Wyszukiwanie zaawansowane
Relacje
do poprzedniego artykułudo końca stronydo strony głównejpowrót do spisu treścido następnego artykułu
2015-08-14 | Warszawa | Dyzma Zawadzki
Ziemjanki, kwas, kminek - KONTAKT! - czyli obóz Włóczykijów AD 2015

Drugi obóz "Włóczykijów" (czyli naszego patrolu wędrowników) odbył się latem 2015 roku, w dnia 30 lipca - 14 sierpnia. Odwiedziliśmy Litwę i Łotwę wraz z 265 Warszawską Drużyną Wędrowniczek "Czarnohora" - było niesamowicie! Ujmijcie kubki z herbatą i nadstawcie uszu, bo oto snuć będziemy opowieść długą, a ciekawą...

 

DZIEŃ I - wyjazd

 

Ostatnie dni przed obozem wyglądały jak zawsze – pośpiech, urywający się telefon i milion spraw do załatwienia na ostatnią chwilę. Wyszedłszy z pracy (po godzinie 17…) pędziłem na rowerze wymienić pieniądze – w kantorze, który podobno ma najlepsze kursy wymiany. W kolejce nawet jedna Pani zaoferowała mi franki szwajcarskie, kilka tysięcy – może bym i kupił, ale chyba nie byłoby mnie stać. Chwilę później, zasobny w 1440 euro, ruszyłem do domu. Umówiliśmy się na Dworcu Centralnym o 20:30 – całe szczęście byłem już spakowany. Dorzuciłem do plecaka ostatnie fanty, po czym zebrałem siaty z jedzeniem i ruszyłem powoli na Dworzec. Trzeba Wam wiedzieć, że mniej więcej tydzień przed wyjazdem zrobiliśmy z Kisielem spore zakupy w Carrefourze, nabywając masę dobrego jedzenia za 500-600 złotych. Dziewczyny z Czarnohory zabrały swoją część wcześniej, udało mi się też przekazać towar Szymonowi, Śledziowi i Tomkowi, Kisiel wziął swoją partię z domu – ale resztę trzeba było dodźwigać. Wyglądając zatem zdecydowanie mało harcersko z trudem wsiadłem do tramwaju.

 

Na miejscu czekał już Michał (Turowski), z bardzo skromnie wyglądającym plecakiem – od razu sprezentowałem mu jego porcję jedzenia. W czasie pakowania zaczęli ściągać pozostali – Śledziu (czyli Kacper Nowak), Tomek (Siechniewicz), Szymon (Kotański), Kisiel (czyli Paweł Hrynkiewicz). Na końcu triumfalnie wkroczyli Kędzior (Karol Walesiak) z Grzegorzem (Brzostkiem), niosąc namioty, pożyczone od chłopaków z Grunwaldu. Nastroje były bojowe na tyle, na ile mogły być w czwartek wieczorem. Śledziu miał plecak wypchany po brzegi, więc gdy wręczyliśmy mu butelkę oleju złapał się za głowę i owinął go najpierw w kilka torebek foliowych. Potem, jak zawsze, zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie (które potem Ola wrzucała na fejsa), znaleźliśmy nasz autokar i zaczęliśmy się do niego pakować. Pani zażądał biletów na pociąg – tak, to był autobus zastępczy, na trasie Warszawa – Małkinia. Rozumiemy, tory trzeba remontować – ale nie dałoby się tego zrobić w ciągu roku?

 

Wreszcie! Zapakowani siedzimy w autokarze. Największe „kozaki” jak zawsze zajęły miejsce z tyłu autokaru, reszta trochę bardziej z przodu. I jedziemy! Podróż upłynęła dość spokojnie, pomijając fakt, że w spaniu cały czas przeszkadzał mi jakiś członek Platformy Obywatelskiej, głośno referujący przez telefon swoje problemy z miejscem na liście wyborczej. W Małkini mieliśmy ekspresową przesiadkę – jako kulturalni młodzi ludzie poczekaliśmy, aż reszta pasażerów wyjmie swoje rzeczy – skończyło się na tym, że podbiegaliśmy nerwowo do pociągu już po gwizdku konduktora. Darowaliśmy sobie też szukanie właściwych miejsc i po prostu weszliśmy do wolnych przedziałów. W międzyczasie usilnie smsowałem z Michałem Jaszczukiem z Białegostoku – chcieliśmy tam przenocować 6 godzin między północą a 6:30, kiedy odchodził pociąg do Suwałk.

 

Ostatecznie, jak ustaliliśmy, podjechał po nas samochodem – i w trzech kursach dowiózł do lokalnej harcówki, za co byliśmy niesamowicie wdzięczni. Gwoli wyjaśnienia – jak wszystkie nasze ukochane dworce, także ten w Białymstoku ma przerwę techniczną w tych godzinach, w których jest najbardziej potrzebny… Ekspresowo nastawiliśmy budziki i poszliśmy spać – rano mieliśmy piętnaście minut na pobudkę, zebranie się i dojście do przystanku autobusowego – niektórzy zrezygnowali nawet ze śpiworów.

 

DZIEŃ II – autostopowe przygody

 

Rano zebraliśmy się nadzwyczaj sprawnie – elegancko zdążyliśmy na autobus. Nie jechaliśmy jednak nim na dworzec, a w drugą stronę – wszak trzeba było jeszcze oddać klucze. Wysiedliśmy gdzieś w środku wielkich osiedli mieszkaniowych – nie pytajcie gdzie, bo nie mamy pojęcia. Ja pobiegłem z plecakiem szukać bloku Michała, a reszta ruszyła na kolejny przystanek, z którego mieliśmy już jechać na stację. Gdy dobiegłem pod właściwy adres, zorientowałem się, że skrzynki pocztowe są na klatce – a wejść się tam nie da. Zacząłem więc dzwonić (o 4 rano, więc rozumiecie niezręczność całej sytuacji). Coś mnie jednak tknęło, żeby spojrzeć na ścianę – i tam dostrzegłem szczeliny, przez które można było wrzucać przesyłki z zewnątrz. Uradowany pozbyłem się szybko kluczy i obrałem kierunek powrotny. Na szczęście czasu było dość, zdążyliśmy nawet na wcześniejszy autobus i w poczekalni mogliśmy napić się gorącej czekolady z automatu.

 

Pociąg do Suwałk jechał jeszcze trzy godziny – które część ekipy wykorzystała na sen, a reszta na pogaduchy o obozie, o dziewczynach i wielu innych sprawach. No i w końcu dojechaliśmy – teraz czekał nas spacer do miejsca, gdzie moglibyśmy zacząć łapać stopa. Po drodze załatwiliśmy sobie kartony z Lidla, żeby napisać na nich cel naszej podróży. Półgodzinny marsz doprowadził nas na drogę wylotową w kierunku Litwy – zrobiliśmy więc postój, by przebrać się w mundury i przygotować napisy. I w tym momencie dało o sobie znać nasze szczęście – w połowie przebierania się podjechał samochód,  a za nim drugi – kierowcy zaproponowali podwózkę do Wilna! Szybko wyłoniliśmy z naszej ósemki Grzegorza, Kędziora, Michała i Tomka. Na placu boju pozostała reszta ekipy. I zaczęła się ta najbardziej żmudna część podróżowania dzięki ludzkiej uprzejmości.

 

W końcu zatrzymał się pewien Litwin – mówił łamanym polskim, ale nie był zbyt rozmowny. Umówiliśmy się, że podrzuci nas (całą czwórkę) do Mariampola, skąd mieliśmy skręcić w stronę Wilna i Troków. Szczęśliwi i zmęczeni, w końcu wszyscy wpadliśmy w objęcia Morfeusza… Przyszłość dowiodła, jak duży to był błąd…

 

Otóż nasz kierowca, kierując się chęcią pomocy, dowiózł nas aż do Kowna! Jeśli spojrzysz na mapę, Szanowny Czytelniku, zrozumiesz, że w ten sposób nasza trasa się mocno skomplikowała. Do tego wysiedliśmy na obwodnicy Kowna, w miejscu w którym praktycznie nikt nie jechał w stronę Wilna. Zaczęliśmy jednak łapać, nie zrażeni deszczem ani faktem, że byliśmy na czymś, co bardziej przypominało autostradę niż zwykłą drogę. Dodatkowej niespodzianki dostarczył nam Śledziu – gdy już obudził się po opuszczeniu samochodu, zorientował się, nerwowo macając kieszenie, że zostawił na siedzeniu telefon komórkowy… Spisaliśmy go na straty (szczególnie, że miał drugi), ale postanowiłem zadzwonić na jego numer kilka razy – i przyniosło to efekt, bo nasz kierowca oddzwonił i podjechał jeszcze raz. Jakby mało nam było szczęścia, w końcu podjechał samochód i młody Litwin zaoferował się, że podrzuci nas wszystkich na drugą stronę miasta, tam skąd wszyscy jadą do Wilna. Aha, warto jeszcze wspomnieć sympatyczną sytuację, która miała miejsce chwilę wcześniej – otóż w pewnym momencie zauważyliśmy samochód, z którego machali do nas młodzi ludzie – niesieni nadzieją, że oto złapaliśmy okazję, odmachaliśmy – jednak gdy podjechali bliżej okazało się, że po prostu nie mają opony na jednym z kół i strasznie ich to bawiło. Trzeba przyznać, że widok był niecodzienny, i zaraz po tym, jak zdołaliśmy zebrać szczęki z podłogi, wesołość pasażerów auta udzieliła się i nam.

