Wyszukiwanie zaawansowane
Relacje
do poprzedniego artykułudo końca stronydo strony głównejpowrót do spisu treścido galerii obrazówdo następnego artykułu
2003-06-19 | Dolina Rospudy | Marek Gajdziński
Spływ Rospudą

Gdy w Boże Ciało 19 czerwca 2003r. o godzinie 23:00 stanęliśmy na zbiórce wyjazdowej, nasze miny, a zwłaszcza miny rodziców, były nietęgie. Od ponad trzydziestu dni z nieba dosłownie lał się żar. Trochę już uciążliwe słońce i temperatury w okolicach 30 stopni C, budziły wielki apatyt na kontakt z wodą i przygodę. Tymczasem, właśnie tego dnia doszło do załamania pogody. Wieczorem zaczął siąpić drobny deszczyk. Ochłodziło się, a prognozy zapowiadały serię zimnych i deszczowych dni.

Nie bylibyśmy jednak harcerzami Szesnastki, gdyby miało nas to zniechęcić do wyjazdu. Trudności są wszak po to, aby je przezwyciężać. Wsiedliśmy więc do pociągu i żegnani przez wystraszonych rodziców ruszyliśmy na spotkanie przygody.

Dzień pierwszy - piątek 
Obudziliśmy się w pociągu około godziny 4:00 nad ranem, gdzieś między Białymstokiem a Augustowem. Było już jasno, a bezchmurne niebo budziło nadzieję na totalną pomyłkę synoptyków. Gdy pociąg zatrzymał się na stacji w Augustowie, na błękitnym niebie pojawiło się słońce. Niestety, w godzinę później, gdy wjeżdżaliśmy na peron w Suwałkach, od północy zaczęły nadciągać ciężkie, szare chmury. Po kolejnej godzinie, gdy pakowaliśmy się do busa, który miał nas zawieść nad jezioro Czarne, po błękicie nieba nie został najmniejszy nawet ślad.

W drodze zaczął padać ulewny deszcz. Kiedy około godziny 8.30 dotarliśmy nad brzeg jeziora Czarnego, skąd miał rozpocząć się nasz spływ, ulewa rozszalała się na dobre. Siedząc w samochodzie przyglądaliśmy się przez zalane deszczem szyby zasnuwającym niebo chmurom, a właściciel kajaków z lekką obawą w głosie zadał ponaglające pytanie: „No to jak, Panowie?" Zdaje się, że nie do końca wierzył w naszą determinację. Jego obawa o utratę spodziewanego zarobku za wypożyczenie kajaków wzrastała w trakcie podróży wprost proporcjonalnie do natężenia opadów. To była ostatnia chwila, w której mogliśmy się jeszcze wycofać i wrócić do Suwałk. Spojrzałem po twarzach chłopców. W ich oczach malowała się niepewność. Czekali na moją decyzję. Krótka chwila namysłu i wypowiadam słowa, których godzinę później powinienem szczerze żałować: „Do roboty!"

W strugach ulewnego deszczu wyładowaliśmy kajaki z przyczepki i znieśliśmy je na brzeg. W chwilę później byliśmy już sami.

 

Zaczynamy


Pakowanie plecaków, namiotów, reszty sprzętu i prowiantu do kajaków zajęło nam trochę czasu. Niekiedy trzeba było się przepakować, bo plecak nie mieścił się do komory bagażowej. Poza tym, wszystko trzeba było zabezpieczyć przed wodą - tą z jeziora i tą spadającą z nieba. Kiedy wreszcie udało się nam cały sprzęt powkładać do worków foliowych i umieścić w kajakach, ulewa nieco zelżała.

Gdy flotylla złożona z sześciu kajaków odbiła od brzegu i znalazła się na jeziorze, ujawniła się jeszcze jedna nieprzyjemna okoliczność przyrody - porywisty wiatr, który nie tylko ciął kroplami deszczu, ale na dodatek wywoływał dość wysoką falę. Większość chłopców po raz pierwszy płynęła samodzielnie kajakiem i nie miała wyczucia potrzebnego do utrzymania wyznaczonego kierunku. W połączeniu z porywistym wiatrem i wysoką falą dawało to zabawny efekt. Kajaki kręciły się w kółko i rozpływały po całym jeziorze. Nie posuwaliśmy się więc zbyt prędko do przodu. W dodatku wysoka fala stwarzała pewne niebezpieczeństwo. Niewprawni wioślarze co jakiś czas odwracali kajaki bokiem do fali. To mogło się źle skończyć. Na szczęście pierwszego dnia zaplanowany był najkrótszy, niemal symboliczny odcinek. Reszta dnia przeznaczona miała być na kąpiele, naukę manewrowania kajakiem i odpoczynek po nocnej podróży.

