratem Jerzym w Dywizjonie Artylerii Najcięższej, jedynej takiej jednostce w Wojsku Polskim.

 

Podczas okupacji Janusz prowadził warsztat samochodowy "Start". Wstąpił oczywiście do Armii Krajowej, gdzie przyjął pseudonim "Jar" - był dowódcą 3. Baterii 1. Dywizjonu Artylerii Konnej AK. W trakcie okupacji zginął tragiczną śmiercią jego brat, Jerzy Klarner. W konspiracji uczestniczyli też jego drugi brat - Zbigniew, a także siostra Jadwiga, którą Janusz sam do Armii Krajowej wciągnął (została sanitariuszką 1. DAK, podczas Powstania współpracowała m.in. z dr Felicjanem Lothem, Zawiszakiem). Podczas Powstania Warszawskiego walczył na Czerniakowie - do 2 sierpnia, gdy po załamaniu ataku na koszary przy ul. Czerniakowskiej wyprowadził swój oddział do Lasów Kabackich, gdzie został ciężko ranny w potyczce pod wsią Kiersza.

 

W baterii dowodzonej przez Janusza znajdowało się dwóch braci, harcerzy 16 WDH, Janusz Haman i Zdzisław Haman, który tak wspomina swojego dowódcę: "To było w ten sposób, że dowódca baterii, to był taki inżynier Janusz Klarner się nazywał, o godzinie pierwszej przyszedł do nas, ponieważ on mieszkał na Saskiej Kępie, przeniósł się do naszego mieszkania, bo bał się, że jeżeli będzie jakaś awantura na mostach, to mogą Niemcy mosty zamknąć albo wysadzić w powietrze. Rosjanie byli tuż, przeniósł się do nas, żeby być po lewej stronie Wisły. Przyszedł do nas koło godziny pierwszej z miasta, mówi: „Słuchaj, zabieraj się prędko, masz tutaj adres, hasło, masz iść na ulicę Woronicza, zabierzesz stamtąd broń, musisz się spieszyć – to była jakaś godzina czternasta – dlatego że o siedemnastej jest wybuch Powstania”. Stąd się dowiedziałem, kiedy wybuch Powstania. (...) Doszedłem do Czerniakowskiej, spotkałem dowódcę baterii inżyniera Klarnera, który szedł. Wiedział, że jestem ranny, już się dowiedział od tych, którzy walczyli, pyta się mnie, czy mogę coś robić. Mówię: „Nie wiem co, ale coś mogę robić”. − „To wobec tego zostań tutaj, zaraz przyjdą z butelkami z benzyną, zaprowadzisz ich do walki, pokażesz im drogę, jak iść, bo strzelanina, trzeba się ukrywać, trzeba bokiem jakoś padać.  (...) Jeszcze mogłem postrzelać trochę, dlatego że byłem blisko koło tych Niemców, oni postrzelali do mnie, ja do nich i nie wiem, czy ja trafiłem, oni nie trafili, bo byłem cały, ale wołali, że dowódca baterii jest ranny. Poszedłem do tego dowódcy baterii, dostał kulę, on robił skoki nie przede mną a za mną, dostał kule między oko a nos. Ale był przytomny przez cały czas, nie pozwolił się zanieść na kocu, musieliśmy zdjąć drzwi z jakiegoś chlewika czy jakiejś komórki, na tych drzwiach żeśmy go zanieśli na wóz, on nie chciał jechać do szpitala w Piasecznie, tylko mówił, żeby go zawieść pod Piaseczno, był jakiś klasztorek żeński, który miał jakieś zobowiązania względem jego rodziny, oni zakonnice utrzymywali czy dawali. Janusz Klarner był synem ministra przedwojennego Czesława Klarnera, który był ministrem przemysłu i handlu, byli dobrze sytuowani, mogli zakonnice jakoś wspierać. 

 

Po wyjściu siostry Jadwigi z obozu jenieckiego spotkali się w Konstancinie-Jeziornie, w prywatnym, prowizorycznym szpitalu. Jadwiga Klarner tak opisywała to spotkanie: "On wiedział już, że rodzice są w Podkowie Leśnej, w domu rodziców przyjaciółki mojej siostry, więc że trzeba pojechać koniecznie, bo na pewno się bardzo niepokoili, co z nami. Wybraliśmy się. To było mniej więcej osiemdziesiąt do dziewięćdziesięciu kilometrów i na to mieliśmy nasze cztery nogi i jeden rower, do tego damka, więc bez żadnej możliwości, żeby usiąść na ramie. Wobec tego tak jechaliśmy: albo Janusz pedałował i ja stałam na tylnich ośkach, trzymając się go kurczowo, ale to było bardzo niedobrze. Ewentualnie ja pedałowałam, a Janusz za mną biegiem. A trzeba pamiętać, że to była przecież okupacja i godzina policyjna i po zapadnięciu zmroku Niemcy bez ostrzeżenia strzelali. Tak że to nie była bułka z masłem. A mieliśmy do zrobienia osiemdziesiąt kilometrów w ciągu popołudnia."

 

Za udział w Powstaniu Janusz Klarner został odznaczony Krzyżem Walecznych. Po wojnie prowadził przedsiębiorstwo inżynieryjno-budowlane "Start", zaś w 1948 roku przejął fabrykę Wyrobów Metalowych K. Kubacki w Warszawie.

 

Wieczorem 17 września 1949 roku Janusz Klarner wyszedł ze swojego mieszkania przy ul. Lipskiej 21 w Warszawie i już do niego nie wrócił.

 

Do rodziny zgłosił się człowiek, który stwierdził, że widział Janusza skatowanego w więzieniu UB przy ul. Cyryla i Metodego na warszawskiej Pradze. Niestety, nie udało się z tym człowiekiem ponownie skontaktować. Instytut Pamięci Narodowej prowadzi śledztwo w sprawie śmierci Janusza Klarnera i Jakuba Bujaka - przyczyną śmierci tego ostatniego mogła być jego wyjątkowa wiedza w zakresie silników odrzutowych (istnieje teoria, jakoby wobec chęci powrotu do kraju zlikwidowali go Brytyjczycy).

 

Ciała Janusza Klarnera nigdy nie odnaleziono (ma jedynie grób symboliczny na warszawskich Powązkach) - podobnie jak pozostałych uczestników wyprawy na Nanda Devi. Badający póżniej tę wyprawę uznali to za klątwę bogini śmierci Kali Nanda. Dziś Janusz Klarner, którego pamięć tak zaciekle wymazywali funkcjonariusze PRL, powraca do świadomości rodaków. W 1956 roku wydano napisaną przez Janusza Klarnera na podstawie własnego dziennika książkę o wyprawie, zatytułowaną "Nanda Devi", co ciekawe, wstępny opis ekspedycji ukazał się w konspiracyjnym "Taterniku" z 1941-42 roku. W 2009 roku Jan Lenczowski, wnuk Jakuba Bujaka, zorganizował wyprawę na Nanda Devi - śladem pierwszych Polskich himalaistów.

do poprzedniego artykułudo początku stronydo strony głównejpowrót do spisu treścido galerii obrazówdo następnego artykułu
©2000 - 2017  16WDH