 

Wracając do głównego nurtu naszej opowieści – po dłuższej chwili stania w nowym miejscu, przyszła i stanęła nieopodal dziewczyna – zakładaliśmy się, czy złapie okazję szybciej od nas. Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie pomyślałby inaczej, więc jak już pojechała, to nikt niczego nie wygrał. Nam jednak również dopisywało szczęście – i choć tym razem złapaliśmy oddzielne stopy, to znaleźliśmy się w tym samym miejscu (pod Wilnem), w mniej więcej tym samy czasie. Do Troków zostało niewiele, stanęliśmy więc na przystanku i już chwilę później złapaliśmy stopa – Polaka, który pracuje w Wilnie na Uniwersytecie. Po drodze nieco pogawędziliśmy, a gdy już wysiedliśmy w Trokach serdecznie podziękowaliśmy i zadowoleni skontaktowaliśmy się z resztą ekipy – która podobno znalazła niezłe miejsce na biwak. Powitawszy serdecznie Kędziora i Grzegorza, którzy przyszli aby nas na miejsce zaprowadzić, ruszyliśmy wzdłuż jeziora. Jezioro Galve, nad którym leżą Troki, jest niezwykle piękne – i choć mieliśmy w zasięgu wzroku ludzkie osiedla, czułem się ukontentowany. Zaordynowałem więc rozbijanie namiotów, zbieranie chrustu i gotowanie obiadu, a także kąpiel. Kąpiel w zimnym jeziorze po całym dniu „autostopowania” była prawdziwą rozkoszą, a gdy przyszło jeszcze do jedzenia, byliśmy bardzo szczęśliwi. Pierwszego dnia szef kuchni serwował liofilizowane jedzenie, własność hufca „Klucz”, której od dawna próbował się pozbyć Dekster. Kędzior jechał po nie aż do Anina – w końcu każda złotówka się liczy. Gotowaliśmy więc wrzątek i po kolei zalewaliśmy foliowe opakowania (po zalaniu odpowiednią ilością wody trzeba było opakowania znów zamknąć i cierpliwie czekać). Były też zestawy wegetariańskie, co uradowało Michała – wstąpił on bowiem niedawno na ścieżkę bezmięsnego odżywania. Jeśli chodzi o walory smakowe – niektóre dania były nawet dobre (jakiś myśliwski kociołek, czy spaghetti po bolońsku), ale już przy spaghetti carbonara Grzegorz się poddał. W myśl starodawnej zasady „lepiej żeby grzeszny brzuszek miał eksplodować, niżby Boże dary miały się zmarnować” staraliśmy się dokończyć, ale szło nam bardzo słabo.

 

Po obiadku, czyli po tym, co tygryski lubią najbardziej, przyszedł czas na herbatkę i małe zwiady. Byłbym zapomniał – przed obiadem zaliczyliśmy też pierwszego „Vytautasa”, który zyskał sobie gorącego zwolennika w osobie Szymona. Tymczasem podzieliliśmy się na dwie ekipy – Michał, Kędzior, Tomek i Szymon pierwsi poszli na spacer – trafili jednak na moczary i po półgodzinie wrócili, aby zająć nasze miejsca przy ognisku. Gdy to nastąpiło, druga część ruszyła w stronę zamku w Trokach. Żeby było jasne – nie szliśmy od frontu, ale wzdłuż jeziora – licząc na piękne widoki. Gdy tak szliśmy i szliśmy, przebiliśmy się przez bagienko o którym wspominali chłopaki i w końcu, po dłuższym spacerze dotarliśmy do samego zamku. Nie oglądaliśmy go zbyt intensywnie, bo planowaliśmy pojawić się tu jutro – ale nagraliśmy parę ujęć, zrobiliśmy parę zdjęć – i wróciliśmy do obozu (aha, po drodze złapaliśmy jeszcze wifi, co uwiązało chłopaków na dobre parę minut).

 

Gdy zaczął zapadać zmierzch (troszkę kropiło) przyszedł czas na krótkie ognisko. Przebraliśmy się w mundury, po czym opowiedziałem chłopakom nieco o samym zamku, jeziorze Galve (po polsku „głowa” – nigdy nie zamarza, dopóki nie dostanie głowy topielca), Witoldzie i Kiejstucie. Musicie wiedzieć, że zamek w Trokach ma wiele wspólnego z Malborkiem – właściwie prawie jak Tolkienowskie dwie wieże – Minas Tirith i Minas Morgul. Oba zamki były niegdyś siedzibami władców swoich państw, oba są ceglane – i, co trochę niszczy ich romantyczność, oba były odbudowane z ruin – Malbork w wieku XIX, Troki w wieku XX. Więcej dowiedzieć mieliśmy się jutro – w końcu przyszedł czas na sen.

 

Dzień III

 

Niestety, mimo męczącego dnia wczorajszego, musieliśmy wstać wcześnie – około 8:00… Straszna godzina. Kisiel rano był tak spragniony, tak zdesperowany, że aż wybłagał spacer do sklepu po wodę (a był ładny kawałek do przejścia, jak na chwilę tuż po przebudzeniu), a my zabraliśmy się za składanie namiotów i sprzątanie okolicy (właściwie to sprzątałem ja, jak reszta się patrzyła – ale cóż…). Wczoraj pracowicie wyszorowałem kociołek (jak zawsze na złoto!), więc zrezygnowaliśmy na razie z porannej herbaty. Zebraliśmy plecaki i wyruszyliśmy w stronę zamku – tym razem drogą, którą zwykle podążają turyści. Mijaliśmy po drodze mnóstwo uroczych drewnianych domków, aż wreszcie doszliśmy nad brzeg jeziora. Tam mogliśmy się zatrzymać, aby pochłonąć śniadanie. Michał wyciągnął po raz pierwszy spory pojemnik pełen masła orzechowego własnej roboty – trudno się chłopakowi dziwić, wegetarianom na obozie harcerskim może być ciężko bez własnego wiktu.

 

Po zaspokojeniu przyziemnych potrzeb ruszyliśmy nasycić nasz głód wiedzy – zbadać zamek w Trokach. Jak się okazuje, najpierw powstał, z inicjatywy księcia Giedymina, zamek w tzw. „starych Trokach”, ładnych parę kilometrów na południe od jeziora. Była to typowa dla tamtych czasów forteca, z przewagą umocnień drewniano-ziemnych. Po jej spaleniu przez Krzyżaków, syn Giedymina, Kiejstut, wzniósł na półwyspie położonym na jeziorze ceglany zamek – z którego niewiele się zachowało. Najbardziej efektowną częścią kompleksu trockich fortyfikacji jest tzw. „zamek na wyspie”, którego budowę rozpoczął Kiejstut, ale kończył już Witold (czyli po litewsku – „Vytautas”). Bardzo ciekawe są też rejony wokół – władcy wielonarodowego państwa litewskiego osiedlili na przyległych terenach m.in. Tatarów i Karaimów – którzy pełnili rolę straży przybocznej Wielkich Książąt. Obecność Karaimów przejawia się m.in. w dużej obfitości knajpek oferujących „kibiny” – pieczone pierogi, w wersji najbardziej klasycznej faszerowane jagnięciną.

 

Po zakupie biletów i wynegocjowaniu możliwości pozostawienia plecaków, weszliśmy do środka. Trzeba przyznać, że ekspozycja jest bardzo ciekawa i bogata, co przyciąga masę turystów. Jak zawsze, największą popularnością cieszą się dyby, w których można kogoś zamknąć (na przykład Kisiela, żeby opowiedział coś o zamku do kamery).

 

Choć zwiedzanie było bardzo przyjemne, mocno gonił nas czas. Musieliśmy jeszcze dziś dostać się do Wilna – ambitny plan był taki, że dojdziemy tam na piechotę, jak na prawdziwych wędrowników przystało. Wędrówkę rozpoczęliśmy bez mapy, planując poruszanie się według wskazań GPSu – co już chwilę później miało się na nas zemścić. Pogoda była piękna, słońce przygrzewało – zaś tereny które przemierzaliśmy w pełni zasługiwały na zachwyt litewskich władców, który doprowadził do założenia tu dwóch stolic – Troków i Wilna. Pokonując przestrzeń między Trokami a Lentvaris (naszym Landwarowem) wędrowaliśmy przez lekko pofalowany teren, pokryty zarówno lasami jak i polami uprawnymi. Co nas lekko zdziwiło, gdy wychodziliśmy z lasu na otwartą przestrzeń zauważyliśmy na jednej z działek małe oczko wodne, a obok skuter wodny. Oczko było takich rozmiarów, że prawdopodobnie od razu po zapuszczeniu silnika potencjalny amator sportów wodnych znalazłby się na drugim brzegu, no ale kto bogatemu zabroni.

 

GPS wyprowadził nas trochę na manowce, bo w którymś momencie skończyła się droga przez las i trafiliśmy na małe moczary. Ponieważ jednak w zasięgu wzroku mieliśmy drewnianą ścieżko-kładkę, postanowiliśmy do niej dotrzeć. Akurat przerwę na drugie śniadanie robiła tam sobie babcia z wnuczkami, toteż musiała lekko się zdziwić, jak zobaczyła ośmiu chłopa wychodzących ni stąd ni z owąd spomiędzy drzew porastających bagienko i wchodzących na kładkę. Po drodze jeszcze Śledziu zdradził, że ma w plecaku rozpuszczalne oranżadki – zostaliśmy więc nieco z tyłu i rozrobiliśmy kilka w butelce wody – pycha!

 

Do Landwarowa dotarliśmy nieco późno – postanowiliśmy więc przerwać tu naszą wędrówkę i podjechać do Wilna pociągiem (trzeba był jeszcze umówić się z gospodarzami naszego noclegu). I tu zaczyna się historia trochę zabawna, a trochę tragiczna. Najpierw rozesłaliśmy chłopaków, by dowiedzieli się czy i o której chodzą pociągi lub autobusy do Wilna. Warto zaznaczyć, że wcześniej mijaliśmy przystanki ichniejszych PKS-ów, zgodnie z których rozkładem za jakiś czas coś powinno do Wilna jechać. Z uzyskanych informacji wynikało jednak, że bardziej opłaca się jechać miejskim autobusem, który odchodził z innego przystanku. Pociąg też miał odjeżdżać, ale nieco później niż autobus – więc zdecydowaliśmy się na autobus. Przemaszerowaliśmy kawałek za stację i rozłożyliśmy się na przystanku – tuż obok torów. Pewni swego, zabieraliśmy się do drzemki, gdy spostrzegliśmy opuszczający stację pociąg. Na wyświetlaczu oczywiście był napis „Vilnius”… Zdarza się – wzruszyliśmy ramionami. Wówczas zacząłem zastanawiać się, dokąd jedzie właściwie autobus, na który czekamy. Po przeanalizowaniu mapy i rozkładu moje przypuszczenia zostały potwierdzone – kończył trasę na obrzeżach miasta, gdzie pewnie należałoby się przesiąść w inny autobus. Kędzior ruszył więc na stację z zadaniem upewnienia się, czy następny pociąg jedzie na pewno o podawanej wcześniej godzinie (odjeżdżający w siną dal skład do Wilna nadszarpnął nieco nasze zaufanie do pań w informacji). Ostatecznie zakupiliśmy bilety na pociąg i ruszyliśmy w stronę stolicy Litwy.