 

Opływamy wyspę w poszukiwaniu miejsca na biwak


Mimo tak niesprzyjających warunków punkt docelowy, znajdujący się na wyspie w odległości około 3 km, osiągnęliśmy po godzinie wiosłowania. Co prawda, wbrew zapewnieniom autorów mapy nie znaleźliśmy tam dogodnego miejsca na biwak, ale szybko wybraliśmy miejsce alternatywne na południowym brzegu jeziora Rospuda.

Właśnie na małą chwilę przestało padać. Piorunem rozbiliśmy namioty, a załoga służbowa ugotowała wodę na herbatę i zrobiła po kilka kanapek na spóźnione śniadanie.

Wybierając miejsce na biwak popełniliśmy drobny błąd, który do końca dnia miał się na nas mścić. Skusiło nas łagodne zejście do wody i zielona, krótko przystrzyżona trawa pastwiska. Gdy ochłonęliśmy po rozstawieniu namiotów i rozejrzeliśmy się po najbliższej okolicy, okazało się, że jesteśmy na „polu minowym". Trzeba było uważnie patrzeć pod nogi, bo cała łąka upstrzona była krowimi plackami. Na domiar złego, otwarta przestrzeń nie chroniła przed podmuchami wiatru. A te od czasu do czasu okazywały się naprawdę porywiste. Namioty typu igloo rozpięte na elastycznych masztach dosłownie kładły się pod naporem wichury. Szpilki stosowane w nich zamiast tradycyjnych śledzi okręcały się w ziemi zwalniając zaczepy linek. W efekcie trzeba było co jakiś czas trzymać namioty, by nie zostały porwane przez wiatr.

Do końca dnia poznawaliśmy znaczenie terminu przelotne opady. Wyglądało to tak, że co jakiś czas wiatr napędzał ciężkie burzowe chmury. Przez piętnaście, dwadzieścia minut lało, po czym na kolejne pół godziny wychodziło słońce. Korzystając z krótkich przejaśnień zdołaliśmy przyrządzić i zjeść pyszny obiad (spaghetti), wykąpać się i przeprowadzić krótkie ćwiczenia manewrowania kajakiem.

 

Obóz na polu minowym


Dzięki ćwiczeniom niektórzy nabrali sporego szacunku do wąskiej łódki. Dotyczyło to zwłaszcza Ciastka i Marka, którzy na skutek nie zachowania należytej ostrożności na własnej skórze doświadczyli skutków widowiskowej wywrotki. Mokre ubrania w tych warunkach pogodowych stanowiły nie lada problem, a i docinkom ze strony młodszych harcerzy nie było końca. Całe szczęście, że zdarzenie miało miejsce kilka metrów od brzegu i w kajakach, poza niefortunnymi wioślarzami, nie było już żadnego sprzętu. Widok mokrych i wściekłych „chojraków" był nie tylko zabawny, ale także mocno pouczający. Wszyscy nabrali odpowiedniego respektu, stwierdzając naocznie jak łatwo doprowadzić do wywrócenia się kajaka. Reszty dopełniła wyobraźnia.

Wieczorem niebo znów zostało doszczętnie zasnute ciężkimi chmurami. Zasypialiśmy w takt dudniącego o płótna namiotowe ulewnego deszczu.

Dzień drugi - sobota 
Pobudkę zaplanowano na godzinę ósmą. Niestety, od rana bez przerwy lał ulewny deszcz. Nie było sensu wychodzić z namiotów. Leżeliśmy w śpiworach czekając na odmianę aury. Nic takiego nie nastąpiło. O godzinie dziesiątej, mimo ulewnego deszczu, zarządziłem wreszcie pobudkę. Zjedliśmy szybkie śniadanie, spakowaliśmy się i złożyliśmy nasiąknięte wodą namioty. Około południa byliśmy już na wodzie. Nie mogliśmy dłużej czekać, bo strata tego dnia stawiałaby pod znakiem zapytania możliwość dopłynięcia do Augustowa w zaplanowanym czasie. Poza tym, cóż mogliśmy robić leżąc w namiotach ściśnięci jak śledzie w beczce.

Pech chciał, że gdy tylko znaleźliśmy się na jeziorze przyszło nam na własnej skórze poznać znaczenie kolejnego terminu meteorologicznego - oberwania chmury. Gdy po kilku kilometrach dotarliśmy do końca jeziora Rospuda na chwilę się rozpogodziło, ale na nas nie było ani jednej suchej nitki. Atmosfera jednak była bojowa. Nikt nie zamierzał się rozklejać.

