Wyszukiwanie zaawansowane
Relacje
do poprzedniego artykułudo końca stronydo strony głównejpowrót do spisu treścido galerii obrazówdo następnego artykułu
2006-07-15 | Warszawa | Artur Piątek, Paweł Huras
77 obóz 16 WDH nad Jeziorem Psarskim cz.1

Początek

To już 77 obóz Szesnastki. Jak ten czas leci! Kwaterka wyruszyła jeszcze w czerwcu, natomiast reszta drużyny stawiła się na zbiórkę wyjazdową szkołą nr 23 na ulicy Reja o godzinie 5.30 w sobotę, 1 lipca. Tam spotkaliśmy się po raz pierwszy w prawie cały składzie i wyruszyliśmy na miejsce obozu autokarem. Podróź trwała 9 godzin, była więc dość męcząca, ale kaźdy z nas czekał cały rok na budowanie prycz i gry w lesie, więc atmosfera była dobra: duźo śmiechu i sporo oczekiwań na to, co przyniosą dni obozowego źycia, w środku lasu, z dala od domów i rodzin.

 

Zbiórka wyjazdowa. Panuje nerwowe podniecenie, które objawia się głównie swędzeniem nosa.

 

Ładujemy się autokaru.


Na miejscu byliśmy o godzinie 14.30. Zobaczyliśmy ekipę kwaterki (Paweł Huras, Michał Lewandowski, Marek Marczak, Dexter, Maślak, Kokosz, Gierbo i Zawiszak, Artur Baczyński), która jak w ukropie uwijała się wśród sięgających do kolan traw. już wkrótce trawy zostały poddane masowemu zdeptaniu, a po kilku dniach ostał się tylko piach i pył, a o świetności poszycia świadczyła ogromna ilość suchych, źółtych kawałków słomy, przyklejających się do ubrań.

 

Na miejscu. Na planie pierwszym Paweł z zabójczym wzrokiem popija soczek. W tle Morda (z zabójczym wzrokiem na koszulce) i trochę nierozgarnięta reszta drużyny.

 

Już prawie jak obóz. Prawie robi wielką różnicę.


Na razie rozejrzeliśmy się uwaźnie po naszym nowym lokum. Zobaczyliśmy efekty pracy kwaterki, czyli stołówkę (wzorowo zrobioną bez zuchowych błędów), pomosty kąpielowe (które w tym roku zrobiły największa furorę - oczywiście chodzi o skoki do wody), nie mówiąc o super ziemiance (której jeszcze za moich czasów nie było). Krótko mówiąc, starsi chłopcy odwalili kawał dobrej roboty, za która naleźą się im wielkie podziękowania.

 

Wspaniała kuchnia. Dominuje kolor niebieski, który "pomaga koić ból i poprawia krąźenie krwi, a równieź kojarzy się z higieną i czystością (zwróćcie uwagę na opakowania środków piorących i detergentów, wiele z nich ma etykiety, w których dominuje błękit)".

 

Pomost oraz wspaniałe, czyste i głębokie jezioro - takie same były przed wojną.

 

 

Ziemianka z drzwiami na zawiasach i klamką - jednym słowem pełna kultura.

 

 


Wyjęliśmy z luków autokaru nasze bambetle, pobraliśmy z magazynu skrzynie zastępów (nowość na tym obozie - skrzynie kupione od wojska miały mieścić sprzęt pionierski) i już po kilku minutach kaźdy był gotowy do pionierki. Z zapałem ruszyliśmy do roboty. Dla pierwszorocznych harcerzy było to ogromne zadanie. Rozbicie namiotu czy budowa pionierki to powaźna sprawa, nie da się tego nauczyć z podręcznika czy z opowieści kolegów. Trzeba doświadczyć samemu. Oczywiście drobne podpowiedzi były konieczne (np. młotek trzymamy za drewienko, a nie za źelazo, a piłą tniemy tak, źeby zęby dotyka drewna), ale w końcu niemal kaźdy wiedział co ma robić i starał się szybko i sprawnie wypełnić zadanie.

 

Stawianie namiotu w nowy, szybszy, i lepszy sposób.

 

Wszyscy są pełni zapału i ażrwą się do roboty.


Zastępy rozpoczęły od budowy urządzeń w świeźo rozbitych namiotach. Najlepiej poszło zastępom "źbiki" i "Jastrzębie" - ich pionierka była godna pochwały, co nie znaczy, że reszta była zła. "Jastrzębie" miały szczególne utrudnienie - było ich aż10 i trzeba było postawić obok siebie dwa namioty, w których podwinięto boki, aby stworzyć jeden wielki hangar. Najsłabiej poszło "Lisom", ale wiadomo z jakich powodów (chłopaki, więcej zapału!).

Kiedy zastępy pracowały nad swoimi mebelkami ("źbiki" wykonały prycze i półki z okorowanych źerdzi, w związku z czym ich pionierka nazwana została natychmiast "Ikeą"), kadra obozu uparcie budowała kurnik. Zaczęto już na kwaterce, ale teraz przybyło rąk do pracy, więc moźna było podgonić tempo. Grube pale wkopane w ziemię stanowiły kolumny nośne konstrukcji. Podłoga piętra wykonana z źerdek wznosiła się na ponad 2 metry nad ziemią. Na dole zaplanowano dwie prycze (obie bujane) oraz część biurową, ze stołem i dwiema ławami. Tylną ścianę osłonięto połówką starej dychy (druga - poszła na zadaszenie latryny), a ściany boczne zbudowano z sosnowych gałęzi. Front z jednej strony wybito deskami, tworząc tablicę rozkazów, a z drugiej wypleciono z brzozowego chrustu. Piętro miało pełen wymiar zwykłego namiotu dziesięcioosobowego z czterema pryczami i półeczkami wokół. Wchodziło się po drabince. Na drewnianej konstrukcji rozciągnięto namiot i w ten oto sposób powstała siedziba komendy - naprawdę imponująca i dość funkcjonalna.