 

Na miejscu umówiliśmy się z Edwardem – polskim harcerzem, z którym Zuzia załatwiała nocleg. Ponieważ od przyjazdu pociągu do spotkania z Edwardem mieliśmy trochę czasu, wypiliśmy pierwszy na obozie kwas chlebowy, siedząc na stopniach dworca kolejowego. Edward okazał się na tyle miły, że podrzucił część z nas samochodem na miejsce – zaś ja z Kędziorem i Grzegorzem jechaliśmy autobusem miejskim. Oczywiście po drodze komunikacja miejska nas nieco wyrolowała – po dłuższym oczekiwaniu, aż stojący na przystanku autobus otworzy drzwi i przygotuje się do jazdy, zaobserwowaliśmy jak rusza, robi kółko i zatrzymuje się po przeciwległej stronie placu… Tam wpuścił pasażerów i elegancko odjechał. Musieliśmy więc zmienić miejsce i poczekać na następny.

 

W szkole (im. Władysława Syrokomli) rozłożyliśmy się w sali gimnastycznej. Sala była dość skromna, ale był prąd, co niezwykle chłopaków uradowało. Warto też wspomnieć o niezwykłej sali technicznej i kuchni – były wyposażone naprawdę świetnie, a w sali technicznej dodatkowo obejrzeliśmy różne rzeczy sporządzone przez uczniów. Tymczasem po prysznicu, obiedzie i ogólnie pojętym kwadransie gospodarczym postanowiliśmy udać się na spoczynek – dziewczęta miały przyjechać dopiero po północy, więc czekanie nie miało większego sensu. Oczywiście liczenie na to, że po cichutku przemkną się i zasną, było bez sensu… Musiałem wstać i powitać wędrowniczki za Czarnohory. Dobrze się stało – bo ustaliliśmy z Zuzą, że gra miejska będzie jednak jutro. Zmusiło mnie to do zabrania nożyczek, zadrukowanej materiałami ryzy papieru oraz kopert – i szykowania gry do godziny 3 w nocy. Dałem za wygraną, gdy przestałem ogarniać co właściwie robię – poszedłem spać i kończyłem grę rano, gdy reszta jadła śniadanie, myła się i integrowała podczas gier przygotowanych przez dziewczęta.

 

DZIEŃ IV

 

Dzień święty święcić! Po porannych czynnościach i zimnym (brrr) prysznicu, udaliśmy się na Mszę Świętą do małego kościółka położonego nad Wilią. Poprzedniego dnia Edward podzielił się z nami historią o tym kościele – otóż w czasie wojny, gdy trwała Msza, dach kościoła przebiła bomba lotnicza, zabijając celebransa – ale mimo wszystko nie wybuchła. Po Mszy Świętej (oczywiście polskiej), przeszliśmy na drugi brzeg Wilii (po najstarszym wileńskim moście, zwanym Zielonym Mostem), aby rozpocząć Kryminalną Grę Wileńską (autorstwa harcmistrza Andrzeja Jaworskiego, szerzej znanego jako „Psina”). Ja sam uczestniczyłem w tej grze podczas wileńskiej zbiórki kursu podharcmistrzowskiego „Jakobstaf” i wówczas bardzo mi się spodobała.

 

Podzieliłem więc obie nasze drużyny na zespoły – po czym ruszyły one w trasę. Musicie wiedzieć, że Kryminalna Gra Wileńska polega generalnie na noszeniu ze sobą kilkudziesięciu tajemniczo oznakowanych kopert i otwieraniu tych właściwych. Idąc śladem mrocznej historii porwania, można obejść dookoła całą wileńską starówkę, z przyległościami. Gdy chłopcy i dziewczęta ruszyli w trasę, ja ruszyłem na spacer po Wilnie (i pocztówkowe zakupy).

 

Wilno było grodem bardzo nieszczęśliwym. Wielokrotnie płonęło w pożarach, nie było też oszczędzane przez najeźdźców (między innymi podczas potopu szwedzkiego – moskiewscy żołdacy doszczętni obrabowali miasto i niemal do cna je spalili). Mimo to Wilno jest niezwykle piękne – spacerując jego uliczkami można zrozumieć, czemu Polacy i Litwini tak gorąco się o nie spierali, czemu Marszałek tak ukochał ten gród. Mam wrażenie, że Wilno jest niedoceniane przez program nauczania – wszak tutaj miało miejsce wiele ważkich dla historii Rzeczypospolitej wydarzeń. Przy tym jest to miasto wielokulturowe, w małej skali można tu podziwiać fenomen największego europejskiego konglomeratu narodowości, kultur i religii, jakim było sarmackie państwo. Obok katolickich kościołów (w tym wspaniałej archikatedry) współistnieją cerkwie prawosławne i grekokatolickie, synagogi – a niegdyś także meczet (wyburzony przez sowieckich barbarzyńców). Cela Konrada, uniwersytet założony przez Stefana Batorego, ocalały Zamek Dolny, wreszcie nekropolia na Rossie, to wszystko otoczone siecią uroczych uliczek, zaułków i kamieniczek sprawia, że przyjezdny zakochuje się w tym mieście.

 

Ale dość wynurzeń na temat uroków niegdysiejszej stolicy Wielkiego Księstwa Litewskiego, wróćmy do naszej gry. Żadna z ekip nie ustrzegła się błędów – w pewnym momencie spotkałem pod Ostrą Bramą jedną  z grup – i będąc pewnym, że wykonali zadania, potwierdziłem, że tutaj właśnie jest koniec gry. Po chwili jednak, ku mojej konsternacji, okazało się, że są dopiero w połowie, a otworzyli po prostu złą kopertę… Dzięki temu postojowi poznaliśmy jednak niesamowite możliwości lokalnych meneli-poliglotów, proszących nas o pieniądze nie tylko po polsku i litewsku, ale też angielsku, rosyjsku i niemiecku.

 

Wracając do gry – zespoły odwiedziły chyba wszystkie najważniejsze miejsca w Wilnie – i po całym dniu biegania (no dobra, raczej chodzenia) po mieście byliśmy dość zmęczeni. Wróciliśmy więc do naszej szkoły, aby zjeść obiad (przygotowany w kuchni, w której nie można było otwierać okien) i

 

troszkę odpocząć – następnego dnia czekała nas ciężka praca! A przynajmniej tak nam się wydawało…

 

DZIEŃ V

 

Wstaliśmy wcześnie rano – musieliśmy bowiem przejść na drugą stronę starej części miasta, do klasztoru sióstr Miłosierdzia Bożego. Siostry prowadzą tam jedyne na całej Litwie hospicjum – choć są Polkami, hospicjum jest oczywiście otwarte dla wszystkich. Tego dnia mieliśmy zamiar w jakiś sposób siostrom pomóc.

 

Najpierw powitała nas bardzo miła pani, pracownica hospicjum – i przy stole opowiedziała nam czym się zajmują i jak cała sytuacja wygląda. Przyznam, że aż tak dużo nie zapamiętałem – ponieważ zajmowałem się filmowaniem. Warto jednak zaznaczyć, że za murem hospicjum zauważyliśmy piękny barokowy kościół – z późniejszej opowieści siostry przełożonej dowiedzieliśmy się, że jeszcze do niedawna było tam więzienie. I faktycznie, w oknach, przez rozbite szyby, można było dostrzec elementy drewnianego rusztowania, na którym prawdopodobnie umieszczono cele.

 

Przyszliśmy tu jednak trochę popracować, nie posłuchać historii – zabraliśmy się więc do pracy. Dziewczęta myły okna w hospicjum, a także zajmowały się kwiatami. My natomiast zabraliśmy się za koszenie, pielenie, grabienie i zamiatanie ogrodu. W palącym słońcu nieźle się napociliśmy – ale potem była przerwa na ciastka (były wśród nich takie pyszne ciastka z wizerunkiem Rygi, którymi zajadaliśmy się jeszcze kilka razy), następnie jeszcze jedna na obiad (bardzo obfity obiad), więc wcale nie byliśmy tacy pewni, kto komu wyświadcza większą przysługę.

 

Po obiedzie siostry poprosiły nas o przeniesienie się do innego miejsca, gdzie trzeba było pomóc w wyprowadzce. Przed pożegnaniem zaoferowały nam jeszcze pocztówki, które obiecały wysłać na wpisane adresy, skrzętnie wykorzystaliśmy tę możliwość. Nowe miejsce pracy było domem, do niedawna zamieszkanym przez księży, którzy przenieśli się gdzieś daleko (nie pamiętam dokładnie, o jaki kraj chodziło, w każdym razie odległy). Znaleźliśmy w tym miejscu wiele ciekawych rzeczy – segregowaliśmy książki i ubrania. Natalia znalazła 20 euro (oczywiście przekazane gospodarzowi), Michał dwa spore kawałki sztucznej skóry, którą  postanowił zabrać do domu, kilku z nas fajne książki (ja również – tłumaczenie psalmów autorstwa Czesława Miłosza – książka niestety nie dotrwała do końca wyjazdu w dobrym stanie, o czym będzie dalej), oprócz tego mnóstwo innych ciekawych fantów, które musieliśmy zostawić. Gdy dom był niemal wyczyszczony, pożegnaliśmy się z gospodarzem i ruszyliśmy w stronę centrum.

 

Plan na ostatnie popołudnie w Wilnie był prosty – Ostra Brama, czas wolny, Republika Zarzecza, Wzgórze Giedymina i Archikatedra.  W czasie wolnym udało nam się kupić i wysłać pocztówki, a także kupić jeszcze trochę kwasu (którym się oblałem, jakżeby inaczej). Wspinaczka na Wzgórze Giedymina nie skończyła się co prawda wizytą na wieży (koszty…), ale ból nóg wynagrodził piękny widok Wilna. Niektórzy koniecznie chcieli się jeszcze wspiąć na Górę Trzech Krzyży, ale demokracja przeważyła – i po zejściu ruszyliśmy z powrotem do szkoły. Po jedzeniu i kąpieli poszliśmy spać (dobra, nieprawda – podczas gotowania i jedzenia kupę czasu zabrała nam gra w „Kontakt”, dziewczyny się strasznie wkręciły) – następnego dnia mieliśmy opuścić Litwę, choć oczywiście nie na długo.