 

W chwilę po wypłynięciu


Przepchnęliśmy kajaki przepustem na jezioro Kamienne i ruszyliśmy dalej. Po kilkuset metrach byliśmy już, przynajmniej na zewnątrz, całkowicie wysuszeni. W ten sposób ujawniło się dobroczynne działanie słońca i silnego wiatru, który dodatkowo dmuchał nam w plecy ułatwiając pokonanie jeziora. Wreszcie u końca jeziora wpłynęliśmy na pierwszy odcinek rzeki Rospuda. Właściwie, rzeką można to było nazwać tylko maksymalnie wysilając wyobraźnię, bowiem był to raczej kręty, płytki i kamienisty rów o szerokości około dwóch metrów. Zaczęło padać.

 

Rzeką trudno to raczej nazwać


Po przepłynięciu około 3 km stanęliśmy pod mostem w Filipowie. Ponad godzinny odpoczynek wykorzystaliśmy na uzupełnienie zapasów w sklepie. Gdy wszyscy poprawili już sobie samopoczucie przy pomocy słodyczy, ruszyliśmy dalej. Właśnie znów wyszło słońce. Po przepłynięciu dalszych 2 km zatrzymaliśmy się na malowniczej łące, by zjeść drugie śniadanie złożone z kilku kanapek. Gdy kończyliśmy posiłek znów zaczęło padać. Ruszyliśmy dalej.

 

Postój na drugie śniadanie


Wkrótce dotarliśmy do jeziora Filipowskiego. Od tego miejsca rzeka zrobiła się nieco szersza i głębsza. Płynęliśmy, co jakiś czas przeciskając się pod leżącymi w poprzek pniami powalonych drzew. Po dwóch godzinach stanęliśmy na brzegu jeziora Garbaś. Była godzina 19:00. Właśnie tutaj zaplanowany był kolejny nocleg. Na otwartej przestrzeni znów dał znać o sobie silny wiatr. To, co w lesie wydawało się niewinną mżawką, tu w połączeniu z porywistym wiatrem stało się mocno dokuczliwe.

Odbyliśmy krótką naradę. Ktoś przypomniał słowa właściciela kajaków, który wspominał coś o stanicy dla kajakarzy usytuowanej tuż przed wsią Bakałarzewo. Wyobraźnia podsunęła nam widok ogrzewanego pomieszczenia, gdzie można byłoby wysuszyć ciuchy. Od Bakałarzewa dzielił nas pięciokilometrowy odcinek rzeki z jednym małym jeziorkiem w połowie drogi. Przy odrobinie szczęścia mogliśmy tam dotrzeć jeszcze przed zmrokiem. Postanowiliśmy zaryzykować i płynąć dalej.

 

Jezioro Garbaś - jednak płyniemy dalej


Pokonanie jeziora Garbaś zajęło nam niespełna 15 minut dzięki wiatrowi, który dmuchając w plecy popychał nas do przodu. Rzeka w tym miejscu stała się znacznie szersza, ale miejscami dość płytka, tak że kajaki szorowały o żwirowe dno. Nurt był dość szybki, ale nikt już nie miał żadnych problemów z pokonywaniem licznych zakrętów.

Na jeziorze Głębokim znaleźliśmy się o wpół do dziewiątej. Przez krótką chwilę zastanawialiśmy się czy nie skorzystać z pięknego miejsca biwakowego kuszącego łagodnym zejściem do wody i skuteczną ochroną od wiatru w postaci gęstego okalającego go lasu. Ale nadzieja na jakieś bardziej cywilizowane warunki spędzenia nocy okazała się silniejsza. Po chwili znów znaleźliśmy się na rzece.

Za każdym zakrętem wypatrywaliśmy jakiegoś znaku lub informacji na temat stanicy. Wreszcie natrafiliśmy na tabliczkę o treści: "Przystań dla kajakarzy - gorący prysznic'. Na brzegu leżało już kilka kajaków, a na polanie stało rozbitych pięć jednakowych namiotów. Zatrzymaliśmy się. Wyszedłem na zwiad kierując się pod górę w stronę widniejących tam zabudowań. Z jednego z nich, które okazało się być wiatą, dobiegał dźwięk gitary i dziewczęcy śpiew. Czy można było sobie wyobrazić lepszą zachętę do pozostania w tym miejscu?

W trakcie refrenu piosenki "Chłopaki nie płaczą" stanąłem na progu wiaty. Po ubraniach i ekwipunku zorientowałem się od razu, że mam do czynienia z grupą harcerską. Oprócz dziewcząt było w niej kilku chłopaków, choć ich głosów nie było w ogóle słychać. W półmroku nie rozpoznałem twarzy, ale ja byłem dobrze widoczny i w dodatku ubrany byłem w nasz szesnastkowy mundur polowy.