 

DZIEŃ VI

 

Rano, po dość wczesnej pobudce, posprzątaliśmy szkołę. Chwilę nam to zajęło – ale gdy przyjechał Edward, wszystko wydawało się być w porządku. Podziękowaliśmy mu czekoladą, on również poczęstował nas czekoladkami – ślicznie opakowanymi w papierek z wizerunkiem Wilna. Strzeliliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie, a następnie ruszyliśmy w stronę autobusów. Z dwoma przesiadkami dotarliśmy w okolicę miejsca, z którego mieliśmy zacząć łapać stopa – oczywiście według wskazówek hitchwiki (polecam tę stronę!). Ustaliliśmy, że naraz stopa będą łapać trzy ekipy – a potem resztą siedliśmy i zaczęliśmy grać. Oczywiście w „Kontakt”. Trzeba powiedzieć, że jak na 7 ekip, złapaliśmy wszyscy okazję dość szybko. A, warto zaznaczyć, iż jechaliśmy do Dyneburga, na Łotwę.

 

Za pierwszym razem jechaliśmy z bardzo miłym pszczelarzem, który odpowiedział, na pytanie o stosunki polsko-litewskie, że pszczelarze to w ogóle ludzie życzliwi – więc on do Polaków żadnej niechęci nie żywi. Jechaliśmy też (do Uteny, czy też Uciny) z dwoma studentkami, które wracały z jakiegoś pikniku – miały cały samochód załadowany balonami i tego typu rzeczami, a zabrały całą naszą czwórkę (warto wspomnieć, że znów przejechałem z Kisielem dwa pierwsze stopy), więc jechaliśmy ściśnięci niczym sardynki. Ach, no śpiewały. Całą drogę! Wysadziły nas za miastem, gdzie mieliśmy łapać następne samochody.

 

Tu zaskoczył mnie telefon z Dyneburga, od Pani Dyrektor, z którą umówiliśmy się na nocleg. Otóż okazało się, że po Łotwie nie bardzo można jeździć stopem (i w ogóle się poruszać) bez upoważnionego pisemnie opiekuna. W związku z tym jedną z ekip zatrzymała straż miejska i dowiozła do Gimnazjum Polskiego, gdzie mieliśmy spać. Na domiar złego zarówno ja, jak i Zuza, byłem daleko za wszystkimi. Na szczęście kilka telefonów później okazało się, że wszystko udało się załatwić i kolejne grupki bez problemów dojeżdżają do Dyneburga. Zostaliśmy tylko my, we czwórkę, a także Zuzia.

 

Z Uteny zabraliśmy się dwoma oddzielnymi stopami aż do Deguciai (nasz to para staruszków, z którą dogadywaliśmy się na migi) – i znów wysiedliśmy dokładnie w tym samym miejscu (zadzwoniłem do Kisiela, jak wysiedliśmy z Natalią: „hej, jak Wam idzie?” – „no widzimy Was, poczekajcie.”)! Stamtąd przeszliśmy na piechotę kawałek dalej, gdzie po dłuższej chwili oczekiwania postanowiliśmy zjeść zasuszone przez Kisiela mięso, suchary beskidzkie i czekoladę – wszystko to popiliśmy wodą, po którą poszedłem do nieodległej zagrody. W końcu jeden z samochodów się zatrzymał – co prawda jechał tylko do Zarasai (Jeziorosów), ale byliśmy zdesperowani – wsiedli tam Natalia z Tomkiem, a ja z Kisielem czekaliśmy dalej.

 

Chwilę później, ku naszej radości, zatrzymał się samochód, z którego wysiadła… Zuza! Jak się okazało, mieli jeszcze trochę miejsca, więc mogliśmy się z nimi zabrać aż na łotewską granicę. Wyprzedziliśmy w międzyczasie Natalię, dosłownie o kilometr czy dwa, ale nie na długo – udało im się złapać kolejnego stopa. Na granicy próbowaliśmy złapać okazję, ale ponieważ robiło się późno, a wszyscy byli na miejscu bez opiekuna, ostatecznie zatrzymaliśmy busika, którym dotarliśmy już bezpośrednio do Dyneburga.

 

Z dworca odebrała nas samochodem Pani Dyrektor, zabierając Zuzię i bagaże – my ruszyliśmy na piechotę w stronę szkoły. Po drodze obserwowali nas miejscowi, aż wreszcie jeden z nich (gdy mijaliśmy ich drugi raz) zapytał się, co tu robimy i czy jesteśmy skautami – a gdy się dowiedział wszystkiego, zapytał czy gramy w piłkę nożną. Wyraźnie miał ochotę na jakiś sparing, ale mieliśmy trochę za mało czasu. Po dotarciu do szkoły zabraliśmy nasze rzeczy do sali gimnastycznej (po raz drugi!).

 

Musieliśmy teraz zaczekać, aż wróci reszta – która w międzyczasie spotkała się z dwoma harcerkami z tej właśnie szkoły. Niestety, większość harcerzy była jeszcze na wakacjach, w związku z czym poznaliśmy tylko te dwie druhny. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie i wymieniliśmy się kontaktami. Ponieważ wcześniejsza część wycieczki była na pizzy z nowo poznanymi druhnami, nastąpiła nasza kolej – przespacerowaliśmy się do centrum, gdzie zjedliśmy wypasioną pizzę (choć ja byłem jeszcze głodny).

 

Wieczorem odbyliśmy jeszcze krótką bitwę w śpiworach (robale, robale), a dziewczyny miały jakieś tajemnicze zajęcia – wkrótce jednak poszliśmy spać (na środku sali leżały materaca - musieliśmy jeszcze ustalić, w którą stronę leżymy - ten spór rozpalił niektóre głowy). Grzegorz coś tam jeszcze omawiał z Moniką, ale wkrótce i oni się położyli.

 

DZIEŃ VII

 

Po pobudce zebraliśmy się i posprzątaliśmy salę – gdy przyszła Pani Dyrektor, byliśmy niemal gotowi. A przyszła, bo obiecała nam wycieczkę po mieście – w godzinach popołudniowych mieliśmy autobus do Kiesi (Cesis). Przyniosła nam też wielkiego arbuza – aż pociekła nam ślinka! Zwiedzanie zaczęliśmy od prawosławnej cerkwi – niestety dziewczęta nie przewidziały wchodzenia do świątyń, toteż chwilkę po wejściu wyproszono nas, uprzejmie, ale stanowczo.

 

Po obejrzeniu cerkwi, a także zaobserwowaniu wizerunku białego łabędzia na dachu więzienia, przeszliśmy do miejskiego lodowiska, gdzie w pomieszczeniach gospodarczych zostawiliśmy plecaki. Trasa wycieczki wiodła dalej – do słynnej dyneburskiej twierdzy. Wywarła ona bardzo duży wpływ na miasto – osiedliło się tu mnóstwo Rosjan, stanowiących jej załogę. Łotyszy w Dyneburgu, jak i w całej Łatgalii, jest mniejszość – zdecydowanie więcej jest Rosjan, dużo jest także Polaków – nieopodal Dyneburga przebiegała wszak jeszcze granica II Rzeczypospolitej. Twierdzę dyneburską wzniesiono wobec zagrożenia napoleońskiego. Wzniesiono ją niezwykle szybko, stosując cegły  - ale też wielkie głazy, które stanowią podmurówkę właściwych wałów. Z opowieści Pani Dyrektor wynikało, że mury zyskały wielką twardość dzięki nietypowej zaprawie z dodatkiem jaj kurzych – dzięki temu oparły się nawet ostrzałowi artyleryjskiemu podczas II Wojny Światowej. Podczas wojny polsko-bolszewickiej, obsadzony przez bolszewików Dyneburg zdobyły wspólnie wojska polskie i łotewskie (w walkach brały udział m.in. polskie czołgi). Był to jeden z czynników, które zaważyły na dobrych stosunkach polsko-łotewskich.

 

Nasza przewodniczka opowiadała też o samym mieście, które składa się dwóch części – pod dwóch stronach Dźwiny. Co ciekawe, obie części posiadają własne kościoły, własne więzienia – i bardzo wyraźnie zaznaczają swoją odrębność. Obejrzeliśmy też ciekawostki wewnątrz twierdzy – małe muzeum, tablicę ku czci rozstrzelanego tam hr. Leona Broel-Platera – uczestnika powstania styczniowego, muzeum słynnego w świecie malarza, który w Dyneburgu się urodził – Marka Rothko. Najwięcej radości sprawiły jednak wykute w bramie rowki, dzięki którym wartownicy po dwóch stronach korytarza mogli się porozumiewać ze sobą bez podnoszenia głosu.

 

Czas jednak się kończył – musieliśmy zmierzać w stronę dworca. W centrum pożegnaliśmy się z Panią Dyrektor, przy okazji zabrała ona ze sobą jedną z dziewcząt, która zapomniała ze szkoły ładowarki, po czym rozeszliśmy się na zakupy. Czekała nas długa podróż autobusem – który na szczęście okazał się być klimatyzowany. Na drogę kupiliśmy owoce, kabanosy, jakieś bułki, a także te pyszne serki w czekoladzie, bałtycki specjał. Busik okazał się nie być duży (spiętrzyliśmy w jednym miejscu wszystkie plecaki, całą drogę bałem się, czy nie spadną), ale całkiem wygodny – za to jechał naprawdę dookoła… Zdziwiliśmy się też, kiedy w pewnym momencie zjechał z asfaltu i sporą część trasy pokonał po zwykłej gruntowej drodze, pokrytej piaskiem.

 

Ale tak naprawdę liczyło się to, że jechaliśmy prosto do Kiesi. Dzięki Pani Dyrektor mieliśmy załatwiony nocleg u katolickiego księdza – który trochę mówił po polsku. Wysiedliśmy na dworcu autobusowym i skierowaliśmy się pod adres katolickiej parafii – niewiele brakowało, a przeoczylibyśmy niepozorny zespół kilku chatek. Ksiądz otworzył furtkę i przywitał nas serdecznie, po czym oprowadził nas po całej plebanii. W Kiesi była niegdyś nawet katedra – właściwie nadal stoi, ale po reformacji i sekularyzacji Zakonu Kawalerów Mieczowych została przejęta przez protestantów. Przez długi czas najbliższy katolicki kościół był o ponad 100 kilometrów stąd. Dopiero w XX wieku, staraniem ryskiego biskupa, erygowano w Kiesi katolicką parafię. Kościół urządzono w jedynym murowanym domu, zaś drewniane zabudowania zaadaptowano na potrzeby plebanii. Nigdy nie mieszkał tu więcej niż jeden ksiądz, zaś liczba parafian nie przekroczyła stu. Mimo to kościół służy miejscowym katolikom – w dni powszednie codziennie o 8 jest odprawiana Msza Święta.