„Witamy Szesnastkę!" Gdy to usłyszałem już wiedziałem, że przede mną siedzą harcerki i harcerze z Pomarańczarni - z tej samej 23 WDH, która jest członkiem UNDHR. Cóż za spotkanie pośrodku zalanych deszczem Mazur!

Po krótkich uprzejmościach dwie harcerki wyszły ze mną na zewnątrz by zaprosić naszych chłopców na górę. Gdy zobaczyli mnie pod rękę z dwoma dziewczynami, żadne komendy nie musiały już być wydawane. W mgnieniu oka kajaki znalazły się na brzegu. Ich rozładowanie i rozbicie biwaku zajęło nam około godziny. Było już całkiem ciemno. Po kolejnych trzydziestu minutach siedzieliśmy w wiacie przy rozpalonym kominku nad menażkami pysznego spaghetti, powtórzonego wzorem dnia poprzedniego ze względu na walory smakowe. Niestety, było już bardzo późno i Pomarańczarnia zbierała się do namiotów. Nie było szans na wspólne ognisko. Ich historia okazała się mało heroiczna. Rozpoczęli spływ w Filipowie. Strasznie zmokli i gdy natrafili na stanicę - postanowili w niej przeczekać niesprzyjającą pogodę. Biwakowali tu już drugi dzień.

Gdy skończyliśmy obiado-kolację była północ. Nie pozostawało nam nic innego, jak wcisnąć się do śpiworów. Przedtem jednak załatwiliśmy z właścicielem stanicy suszenie ubrań. Przez całą noc w jego rozgrzanej kuchni na rozpiętych sznurach wisiały nasze mokre ciuchy. Rano były suche jak pieprz.

dzień trzeci - niedziela 
Piotrek, który był oboźnym spływu, odgwizdał pobudkę o 7:30. Szybkie mycie w rzece zostało przerwane alarmem mundurowym. Kilka minut przed ósmą w towarzystwie Pomarańczarni wyruszyliśmy do odległego o dwa kilometry kościoła w Bakałarzewie. Niebo znów zasnuwały ciężkie szare chmury. Zbierało się na deszcz choć od rana jeszcze nie padało. 

 

W drodze do kościoła


W drodze do kościoła umówiliśmy się, że będziemy się modlić o słońce i 25 stopni ciepła. Gdy wychodziliśmy po mszy z kościoła, byliśmy nieco rozgoryczeni. Pan Bóg wyraźnie zwlekał ze spełnieniem naszych próśb - mżyło. Jednak zanim dotarliśmy do biwaku, na niebie pojawiło się słońce. Nie zjedlismy jeszcze bardzo obfitego śniadania (w tym chrupki z najprawdziwszym mlekiem prosto od krowy), a aura już odmieniła się całkowicie. Namioty składaliśmy w pełnym słońcu, a na czystym błękitnym niebie nie widać było najmniejszej nawet chmurki. I jak tu nie wierzyć w cudowną moc modlitwy?

 

Pamiątkowe zdjęcie z Pomarańczarnią


Pomarańczarnia spakowała się i wypłynęła nieco wcześniej. Umówiliśmy się na wspólny biwak i ognisko nad jeziorem Bolesty. My wyruszyliśmy około południa. Rzeka była dość trudna. Szybki nurt, liczne zakręty i powalone drzewa wymagały sporych umiejętności. Jednak po wczorajszym dniu wszyscy mieli już spore doświadczenie. Do młyna w Bakałarzewie dotarliśmy w niecałą godzinę. Tu trzeba było przenieść kajaki na drugą stronę zapory. Kilkaset metrów dalej pod mostem drogowym urządziliśmy przymusowy postój. Trzeba było uzupełnić zapasy w sklepie. Tym razem chłopcy kupowali sobie napoje i lody, co ujawniło wyraźną zmianę nastrojów. Wczoraj zakupy składały się głównie z batoników i czekolady.

Wypływamy na jezioro Sumowo


Ruszyliśmy dalej. Po kolejnych kilkuset metrach dotarliśmy do jeziora Sumowo. Tu urządziliśmy sobie dłuższy postój. Zjedliśmy obiad w postaci gołąbków z puszki. Wykąpaliśmy się i porządnie wymyliśmy w jeziorze. Wreszcie urządziliśmy sobie godzinną sjestę wygrzewając się do woli w pełnym słońcu. Około godziny 16:00 w wyśmienitych humorach ruszyliśmy w dalszą drogę.

 

Obiad nad Sumowem


Jezioro Sumowo przebyliśmy piorunem dzięki sprzyjającemu wiatrowi. Dalej rzeka zrobiła się szeroka i głęboka. Płynęliśmy wzdłuż bagien i rozlewisk, mijając kikuty uschniętych drzew. W tym miejscu naocznie przekonaliśmy się, że drzewa mogą umierać stojąc.

 

Tu drzewa umierają stojąc


Wreszcie, nie będąc zmuszonym do ukrywania głów pod kapturami kurtek, mogliśmy swobodnie rozglądać się wokoło podziwiając bogactwo przyrody: krążące nad nami ptaki oraz bujną nadwodną i podwodną roślinność. 

 

Płyniemy przyglądając się podwodnej roślinności


Około 19:00 wypłynęliśmy na jezioro Bolesty i zaczęliśmy się rozglądać w poszukiwaniu kajaków i namiotów Pomarańczarni. 

 

Dopływamy do jeziora Bolesty


Jezioro to ma około sześciu kilometrów długości. Znów wiatr okazał się dla nas łaskawy i wiał we właściwym kierunku, ułatwiając pokonanie jeziora. Dlatego ani się spostrzegliśmy jak znaleźliśmy się na jego końcu, w okolicach wsi Małe Raczki. Na obu brzegach nie było śladu po jakichkolwiek kajakarzach. Żadnego biwaku, żadnych namiotów...

Mówi się trudno. Doszliśmy do wniosku, że widocznie korzystając ze sprzyjającej pogody popłynęli dalej. Gdyby mieli ochotę na wspólny biwak zatrzymaliby się zgodnie z umową nad Bolestami. A skoro nie to, nie było sensu się narzucać. Później okazało się, że spasowali, przerwali spływ i ewakuowali się do Augustowa.

 

Biwak nad jeziorem Bolesty


Wybraliśmy sobie pełne uroku miejsce na wschodnim brzegu jeziora i rozbiliśmy biwak. Zjedliśmy kolację i rozpaliliśmy ognisko. Był to akurat najdłuższy dzień roku. Dzięki pogodnemu niebu jasno było do późna w nocy. Prawdziwe ciemności zapadły dopiero około 23:00. Wtedy pojawił się właściciel kajaków. Wykonaliśmy umówioną wcześniej operację wymiany sprzętu pływającego. Zdaliśmy kajaki, w których dopłynęliśmy aż tutaj. W zamian otrzymaliśmy znacznie lżejsze, ale jednocześnie mniej pakowne.

Poszliśmy spać z nadzieją na to, że jutrzejszy dzień będzie równie wspaniały.

dzień czwarty - poniedziałek 
Pobudka została ogłoszona o 8:00. Każdy starał się jak najszybciej odsunąć poły namiotów i sprawdzić kolor nieba. Na szczęście było błękitne. Słońce mocno już przygrzewało, choć w namiotach stojących w cieniu pod drzewami nie było tego czuć. Nie spieszyliśmy się. Spokojnie zjedliśmy bardzo obfite śniadanie, starannie złożyliśmy namioty i spakowaliśmy kajaki. Do południa wygrzewaliśmy swoje gnaty w upalnym słońcu.

 

Śniadanie


Ruszyliśmy niespiesznie płynąc z nurtem rzeki i przypatrując się bujnej podwodnej roślinności przypominającej pola kapusty i uwijającym się wśród jej liści rybom. W ten sposób dopłynęliśmy do młyna w Małych Raczkach. Tu znów trzeba było przenieść kajaki. Po drugiej stronie zapory zaczął się najbardziej emocjonujący odcinek rzeki. Szybki nurt i najeżone wielkimi, wystającymi z wody głazami koryto rzeki zmuszało do uprawiania swoistego slalomu. Najzabawniejsze były jednak te kamienie, które nie wystawały ponad wodę ale były na tyle płytko, że kajaki zawieszały się na nich obracając się w poprzek nurtu. Była to dość emocjonująca zabawa, bo kajak stojący bokiem do nurtu i zablokowany wystającą przeszkodą ma złośliwą tendencję do niebezpiecznego przechylania się i nabierania wody. Mogło to się skończyć nawet wywrotką. Na szczęście rzeka była w tych miejscach dość płytka oferując co najwyżej przyjemność kąpieli w wodzie do pasa. Obecność podwodnych głazów zdradzały zawirowania i zmarszczenia na powierzchni wody. Płynęliśmy zatem jeden za drugim ostrzegając płynących z tyłu o zauważonych przeszkodach. Mimo tych ostrożności każda z załóg miała przyjemność kilkakrotnego ewakuowania się z kajaka w obawie przed jego wywrotką.

Tak dopłynęliśmy do mostu drogowego w Raczkach, gdzie zarządzono dłuższy postój i wyprawę do wsi po prowiant.

 

Na rzece za Raczkami


Ruszyliśmy dalej po około godzinnej przerwie. Po przepłynięciu 2 km zatrzymaliśmy się na krótko, by zjeść szybkie drugie śniadanie. Obiad postanowiliśmy ugotować dopiero na biwaku - zamiast kolacji.