 

Jedynym mankamentem tego miejsca był brak prysznica – stąd wpadliśmy na pomysł, by w dwóch turach przespacerować się do rzeki Gauji – trzy, cztery kilometry dalej. Niestety, podczas mycia dziewczyny użyły detergentów w rzece – co wkrótce miało się zemścić…

 

Tymczasem jednak zjedliśmy obiad, przyszykowany elegancko na podwórzu, a następnie udaliśmy się na spoczynek. Rano trzeba było wstać na Mszę Świętą – nie, nie była to niedziela, ale ksiądz powiedział nam o tym w taki sposób, że musieliśmy się wybrać.

 

DZIEŃ VIII

 

Słowo się rzekło – Msza Święta o 8 rano to dobry początek dnia! Oprócz nas było z 5 osób, oczywiście w zaawansowanym wieku. Ksiądz skierował również do nas parę słów – w naszym rodzimym języku, co było bardzo miłe.

 

Po Mszy i krótkich przygotowaniach ruszyliśmy w miasto. Na dzisiejszy dzień postanowiliśmy się rozdzielić – my mieliśmy w planach zwiedzanie Kiesi, a następnie spacer w kierunku parku archeologicznego w Araisi. Do luterańskiej katedry nie weszliśmy – zaśpiewali nam taką cenę, że zrezygnowaliśmy. Pełni nadziei skierowaliśmy więc swoje kroki w kierunku zamku Kawalerów Mieczowych – i tam się żaden z nas się nie zawiódł.

 

Wykupiliśmy bilety zarówno na zamek średniowieczny, jak i nowy. Zaczęliśmy od wizyty w lochach – a właściwie małym loszku. Niestety, w przeciwieństwie do dziewczyn nie dostaliśmy uroczych lampek ze świecą w środku (widocznie nie potrafimy się tak ładnie uśmiechnąć), poruszaliśmy się więc po omacku. Po wyjściu z lochu trafiliśmy do zamkowego parku – gdzie były między innymi drewniane kręgle (o których dowiedzieliśmy się od dziewczyn) oraz niezwykle ciekawy średniowieczny ogródek. Dalsza część wycieczki opierała się na spacerze po schodach, murach i obfotografywaniu zamczyska. Zupełnie jest był Zamek Nowy – gustowne wnętrza i stylowe wyposażenie robiły wrażenie (na mnie szczególnie biblioteka w okrągłych pomieszczeniach wieży, piece kaflowe i tapeta w pionowe, biało zielone paski).

 

Musicie wiedzieć, że w Kiesi proklamowano niepodległość Łotwy – tutaj, współpracując z Niemcami i Estończykami, Łotysze toczyli walki z bolszewikami. W historii Kiesi są też bardzo mocne akcenty polskie – zamek, jako jedna z najważniejszych twierdz Inflant, był kilkukrotnie oblegany przez wojska cara Iwana Groźnego. Polska załoga dała dzielny odpór Rosjanom, zaś po przybyciu odsieczy rozbito Rosjan i przejęto inicjatywę w wojnie. Fortyfikacje kasztelu robią duże wrażenie – są dość dobrze zachowane, a przy tym świetnie opisane – całości dopełnia piękny i klimatyczny park, w którym jest wiele innych atrakcji (m.in. wozownia).

 

Po zakończeniu zwiedzania i nadaniu pocztówek w zamkowej poczcie, wyruszyliśmy do sklepu, a następnie w kierunku Araisi. Prowadził Michał, posługując się GPSem. Dość szybko dała się nam we znaki temperatura i brak cienia – toteż w każdym nieco osłoniętym miejscu odpoczywaliśmy, dając skórze wytchnienie od palących promieni. Wreszcie dotarliśmy na miejsce. Okolica wyglądała uroczo, ale same brzegi jeziora okazały się być mocno zarośnięte. Ruszyliśmy więc wzdłuż trzcin, aby znaleźć dogodne miejsce na biwak. Trzeba powiedzieć, że nie szło nam najlepiej – wobec spadku morale musieliśmy zatrzymać się miejscu może nie idealnym, ale znośnym. Zaczęliśmy od upragnionej kąpieli – z rozkoszą pluskając się w chłodnej wodzie i płucząc przepocone ubrania.

 

Po takim odpoczynku trzeba było się zabrać za robienie jedzenia. Wziąłem ochotnika i poszedłem do pobliskich zabudowań (które mijaliśmy po drodze) po wodę – w pierwszej chacie w ogóle wody nie było, dostaliśmy ją dopiero w następnej, gdy tymczasem chłopaki rozpalili ognisko i upiekli kiełbasę (o konsystencji i strukturze parówek).

 

Wcinając paróweczki, leżąc na karimatach rozprawialiśmy o ważkich dla społeczeństwa i świata tematach. Następnie udaliśmy się na zasłużony spoczynek. Cały czas starałem się chłopaków namówić do tego, żeby przenieść się w inne miejsce, nie uśmiechało mi się biwakowanie tutaj (nierówno, dość dużo owadów, taki klimat moczarów). Ostatecznie, wobec małej atrakcyjności okolicy, kolegialnie podjęliśmy decyzję o powrocie do Kiesi (muszę przyznać, że mnie dodatkowo goniła rejestracja na egzaminy…). Szybki telefon do Zuzy – nie psuło to dziewczynom planów, więc zebraliśmy się i ruszyliśmy w drogę powrotną.

 

Teraz szło się znacznie szybciej i przyjemniej – lekki chłód zmierzchu dawał orzeźwienie po upalnym dniu. Gdy doszliśmy na miejsce, okazało się, że dziewczęta z ziemniaków od księdza Bernarda (które rano zostawił z karteczką „oto zimjonki dla was”) zaczęły robić frytki (Zuza to nawet specjanie kupiła za ciężkie pieniądze taką łyżkę z dziurami, żeby je z oleju wyławiać - przez resztę podróży nosiła ją przytroczną do plecaka)! Oprócz tego siedziały (niezwykle rozchichotane) i popijały kompot od księdza (to ten kompot wywoływał te salwy śmiechu, naprawdę nie wiem dlaczego). Dołączyliśmy się więc do imprezy (część pomogła w obieraniu ziemniaków, reszta nie bardzo miała na to ochotę) – wyglądała na niezłą. Natalia jako mistrzyni frytek dopisała, na deser zjedliśmy jeszcze arbuza przywiezionego z Dyneburga.

 

Tak kończył się nasz pobyt w Kiesi – następnego dnia mieliśmy ruszyć w dalszą drogę, zmierzając już tak naprawdę w stronę Polski – Kieś była najdalej położonym na północ punktem naszej wyprawy.

 

DZIEŃ IX

 

Rano, po dokładnym sprzątaniu, Mszy Świętej i pożegnaniu z księdzem (który jeszcze podczas Mszy zastrzegł, że chce z nami zrobić zdjęcie - specjalnie przyniósł aparat), wywędrowaliśmy w stronę Gauji. Z asfaltowej drogi zboczyliśmy w lewo tuż przed mostem, kierując się na pole biwakowe, obsługiwane przez wypożyczalnię kajaków. Tutaj ujrzeliśmy nasze przyszłe okręty – były to typowe indiańskie canoe (oczywiście nie z drewna, a z tworzyw sztucznych, niemniej jednak klimatyczne). Załadowaliśmy się do środka (Zuza podzieliła składy), zapłaciliśmy z góry i zaczęliśmy wodowanie. Chwilkę wcześniej podzieliliśmy jeszcze między siebie trzy krótkofalówki, tak aby utrzymywać stałą łączność (ksz…ksz…kszszsz).

 

Ja trafiłem do jednego kajaka z Tomkiem i Martą (która bardzo chce, by nazywać ją Frodo, z uwagi na drugą Martę z Czarnohory – ta z kolei została Andżeliką). Była to jedyna jednostka trzy-osobowa, do tego mieliśmy tylko dwa wiosła – więc jedno z nas (a raczej Tomek albo Marta, bo ja nie dałem się zastąpić) musiało co jakiś czas siedzieć bezczynnie (no, z aparatem lub kamerą). Z początku trzymaliśmy się z tyłu, nie wiosłując zbyt intensywnie – po paru godzinach płynięcia spostrzegliśmy kajak na brzegu i dwie postacie leżące na piasku – Zuza i Natalia zrobiły sobie przerwę na opalanie.

 

Kiedy już zgoniliśmy je z piasku do kajaka, postanowiliśmy dogonić resztę. Za burtą migały malownicze brzegi Gauji – trzeba wyraźnie podkreślić, że jest to niezwykle piękna rzeka. Płynie przez wielki park narodowy, otoczony zalesionymi wzgórzami. Brzegi samej rzeki są często urwiste, co jakiś czas wznoszą się nad nimi piękne formacje skalne, co robi niezwykłe wrażenie z perspektywy malutkiego kajaka. W takich to pięknych okolicznościach przyrody upływał nam czas, urozmaicony chlupotaniem raz po raz zanurzających się w wodzie piór pagajów oraz grą w „Kontakt”.

 

Wytrwale doganialiśmy coraz to kolejne kajaki – okazało się jednak, że Kędzior postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i popłynął gdzieś w przód (poza zasięg krótkofali) – nie odbierając telefonu… Całą ekipą minęliśmy więc jedno miejsce biwakowe, potem następne – aż wreszcie dogoniliśmy nadgorliwą ekipę niedaleko trzeciego. Rzecz jasna telefon dopiero teraz dał znać o tym, że dzwoniliśmy… OCZYWIŚCIE!

 

Jak by nie było, znaleźliśmy miejsce i zaczęliśmy desant. Wedle początkowej koncepcji chcieliśmy zostawić kajaki na wodzie – z racji mocno urwistego brzegu, ponieważ jednak znaleźliśmy dogodniejsze wejście paręnaście metrów dalej, wciągnęliśmy je na górę. Podczas gdy ja z Kisielem brodziliśmy w wodzie i ogarnialiśmy nasze łodzie, na górze reszta rozstawiała namioty i zbierała chrust na ognisko. Na obiad przewidziana była zupa z suszonej wołowiny i włoszczyzny, a także kiełbasa z ogniska z dodatkami.

 

Samo pole biwakowe było dość obszerne (warto tu zaznaczyć, iż wszystkie miejsca biwakowe – nie mylić z polami namiotowymi – na terenie parku są bezpłatne), wyposażone w nieczynny (zdecydowanie nieczynny ze względu na przepełnienie) ustęp oraz kulturalne miejsca ogniskowe i stoły z ławkami. Oprócz nas była tu jakaś niemiecka czy rosyjska rodzinka, oraz samotny kajakowicz.

 

Po obiedzie część z nas została przy ognisku żeby pośpiewać, a gdy znów część się wykruszyła i zostało tylko parę osób, opowiadaliśmy sobie różne ciekawe historie (między innymi legendę o Róży z Turaidy). Siedzieliśmy tak jeszcze długo po północy, po czym poszliśmy spać. Szczerze mówiąc brakuje mi takich długich, harcerskich ognisk...

 

DZIEŃ X

 

Teraz się zorientowałem, że dziesiąty dzień można odczytać jako „Dzień X” i zastanawiam się, czy to przypadek… Jeśli chcecie wiedzieć dlaczego, musicie dotrwać do końca relacji z tego dnia. Rano wstaliśmy, odważni wykąpali się w lodowatej wodzie (oczywiście biodegradowalnym mydłem, w przeciwieństwie do dziewcząt, które używały sobie szamponami i innymi pachnącymi specyfikami, tak jak jeszcze w Kiesi), zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy w trasę.

 

Po sprawnym wiosłowaniu dotarliśmy do okolic zamku Turaida (za którymś zakolem rzeki wychynął, usytuowany na wysokiej górze). Ponieważ mieliśmy w planach zwiedzanie, wyskoczyliśmy na brzeg i wynegocjowaliśmy ze strażnikiem pobliskiego parkingu popilnowanie naszych rzeczy. Następnie (jak już wszyscy przypłynęli) wspięliśmy się na górę, kierując się zespołowi muzealnemu, złożonemu ze skansenu i samego zamku. Po drodze jadłem niewyobrażalną ilość cukierków z torby Kisiela – nie pamiętam już, skąd je mieliśmy – ale były bardzo smaczne.

 

Turaidę na pewno warto odwiedzić – osobiście bardzo żałowałem, że mamy tak mało czasu i na pewno kiedyś tam wrócę. Zebrano tu mnóstwo zabytkowych budowli, tworząc piękny park kulturowy – zaś perłą w koronie jest biskupi zamek. Rozgrywała się tu akcja legendy (jej legendarny charakter wcale nie jest przesądzony – zachęcam do poczytania na ten temat) o Róży z Turaidy – to taka łotewska wersja Wandy, co nie chciała butnego Niemca.

 

Bardzo ciekawym punktem zwiedzania była wieża zamkowa – z której roztaczał się przepiękny widok na dolinę Gauji. Właściwie ciężko przelać na papier wrażenia – ale spróbujmy. Po pierwsze dolina Gauji jest faktycznie doliną – otoczona jest pasmami wzgórz, gęsto zalesionymi. Daje to wrażenie nieprzebytej puszczy, ponieważ ponad drzewami widać naprawdę niewiele śladów ludzkiej aktywności. Zaś pomiędzy drzewami wije się srebrną wstęgą Gauja – z góry wygląda zupełnie inaczej niż z dołu.

 

Ukontentowani takim pięknym widokiem, zakończyliśmy zwiedzanie – po czym podzieliliśmy się na dwie grupy. Jedna, złożona z ochotników, pod wodzą dzielnego kwatermistrza, druha Grzegorza, ruszyła na drugą stronę rzeki, do sklepu (warto zaznaczyć, iż po drugiej stronie też znajduje się zamek – ale nie znaleźliśmy już czasu na zwiedzanie). Druga grupa natomiast postanowiła w spokoju wypić kawę (i zjeść ciastka) w miejscowej knajpce i zejść na dół, do kajaków. Tam czekaliśmy na ekipę zakupową. Czekaliśmy i czekaliśmy… Czas płynął, robiło się późno, a do tego zaczął dzwonić facet od kajaków i dopytywać się kiedy będziemy. Oszacowałem (na podstawie rozpiski trasy), że dotrzemy między 21 a 22.

 

Trzeba się było spieszyć – gdy tylko reszta dotarła, wsiedliśmy do kajaków i popędziliśmy dalej w dół rzeki. Po drodze, wskutek obciążenia i błędów w manewrowaniu nabraliśmy trochę wody, przepływając pod mostem – dla polskiej literatury miało się to okazać dość tragiczne w skutkach. Obserwowaliśmy też ponad linią drzew dziwną konstrukcję – wedle przewodnika był to tor bobslejowy.

 

Dopłynęliśmy do Murjani, gdy już się ściemniało. Na szczęście udało się wylądować w odpowiednim miejscu, a nawet pomóc panu w załadowaniu kajaków. Oprócz tego musieliśmy opatrzyć Tomkowi stopę – zaczął mu odchodzić paznokieć… Podzieliliśmy się zadaniami – część z nas zaczęła się krzątać przy namiotach (rozbiliśmy się tuż obok plaży, w małym zagajniku nad rzeką), część przy kolacji, posłaliśmy też zwiad, by wybadał połączenia autobusowe z Rygą. Ja straciłem humor – bo po rozładowaniu kajaka okazało się, że ta odrobina wody, jaka dostała się po drodze na dno kajaka, zmoczyła plecak – a w plecaku zabrany z Wilna egzemplarz „Księgi Psalmów”… Michał, jako wytrawny introligator, poradził mi, abym zamknął ją i przygniótł dużym ciężarem.

 

Po kolacji zaczęliśmy szykować się do snu – tknięty jakimś przeczuciem spojrzałem jednak na niebo. Był to bardzo ciekawy widok – od któregoś momentu (patrząc na zachód) znikały wszystkie gwiazdy. Po uważniejszym przyjrzeniu się, można było zauważyć, że część nieba przykrywa równo ucięta warstwa chmur. Co gorsza, na horyzoncie zaczęło błyskać. Schowaliśmy więc wszystkie rzeczy do namiotów i ułożyliśmy się do snu. Szum rzeki i przejeżdżające co jakiś czas niedaleko samochody tylko pomagały w zaśnięciu. Szykowała się miła noc…

 

No i TRACH. Nic z tego. Chwilę później rozpętała się straszna burza – nas wszystkich ze snu wyrwał potężny grzmot – piorun musiał uderzyć bardzo blisko. Tak Gauja mściła się za te wszystkie detergenty, użyte podczas kąpieli… A warto zaznaczyć, ze był to pierwszy dzień z deszczem od początku wyjazdu… W naszym namiocie Śledziu spał jak zabity – a jego śpiwór wisiał na zewnątrz i się „suszył” – nie no, daliśmy radę zabrać go chwilę przed uderzeniem deszczu, kiedy już błyskało. I poszliśmy spać, błogosławiąc cienką warstwę tropiku.

 

DZIEŃ XI

 

Rano sytuacja była niewiele lepsza. Obudziliśmy się wcześnie i nadal padało… Zakomenderowałem w naszym namiocie pakowanie – wszak deszcz nie mógł nas zatrzymać! Gdy już jako tako ogarnęliśmy rzeczy, rozejrzeliśmy się po okolicy – i wpadliśmy na pomysł, by przenieść namioty w całości pod pobliski most, aby tam w spokoju się spakować i zjeść śniadanie.

 

Zaczęliśmy więc z Kisielem i Śledziem biegać w tę i z powrotem z naszymi rzeczami, a na koniec z całym namiotem – który rozwiesiliśmy n abarierkach pod mostem, aby trochę podeschł. Nie spieszyło się nam jakoś bardzo, bo wyjazd zaplanowaliśmy około godziny 13 – więc reszta nieco się ociągała, zanim poszła w nasze ślady. Szalone przebieżki w naszym wykonaniu obserwowała grupa biegaczy, która zjechała tu na swoiste INO – ale im z kolei nie bardzo chciało się na razie wybiegać spod suchego mostu - zajadali więc ze smakiem śniadanko.

 

Na szczęście deszcz zelżał nieco i mogliśmy wysłać zwiad do sklepu, po chleb i inne ważne produkty (jak Clic, ostatnio mój ulubiony napój, a także ryskie ciastka). Śniadanko pod mostem dobrze nam zrobiło, a do tego wyjrzało słońce! Na razie dość wstydliwe, często kryło się między chmurami – ale przygrzewało i pozwalało suszyć rozciągnięte już na trawie tropiki.

 

W końcu trzeba było się jednak zebrać – i grając w kontakt wsiąść do autobusu, jadącego do Rygi. W autobusie jedynie nieliczni nadal oddawali się tej szlachetnej rozrywce, większość padła w objęcia Morfeusza. Tak wjechaliśmy do stolicy Łotwy, wielkiej bałtyckiej metropolii. Po drodze z okien, pierwszy raz widzieliśmy Maximę z trzema Xami! Potem jechaliśmy jeszcze dość długo i wysiedliśmy na dworcu autobusowym. W oczy od razu rzucił się nam ryski „pałac kultury”, straszydło niezwykle podobne do naszego.

 

Dziś nie mieliśmy jeszcze zwiedzać, chcieliśmy tylko dojść do polskiej szkoły, gdzie mieliśmy załatwiony nocleg oraz pójść na Mszę Świętą – w końcu niedziela (kupiliśmy jeszcze sobie bilety autobusowe na następny etap podróży – do Lipawy). Po długim (serio, długim) spacerze dotarliśmy na miejsce. Mieliśmy małe kłopoty z zamkniętą bramą, jednak po chwili ze szkoły wyszła miła Pani, która już wszystko wiedziała – i zaprosiła nas do środka. Trzeba powiedzieć, że polska szkoła w Rydze jest naprawdę wspaniała – nowoczesna, czysta, zadbana i bogato wyposażona. Byliśmy pod dużym wrażeniem. Do tego oddano do naszej dyspozycji wspaniałą szkolną kuchnię z wielkimi sprzętami – byłem zachwycony.

 

Gdy wszyscy zajęliśmy się myciem (a ja także obiadem), Zuza dowiedziała się, że w okolicy jest katolicki kościół – a w nim Msza, za pół godziny, zaś następna jest w drugim kościele, w centrum Rygi. Mając w pamięci długi spacer z dworca, zdecydowaliśmy się na najbliższy kościół. Wszyscy błyskawicznie ubrali się w mundury i pobiegli, zaś ja (ponieważ wstawiłem już ryż) musiałem jeszcze poczekać w kuchni. Gdy ryż przestał się gotować, dobiegłem na Mszę w połowie kazania. Po drodze rzuciły mi się w oko dwie rzeczy – po pierwsze kościół był potwornie brzydki (i Msza odbywała się na piętrze), po drugie naprzeciwko była Maxima XXX – ta sama, którą mijaliśmy jadąc autobusem. Gdybyśmy wysiedli tu, o ileż krócej byśmy szli… Ale nie czas był na żale.