 

Komendant spływu i autor relacji


Po kolejnym kilometrze znów krótki postój. Tym razem poszliśmy zobaczyć pozostałości po słynnym pałacu Paca. Przy kajakach na warcie pozostał Ciastek. Gdy wróciliśmy, zastaliśmy go śpiącego na słońcu. Wygrzewał się jakby podświadomie przeczuwając swoją najbliższą przyszłość.

 

Przed ruinami pałacu Paca


Rzeka nie zmieniła swojego zdradliwego charakteru. Płynęliśmy dalej wypatrując podwodnych przeszkód. Po pewnym czasie wpłynęliśmy na teren Puszczy Augustowskiej. Tu pojawiły się dodatkowe atrakcje - gęsto powalone pnie drzew. Niektóre z nich były zatopione, można było ostrożnie nad nimi przepłynąć. Inne wystawały nad wodę tworząc trudny do pokonania labirynt. 

 

Pod tym drzewem dało się przepłynąć...

A pod tym mieścił się już tylko kajak


W jednym z takich miejsc kajak Ciastka wbił się pod zwalony pień bokiem do wartkiego nurtu. Efekt łatwo było przewidzieć. Ciastek po krótkiej walce z siłą prądu wylądował w wodzie. Śmiechu było co nie miara, choć właściwie każdego mogło to spotkać. Paręset metrów dalej - kolejna przeszkoda. Tym razem drzewo położyło się tak niefortunnie, że nie można go było ominąć. Trzeba było wysiąść z kajaków i przeciągać je nad powalonym pniem. Wymagało to trochę siły, bo kajaki wyładowane sprzętem i prowiantem nie należały do najlżejszych. Ciastek znów miał pecha. Przeciągając jeden z kajaków poślizgnął się i fiknął efektownego kozła wpadając do wody. 

 

Przeciągamy kajaki nad zatopionym pniem


Od tej chwili płynął mokry na przedzie starając się jak najszybciej dotrzeć do Świętego Miejsca, gdzie zaplanowaliśmy kolejny nocleg. W pewnym momencie znalazł uroczą leśną polankę z przygotowanym, porąbanym drewnem na ognisko. Sądząc, że dotarł do specjalnie przygotowanego miejsca biwakowego zatrzymał wszystkich i przekonał do rozbicia w tym miejscu namiotów. Widząc jak szczęka zębami, zrobiło mi się go żal i zarządziłem postój. Jednak starannie porąbane i poukładane drewno budziło moją podejrzliwość.

Wypakowaliśmy sprzęt z kajaków i zaczęliśmy przygotowywać obiado-kolację, na którą wszyscy mieli już od jakiegoś czasu wielką ochotę. W tym momencie na polanę wkroczyły trzy dziewczyny. Oczywiście nie obyło się bez próby nawiązania rozmowy. Te jednak nie zważając na nasze starania przeszły obok nas obojętnie i usiadły 100 metrów dalej. Paląc papierosy uważnie się nam przyglądały. W tym czasie rozbiliśmy namioty. Fasolka po bretońsku już bulgotała w garnku roztaczając po całej polanie smakowitą woń. W obozowisku trwała normalna krzątanina. Chłopcy właśnie wylewali wodę z kajaków gdy na polanę wkroczył nieznajomy chłopak z namiotem pod pachą. Bez słowa dołączył do dziewczyn i zaczęli wspólnie rozbijać przyniesiony przez niego namiot. W tym momencie z lasu na polanę wjechał maluch, a zaraz po nim opel wypełniony miejscowymi. Dopiero kierująca nim dziewczyna grzecznie poinformowała nas, że na polanie odbędzie się młodzieżowe ognisko. Wtedy skojarzyliśmy, że wigilia Św. Jana to tradycyjny wieczór palenia ognisk i hucznych ludowych zabaw na świeżym powietrzu. Z początku przyjęliśmy zaproszenie, ale gdy z samochodów wyładowano sprzęt nagłaśniający i ciszę rezerwatu przyrody rozerwały pierwsze dźwięki disco-polo i muzyki techno, postanowiliśmy spływać gdzie pieprz rośnie. Pośpiesznie zwinęliśmy namioty i spakowaliśmy sprzęt do kajaków. Gdy jedliśmy pyszną fasolkę tłum na polanie gęstniał. Nie było szans na spokojną noc. W najlepszym razie do rana nie zmrużylibyśmy oka, w najgorszym czekała nas regularna bójka z tubylcami, w której z racji liczebności nie mielibyśmy żadnych szans.

Po zjedzeniu fasolki i umyciu menażek ruszyliśmy w dalszą drogę. Na polanie właśnie zaczynały fruwać pierwsze butelki po tanim, polskim winie.

Było już po 21:00. Nad rzeką pojawiły się nietoperze, które polując na owady przelatywały czasem niebezpiecznie blisko naszych głów. Ścigani dudniącymi basami współczesnej pop-łomotaniny wydobywającej się z kolumn podłączonych do rozkręconego na cały regulator wzmacniacza płynęliśmy, starając się omijać podwodne głazy i uchylać przed nurkującymi nietoperzami. W sumie było to jednak dość przyjemne przeżycie, bo dawało posmak przygody. Po pewnym czasie ściemniło się prawie całkowicie. Dzień wcześniej o tej porze było jeszcze dość widno, ale dziś niebo na powrót zasnuło się chmurami przyśpieszając zmrok. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się przed zwalonym w poprzek rzeki drzewem. Jedynym sposobem pokonania tej przeszkody było obejście jej brzegiem. Ponieważ od „wesołej" polany dzieliła nas już ponad godzina drogi i jej odgłosy ledwo dały się słyszeć, postanowiliśmy w tym miejscu rozbić biwak. Zajęło nam to niespełna pół godziny. Po szybkim myciu i zabezpieczeniu kajaków, tuż po północy znaleźliśmy się w ciepłych śpiworach. Kładąc się spać wiedzieliśmy już, że dni dobroci dla kajakarzy właśnie się kończą. Na niebie nie było widać ani jednej gwiazdy. Nad naszymi głowni zbierały się nic dobrego nie wróżące chmury.

dzień piąty - wtorek 
Na dobre lunęło około trzeciej nad ranem i do siódmej, kiedy Piotr odgwizdywał pobudkę, nie przestało padać nawet na chwilę. Nie było jednak rady. Czas naglił. O 18:00 mieliśmy pociąg do Warszawy, a chcieliśmy jeszcze zdążyć zjeść wykwintny obiad w jednej z augustowskich restauracji. 

 

Pobudka


Na razie zadowoliliśmy się tradycyjnym choć bardzo obfitym śniadaniem, złożonym z pół litra mleka z górą płatków pszennych, trzech kanapek z mielonką, pasztetem i dżemem, herbaty i serka waniliowego. Spakowaliśmy się i zwinęliśmy namioty w strugach deszczu. Wskoczyliśmy do kajaków i po 200 metrach znaleźliśmy się pod mostem w Świętym Miejscu.

 

Ściągamy kajaki na wodę

 


Był właśnie tradycyjny, jedyny w roku dzień Św. Jana i na leśnej polanie jak przed wiekami, spotkaliśmy dziesiątki jarmarcznych kramów. Dziwny to był widok. Kolorowe budy i całkowita pustka. Żadnego gościa, tylko ściana lejącej się z nieba wody. Nawet się nie zatrzymaliśmy. Chcieliśmy jak najszybciej znaleźć się w Augustowie. Żegnani tęsknymi spojrzeniami miejscowym handlarzy przepłynęliśmy pośpiesznie pod mostem i zniknęliśmy wraz z naszym potencjałem nabywczym za kolejnym zakrętem koryta rzeki.

Za Świętym Miejscem rzeka zmieniła swój charakter. Stała się znacznie głębsza i spowolniła nurt. Kamienie nie stanowiły już żadnego problemu. Koryto wiło się przez łąki położone pomiędzy stopniowo rozchodzącymi się dwoma ścianami lasu. Gdy płynęliśmy wśród sitowia nie groziło nam żadne niebezpieczeństwo. Gdy rzeka zbliżała się do ściany lasu, na drodze zawsze pojawiały się zwisające z góry lub wystające z wody gałęzie albo powalone pnie drzew. Omijanie ich, przepływanie pod lub nad nimi zabierało sporo czasu. 

 

Jedna z licznych przeszkód


Na szczęście opady deszczu stawały się coraz słabsze, aż po około godzinie zupełnie ustały. W miarę jak ściany lasu oddalały się od siebie, rzeka stawała się coraz bardziej leniwa. Płynęliśmy teraz jakby krętymi tunelami wydrążonymi w morzu trzcin. Po jakimś czasie stało się to nudne i męczące. Coraz więcej wysiłku trzeba było wkładać w wiosłowanie, bo nurt stawał się słabszy. Rzeka klasycznie meandrowała pośród stale rozszerzajacej się bagiennej łąki. Czasem odnosiło się wrażenie, że jej zakręty osiągały miarę 180 stopni i człowiek wiosłując przez pół godziny stał praktycznie w miejscu.