 

Po Mszy parę osób pytało się, skąd jesteśmy i co tu robimy, nam jednak spieszyło się na obiad. W szkole napełniliśmy nasze żołądki, po czym zajęliśmy się odpoczynkiem. Należał nam się.

 

DZIEŃ XII

 

Rano zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy na zwiedzanie (oddzielnie). Podjechaliśmy autobusem do centrum (dziewczęta zarzuciły nam potem, że nie kupiliśmy biletów, ale cóż zrobić, jeśli kierowca nie chciał nam sprzedać…) i wysiedliśmy nieopodal Pomnika Wolności Łotwy. Zwiedzanie zaczęliśmy od cerkwi prawosławnej – która zrobiła na nas bardzo duże wrażenie. Ja zapaliłem oczywiście świeczkę – co ciekawe, nie spotkaliśmy cerkwi w której trzeba by płacić za wejście. Po wyjściu ze świątyni przeszliśmy pod pomnik Wolności – gdzie mogliśmy obserwować uroczystą zmianę warty.

 

Nasza dalsza trasa wiodła przez ratusz, Dom Bractwa Czarnogłowych, katedrę (tam nie udało się wejść, akurat było zamknięte), kościół św. Piotra, kościół katolicki, Dom Kotów, budynki kupieckich gildii. Największe wrażenie jednak zrobiło na nas Muzeum Okupacji – co ciekawe, Łotwa jest chyba jedynym krajem, który okres inkorporacji do Związku Sowieckiego nazwał oficjalnie okupacją. W środku oprócz niezwykle sugestywnych opisów i zdjęć historycznych, znajduje się rekonstrukcja wnętrza baraku, w jakim przebywali więźniowie GUŁagu. Niewątpliwie szkoda, że nie ma takiego miejsca w Warszawie – w którym jasno opowiada się o zbrodniach komunizmu i o obojętności (a nawet złej woli – jak wówczas, gdy Brytyjczycy zarekwirowali złoto łotewskiego banku państwowego) Zachodu.

 

Ryga jest miastem bardzo wielkomiejskim – w porównaniu z Wilnem, które jest jednak bardziej prowincjonalne (oczywiście w neutralnym tego słowa znaczeniu). Wielkie kamienice secesyjne przywodzą na myśl Poznań lub Wrocław. O ile Łotysze lubią Polaków, o tyle polskie panowanie wspominają już nie tak dobrze – wynika to z ich luteranizmu, który stał się wyznacznikiem łotewskości najpierw wobec Zakonu Kawalerów Mieczowych, a później wobec Rzeczypospolitej. W przeciwieństwie do ewangelizujących tu jezuitów, królowie szwedzcy mocno wspierali świadomość narodową Łotyszy – wydając między innymi łotewskie modlitewniki. Mimo to rdzenni mieszkańcy Łotwy nie działali na szkodę Polaków, stając się biernymi obserwatorami wydarzeń rozgrywających się na ich ziemiach.

 

W Rydze jedliśmy też pyszne lody – i zaopatrzyliśmy się w sklepie z czekoladą w słynne ryskie czekoladowe przysmaki. Oczywiście wysłaliśmy pocztówki do rodziny – a także spróbowaliśmy jedzenia w Hesburgerze – lokalnej odmianie McDonaldsa. Po zaliczeniu takiego obowiązkowego zestawu wróciliśmy do szkoły. Jak się okazało, dziewczęta zwiedzały nieco mniej intensywnie – a tak naprawdę spędziły cały dzień w cukierni…

 

Wieczorem, po zakupach w Maximie XXX i obiedzie, graliśmy jeszcze dość długo w Fasolki, przy niezwykle romantycznych świecach (i pysznych ryskich ciastkach, o których wspominałem przy okazji hospicjum).

 

DZIEŃ XIII

 

Zaczęliśmy od śniadania – zjedliśmy zupę mleczną z makaronem, a potem dziewczęta ujawniły się ze swoją niespodzianką. Otóż w nocy sporządziły (Zuza z Natalią i Andżelą) wielkie czekoladowe ciasto z okazji urodzin swojej patronki, Karoliny Lanckorońskiej (która nie żyje, ale i tak życzyliśmy jej następnych stu lat) i teraz nas częstowały. Było tak niebiańsko czekoladowe, że nie mogłem zjeść swojego kawałka… Wszyscy się objedliśmy, a starczyło jeszcze dla pań w szkole.

 

Nieubłaganie zbliżała się jednak chwila wymarszu – w planach mieliśmy dotrzeć na dworzec autobusowy, tam zostawić rzeczy, po czym podejść jeszcze na chwilkę do kościoła św. Piotra – z którego wieży rozciąga się niesamowita panorama Rygi. Dziś jest to najwyższa kościelna wieża, aczkolwiek niegdyś inny kościół miał jeszcze wyższą.

 

Niechętni na wycieczkę zostali popilnować plecaków – a my pobiegliśmy do kościoła. Stanęliśmy w kolejce po bilety – były nieprzyzwoicie drogie, ale udało nam się wynegocjować zniżkę studencką (mimo posiadania tylko polskich legitymacji). Weszliśmy po schodach, obserwując przy okazji wnętrze kościoła (oczywiście dzisiaj jest to kościół luterański – w Rydze są dwa kościoły katolickie, z czego jeden ufundowany przez polskiego króla, Stanisława Augusta Poniatowskiego) – akurat odbywała się jakaś wystawa i nie można było go zwiedzać. Przypominał mi kościół NMP w Gdańsku – wypalony w czasie wojny, o gołych ścianach.

 

Na pięterku okazało się, że na górę wjeżdża się windą. Z początku przerażeni informacją, że winda jeździ co 10 minut, szybko zorientowaliśmy się, że okres oczekiwania jest znacznie krótszy. I tak nie zmieściliśmy się wszyscy, więc wjeżdżaliśmy w dwóch grupach. Widok z góry był ładny, ale chyba nie wart aż takiej ilości euro… Porobiliśmy zdjęcia (także selfie, oczywiście), po czym stanęliśmy w kolejce, by zjechać w dół. Zuza na szczęście wyprosiła przepuszczenie nas przodem, tłumacząc, że spieszymy się na autobus – dzięki temu dotarliśmy do dworca przed czasem.

 

Opuszczaliśmy Rygę – kierując się w stronę Lipawy, nadmorskiego miasta, nieopodal granicy z Litwą. Podróż – jak to podróż, upłynęła bez większych przygód. Wysiedliśmy w Lipawie, po czym ruszyliśmy w stronę centrum – gdzie się rozdzieliliśmy na dwie ekipy szukające noclegu (dziewczyny w kościołach i klasztorach, chłopaki za miastem), ekipę wycieczkowiczów zwiedzających miasto oraz ekipę pilnującą bagażu (i grającą w Fasolki).

 

Na powrót zwiadowców czekaliśmy bardzo długo – niestety, nie udał się załatwić żadnego bardziej „cywilizowanego” noclegu – toteż byliśmy zmuszeni znów zarzucić plecaki na ramiona i powędrować na południe od miasta – gdzie chłopaki znaleźli nadmorski fort, obok którego mogliśmy się rozbić. Miejsce może nie było najpiękniejsze (a do tego dokuczały komary z rozległej fosy), ale po krótkim spacerze przez las wychodziło się na piękną, piaszczystą plażę – która rozciągała się jak okiem sięgnąć, hen, aż po krańce horyzontu.

 

Zjedliśmy obiad, ugotowany przez dziewczęta na ognisku (no, i maszynkach gazowych) – a gdy zapadł zmrok, poprosiłem Michała, Kisiela, Grzegorza i Kędziora o przygotowanie ogniska na plaży. Ja zaś obudziłem Tomka, Śledzia i Szymona – po czym poszliśmy nad morze – gdzie chłopcy zadeklarowali chęć przystąpienia do drużyny. Dokładny przebieg naszej małej uroczystości pozostanie tajemnicą.

 

DZIEŃ XIV

 

Rano, po pobudce, zaczęliśmy się szykować do przedostatniego etapu naszej podróży. Mieliśmy dziś opuścić Łotwę, kierując się do litewskiego portu – Kłajpedy. Zwinęliśmy namioty (po ostatniej spędzonej w nich nocy) i po śniadaniu grupkami wychodziliśmy na szosę, by łapać stopa.

 

Tym razem miałem podróżować z Martą i Natalią. Byliśmy nieco zaniepokojeni częstotliwością pojawiania się samochodów na drodze (która, co trzeba przyznać, autostradą nie była) ale szczęśliwie udało nam się dwoma samochodami dojechać na miejsce. Za drugim razem była to kolejna wersja niemieckiego ogórka, z prawdziwie niemiecką rodziną – ale uwaga, to była tylko część konwoju, za ogórkiem podążał sportowy samochód z najstarszym synem i jego dziewczyną. Pogadaliśmy trochę łamanym niemieckim, zabiliśmy wielką, tłustą muchę, która spacerowała po szybie, aż wreszcie zapadliśmy w lekki sen.

 

Wysiedliśmy w Kłajpedzie – pierwszą rzeczą, jaką zrobiliśmy była fotka (jedna z tych, które później trafiły do książki o metodzie wędrowniczej, autorstwa „Bituma”). Następnie poszliśmy w stronę sklepu z donutami, który Natalia wypatrzyła z samochodu – niestety, na miejscu okazało się, że jest zamknięty (i to chyba na stałe)… Skontaktowaliśmy się z Andżelą i ruszyliśmy w stronę Uniwersytetu w Kłajpedzie, gdzie mieliśmy załatwiony przez Zuzę nocleg. Tam musieliśmy jeszcze chwilę posiedzieć, zanim reszta przyszła z kluczem. Telefon mi się rozładowywał, ale na szczęście miłe panie w recepcji pozwoliły się podłączyć, więc mogliśmy pozostać w kontakcie.

 

Wreszcie weszliśmy do środka – jak się okazało, znów mieliśmy spać w sali gimnastycznej! Miejsce było całkiem spoko, choć ciepła woda pozostała w sferze legend i działała tylko część kontaktów. Mieliśmy za to piłkę do kosza! Ugotowaliśmy sobie obiadek i zaplanowaliśmy, że jak wszyscy dotrą i odpoczną, to zrobimy sobie mały spacer po mieście. Tym razem ostatni dotarli Grzegorz z Moniką – ale jako stare wygi, na szczęście nie narzekali (za dużo).