Znam tę rzekę. Płynąłem nią w przeszłości kilka razy i zawsze, ale to zawsze, niezależnie od pogody, odcinek ten był dla mnie męczący i przygnębiający. Tym razem było identycznie i odczucia te podzielali wszyscy. Najmłodszych trzeba było stale motywować do poruszania wiosłami. Ramiona stawały się coraz cięższe, a na dłoniach powstawały odciski od wioseł. Wszyscy marzyli tylko o jednym - by za następnym zakrętem ujrzeć szeroką toń jeziora Necko. Niestety, zakręt po zakręcie ujawniał wciąż ten sam nużący widok trzcinowego tunelu. I tak przez trzy godziny z okładem.

 

Mijamy rodzinkę łabędzi


Wreszcie dało się zauważyć pewną zmianę. Po drodze zaczęliśmy mijać szerokie rozlewiska. Nieomal każde zajęte było przez rodzinę kaczek lub łabędzi. Wkrótce rzeka zamieniła się w jedno szerokie rozlewisko z nieomal stojącą wodą. Jeszcze niespełna godzina wysiłku i wypłynęliśmy na rozległe jezioro. Przed nami, w odległości 300 metrów, widać było wyspę o wdzięcznej nazwie Wianek. Dopłynęliśmy tam na wyścigi. Nic dziwnego - było to miejsce, w którym po raz pierwszy od kilku godzin można było rozprostować nogi i "odcedzić kartofelki". Tam też przy pomocy telefonu komórkowego nawiązaliśmy kontakt z właścicielem kajaków. Ten postanowił ulżyć naszym mękom i przyśpieszyć upragniony, ekskluzywny obiad. Mówiliśmy się na Gołej Zośce. Żeby nie było nieporozumień, tak nazywa się jeden z półwyspów na jeziorze Necko.

Ledwo po krótkim odpoczynku odbiliśmy od wyspy, a już na majaczącym w dali półwyspie spostrzegliśmy charakterystyczną postać właściciela firmy "Piwek Tours" machającego do nas i wskazującego miejsce dobicia do brzegu. W tym właśnie momencie wyszło słońce i zerwał się porywisty wiatr tradycyjnie i szczęśliwie dmuchający w plecy. W ciągu kilku minut znaleźliśmy się na półwyspie, pchani siłą wiatru przy lekkim wspomaganiu wioseł. Kto miał na sobie jeszcze coś mokrego, wysechł w ciągu tych kilkunastu minut doszczętnie. Szybko przebraliśmy się w suche krótkie spodenki mundurowe, włożyliśmy buty, spakowaliśmy plecaki, włożyliśmy kajaki na przyczepkę i załadowaliśmy się do busa, który wywiózł nas pięć dni wcześniej nad jezioro Czarne. Po kilku minutach byliśmy już w centrum Augustowa. W jednej ze śródmiejskich restauracji zamówiliśmy obiad - sznycle z frytkami i surówką. Palce lizać. Cola podana w oszronionej szklance smakuje jednak lepiej niż pita "z gwinta".

Na oddalony o kilka kilometrów od centrum dworzec PKP dotarliśmy wynajętym samochodem, dzięki czemu mieliśmy jeszcze dość dużo czasu do odjazdu pociągu. Spędziliśmy go racząc się arbuzem i słodyczami.

 

Na dworcu kolejowym w Augustowie


Podróż minęła dość szybko dzięki wspomnieniom dopiero co pokonanych trudów i ożywionym dyskusjom na tematy szkolne. Rok szkolny skończył się zaledwie parę dni temu, a my już wracaliśmy z pierwszej wakacyjnej wyprawy. Na szczęcie, przed nami jeszcze prawie całe wakacje. Żyć nie umierać, więc nikomu nie udzielił się zwykły w takich okolicznościach „czasopowrotowy" smutek. Wszyscy czuli wielką satysfakcję. Przeżyliśmy fajną przygodę. Sprawdziliśmy się. Przepłynęliśmy całą trasę pomimo fatalnej pogody. Potrafimy osiągać wyznaczone cele mimo niesprzyjających okoliczności.

Na Dworcu Centralnym wpadliśmy w objęcia rodziców zdziwionych, że nikt nie kicha i nie kaszle. Żarty? My twardziele mielibyśmy pochorować się z powodu kilku deszczowych i wietrznych dni spędzonych na wodzie?

Na dworcu czekał też na nas Lesław, który odebrał cały sprzęt, w tym mokre namioty, które zobowiązał się wysuszyć. Złożyłem drużynowemu szczegółowy raport, a zwłaszcza informację o zaliczeniu przez wszystkich uczestników spływu prób na sprawność kajakarza. Sprawności zostaną przyznane pierwszym rozkazem na obozie stałym, który rozpoczyna się już za niespełna dwa tygodnie.

25 czerwca 2003r. 
tekst i zdjęcia Marek Gajdziński

do poprzedniego artykułudo początku stronydo strony głównejpowrót do spisu treścido galerii obrazówdo następnego artykułu
©2000 - 2022  16WDH