 

Spacer po Kłajpedzie był bardzo przyjemny – na rynku czekała nas super niespodzianka – występ dwójki francuskich kuglarzy (to nieco staroświeckie słówko najlepiej opisuje, co Ci dwaj panowie wyprawiali). Zachwyciła nas urocza muzyka, zdolności akrobatyczne i występ w baseniku wypełnionym wodą – wszystko było bardzo urocze. Jeśli jesteście ciekawi – sprawdźcie grupę cyrkową Barolosolo.

 

Po występie obeszliśmy jeszcze kilka miejsc, posiedzieliśmy przy kłajpedzkiej twierdzy, wypiliśmy kwas chlebowy – było bardzo przyjemnie. W drodze powrotnej znaleźliśmy jeszcze tablicę, gdzie ludzie kredą wypisywali rzeczy, które chcą zrobić przed śmiercią – znalazło się też kilka naszych wpisów.

 

W końcu trzeba było wrócić – i pójść spać. Wszyscy byli nieco zmęczeni, więc poszło sprawnie.

 

DZIEŃ XV

 

Pobudka, śniadanie, mycie – i prędko do wypożyczalni rowerów! Dziś w programie przejazd Mierzeją Kurońską! Odebraliśmy rowery, musieliśmy też się chwilę pokłócić – bo choć przygotowano dla nas 15 rowerów, to 3 z nich były w rozmiarze 10-latków – co przy naszych rozmiarach wyglądało dość komicznie. Paniom obsługującym interes bardzo trudno było to sobie uświadomić – także nie wiedzieliśmy czy się śmiać, czy też płakać.

 

Kiedy już wszystko się udało załatwić (ledwo!), pojechaliśmy do przystani promowej. Niestety, kupowanie biletów trwało na tyle długo, że prom zdążył odpłynąć. Nie uśmiechało się nam czekać ponad pół godziny na następny, więc pomstując na panie z wypożyczalni popędziliśmy do następnej przystani – i tu na szczęście udało się zdążyć. Rejs trwał dosłownie pięć minut, po czym wyjechaliśmy na Mierzeję.

 

Tutaj zrobiliśmy sobie zdjęcie pod wielką mapą całej mierzei i ruszyliśmy w trasę – plan był taki: start w Smiltyne, połowa w Juodkrante, gdzie mieliśmy zawrócić (no dobra, myśleliśmy też o dojechaniu pod rosyjską granicę, ale okej, jesteśmy słabi). No i oczywiście powrót do Smiltyne. Mierzeja Kurońska jest naprawdę pięknym miejscem, któremu warto poświęcić ten jeden dzień, będąc w Kłajpedzie. Tamtejsze bory, porastające wydmy, ich kolory, morze – wszystko tworzy wspaniały klimat.

 

Oczywiście zaraz jak ruszyliśmy, Grzegorz z Moniką zostali z tyłu z powodu awarii rowerów. Czekając na nich zeszliśmy na chwilę na plażę – gdzie oprócz kontemplacji widoków i pięknych fal, oddaliśmy się próbie wymiany dętki w rowerze Marty. Zgodnie z naszą wieloletnią tradycją, wymieniliśmy dętkę na taką trochę za dużą na to koło – patrz relacja z wyprawy do Grunwaldu w 2012 roku.

 

Gdy już Grzegorz i Monika dotarli (po znakach patrolowych, hehe), ruszyliśmy dalej – aż dotarliśmy do tak ładnej plaży, że musieliśmy się zatrzymać i wykąpać. Ach, wreszcie wakacyjny klimat! Wskoczyliśmy do wody, żeby oddać się skokom na fale. Przejąłem od Anety aparat fotograficzny dziewczyn (wodoodporny – super sprawa!) i trzasnęliśmy sobie kilka selfiaczków. Po jakimś czasie postanowiliśmy wrócić na plażę – i tu spotkała nas mała przygoda – nieoczekiwana głębina po drodze i mała interwencja ratunkowa – na szczęście bez żadnych groźnych konsekwencji oprócz odrobiny nerwów. Tak sobie myślę, że jednak każdy z nas powinien zrobić jakiś kurs WOPR…

 

Po kąpieli (tej wodnej i tej słonecznej) wszyscy zgłodnieliśmy – znów przenieśliśmy więc rowery przez wydmy i podjechaliśmy dalej, gdzie zjedliśmy kanapki obok drewnianych huśtawek. Stąd pojechaliśmy do Juodkrante, mijając po drodze plażę nudystów i strasznie fajny, długi, ostry zjazd w dół. W miasteczku kupiliśmy pocztówki i wodę, po czym zaczęliśmy wracać – co oznaczało oczywiście dość ciężki podjazd.

 

Naprawdę ciężki podjazd czekał nas jednak dopiero pod koniec podróży – nie wszyscy dali radę, pozostali otrzymali medal górki (myślałem, że mi eksplodują kolana, ale zwyciężyłem). Pozostał już tylko powrót promem do Kłajpedy (w drugą stronę za darmo!) i przejazd do wypożyczalni, a także zakupy. Przy okazji okazało się, że sklep (rzecz jasna Maximę) mamy tuż obok (a poprzedniego dnia szliśmy całkiem spory kawałek…).

 

Tradycyjnie zjedliśmy obiad późno (ostra potrawka z cukinią – nie wszystkim niestety smakowała - na przykład Michał nie zjadł całej swojej specjalnej, wegetariańskiej porcji...) – i szykowaliśmy się do jutrzejszej podróży. Pograliśmy jeszcze trochę w kilka gier, jedząc banany oblane stopioną czekoladą z naszych zapasów (mmmmmmm, pyszności) – także ostatecznie położyliśmy się późną nocą.

 

DZIEŃ XVI

 

Ostatni dzień obozu!

 

Po porannej pobudce i sprzątaniu najpierw pomaszerowaliśmy na pocztę, gdzie powysyłaliśmy zaległe pocztówki (Śledziu próbował wysłać pocztówkę z łotewskim znaczkiem, ale na szczęście udało się uratować sytuację). Następnie przeszliśmy jeszcze raz pod Teatr, gdzie przedwczoraj oglądaliśmy występy Francuzów.

 

Przebraliśmy się w mundury i zrobiliśmy sobie kilka zdjęć grupowych przy fontannie – a obok jakaś ludowa kapela pięknie przygrywała. Na placu odbywał się jarmark, daliśmy więc wszystkim chwilę czasu wolnego (w tym czasie Zuza poleciała oddać klucze i zapłacić za nasz nocleg). Spacerując po stoiskach odkryłem cudowne miejsce – pan w średnim wieku sprzedawał przy swoim stoliczku aromatyzowane domowe miody – spróbowałem chyba wszystkich, po czym długo zastanawiałem się, czy wziąć malinowy, czy może imbirowy – ostatecznie został ten drugi.

 

Po ponownej zbiórce trzeba było już ruszać na dworzec. Po dotarciu na dworzec na zmianę leżeliśmy na plecakach i robiliśmy zakupy w Maximie. Dłuższą chwilę zajęły nam ekonomiczne zakupy wspólnego jedzenia na podróż. Osobiście nabyłem też kwas chlebowy – bez tego nie ma co z Litwy przyjeżdżać.

 

Podróż pierwszym autokarem nie trwała długo, zaś przesiadka w Mariampolu odbyła się szybko i sprawnie. Warto wspomnieć małą anegdotkę opowiedzianą przez Zuzę, o rodzicach jednej z wędrowniczek. Otóż, gdy dowiedzieli się, że mamy przesiadkę w Mariampolu, strasznie się przerazili, że będziemy jechać przez teren działań wojennych i w ogóle jak to jest, że tak sobie przez Mariupol będziemy jechać!

 

W drugim autobusie rozsiedliśmy się wygodnie na dolnym piętrze (mi udało się dorwać miejsce przy 4 osobowym stoliku!). Przez większość drogi gadaliśmy (głównie to były ZHRowe plotki) i graliśmy w różne gry, przede wszystkim Fasolki. Gra w Kontakt niestety nie była możliwa – z jakiegoś powodu pani stewardessa bardzo dbała o to, żeby kierowca mógł pracować w ciszy – i co chwila zwracała nam uwagę, nawet przy normalnej rozmowie. Za to reszta – od momentu złapania polskiego zasięgu, wszyscy jak najęci przeglądali fejsa i dzwonili do rodzin. Ciężko było się dziwić, ale wyglądało to zabawnie. Po drodze, w Suwałkach spoglądaliśmy przez okna na miejsca, które mijaliśmy przed dwoma tygodniami, na początku naszej wędrówki, gdy zaczynaliśmy łapać stopa… Wreszcie wjechaliśmy do Warszawy – spakowaliśmy nasze niezjedzone zapasy (wydaliśmy fortunę – ponad 50 euro - na aprowizację, a nikt nie chciał jeść…) i na Dworcu Zachodnim wszyscy wysiedliśmy, chłonąc niezdrowe, przesiąknięte spalinami, ale jednak domowe, warszawskie powietrze.

 

Zaśpiewaliśmy sobie Bratnie Słowo, pożegnaliśmy się – i zaczęliśmy rozchodzić do domów. Tak dobiegła końca nasza wyprawa - jedna z bardziej przyjemnych przygód w moim życiu. Smutno mi się zrobiło, kiedy żegnałem Zuzę (dzięki za bycie tą ogarniętą i wspólne rozkminianie naszych problemów), Natalię (dzięki za wspólną lożę szyderców), Martę (dzięki za duchowe dyskusje i stały dobry humor), Andżelę (dzięki za świetną grę w Kontakt i bycie Andżelą), Anetę (dzięki za bycie najlepszym fotografem), Karolinę (za energiczność i fachowe, medyczne porady), Monikę (za cięte riposty, siłę i niezależność), Grzegorza (poważnego ogarniacza kasy), Kędziora (dzięki któremu nigdy nie było cicho), Szymona (który jest zawsze zadowolony), Tomka (bo o historii zawsze fajnie pogadać), Michała (mistrza rękodzieła i masła orzechowego), Kisiela (który zawsze ogarnia) i Śledzia (któremu żadna przeszkoda nie straszna). A ja popędziłem do domu (podrzucili mnie rodzice Michała), żeby się przepakować, umyć – i godzinkę później ruszyć w Beskid. Ale to już zupełnie inna historia...

do poprzedniego artykułudo początku stronydo strony głównejpowrót do spisu treścido następnego artykułu
©2000 - 2019  16WDH