 

Tablica ogłoszeń.

 

Stołówka. W tle Burak tłumaczy Karolinie, jak zuchowe błędy zostały popełnione przy jej budowie.

 

 

Brama główna.

 

Druga brama (wychodząca an stołówkę).


Największym problemem pionierki był brak sprzętu, który ginął w tajemniczych okolicznościach, psuł się, lub którego po prostu nie starczało dla wszystkich. To dlatego pionierka tak długo trwała. Urządzenia były solidne, stabilne, ale budowa obozu wyczerpała nas ogromnie. Oprócz półek i prycz zbudowaliśmy także wartownię (z małą bramą wiodącą do stołówki), tablicę p-poź. w kształcie studni z daszkiem z sitowia, bramę (wzorowaliśmy się na tej w Biskupinie; bramę kończyliśmy ażdo Święta Obozu) i palisadę wokół obozu. A wszystko to w narastającym upale i bez cienia szans na ochłodzenie czy choćby drobny deszczyk. Owszem, czasem się chmurzyło, ale było to głównie oblicze oboźnego, co rzecz jasna nie dawało większej ulgi od trudów budowy.

 

Peposz.

 

Miejsce na ognisko i Świętobełt.

 

 

Jacuś Kajak z prehistorycznym sprzętem biwakowym.

 

Komenda (a raczej jej kawałek).


Pionierka trwała cztery dni. Wreszcie 4 lipca nastąpiło uroczyste otwarcie obozu na wieczornym apelu (po 21:30), który zorganizowaliśmy razem z dziewczynami. Ostatnim akcentem pionierskim przed pierwszym na tym obozie apelem było stawianie masztu. Musieliśmy go skracać kilka razy, bo był tak wielki, że nie udawało się nam go podnieść do pionu. Ale w końcu na coś musieliśmy wciągnąć flagę na uroczystym apelu. Apel był bardzo przyjemnym wydarzeniem, które oderwało nas od harówy pionierskiej. Nasz młody trębacz nie trafił co prawda w nutkę i kaźdy miał powód do śmiechu, ale za to mogliśmy ogłosić, że obóz Szesnastki (i gdyńskiej Czterdziestki) uznać naleźy za otwarty!

 

Meldowanie zastępów. Świętobełt przedrzeź nia oboźnego i próbuje rozśmieszyc zastępowych.

 

 

 

 

oboźny, Świętobełt i maszt.

 

Wciągnięcie flagi.


Następnego dnia rano odbył się bieg terenowy, zwany nieraz "INO", czyli "impreza na orientację". Przygotował go brat jednej z harcerek, który jest specjalistą w tej dziedzinie i organizuje takie biegi zawodowo. Był to dość trudny bieg, dał jednak szansę kaźdemu z nas na sprawdzenie swoich umiejętności poruszania się po lesie z mapą. Trasa miała około 4 km, a problemem było oczywiście znajdowanie punktów zaznaczonych na mapie. Wyniki nie były najgorsze, ale teź nie zadawalające, jak dla nas. Po południu odbyły się zwiady terenowe - poszliśmy do najbliźszej wsi, zwanej Psie Głowy. Poza brukowaną drogą i sklepem sołtysowej - nie było tam zbyt wielu atrakcji. Na wieczór zaplanowaliśmy ognisko. Było to inauguracyjne ognisko, którym rozpoczęliśmy obozową tradycję spotkań w kręgu ognia, przy dźwiękach gitar i słowach pieśni i piosenek. Kaźdego wieczoru, po ciszy nocnej, odbywały się rady z udziałem zastępowych, na których omawialiśmy miniony dzień, co oznacza, że po ognisku tylko niektórzy mieli okazję od razu zaszyć się w swoich śpiworach.

Następnego dnia odbyła się gra "Bitwa pod Cedynią". Polegała ona z grubsza na zebraniu uzbrojenia ukrytego w lesie. Nie do końca wiadomo było, co miało to wspólnego z Cedynią, ale przynajmniej mieściło się w konwencji fabuły i obrzędowości obozu. Po południu zorganizowaliśmy majsterkę, czyli warsztaty rzemieślnicze. Robiliśmy tarcze, miecze, dzidy i inny sprzęt potrzebny w budowaniu państwa pierwszych Piastów. Wielkim przełomem technologicznym były łuki, które zaczęliśmy robić z jałowców i cienkich sznurków do snopowiązałek. Były naprawdę dobre i daleko niosły strzały (wykonywane oczywiście w naszych obozowych warsztatach). Kaźdy z nas starał się zbudować jak najlepszy łuk, a niektóre zastępy wręcz ofiarowywały swoje usługi w ich robieniu, za denary, oczywiście. Denary były bowiem obozową walutą, która wzorem ubiegłorocznych sestercji, miał być z jednej strony źródłem zabawy, a z drugiej narzędziem wychowania gospodarczego. Poza łukami duże wzięcie miały miecze, szczególnie miecz Czopa, który był tak wielki, że wyglądał jak wiosło. Wieczorem odbyło się krótkie ognisko (wspólnie z harcerkami z Czterdziestki); razem pląsaliśmy i śpiewaliśmy. Dziewczyny nauczyły nas nowych pląsów, które bardzo przypadły nam do gustu. Ciekawe było to, że co ognisko, to poznawaliśmy nowe i jeszcze lepsze pląsy.

 

Kadra w całej swej okazłości i krasie.

 

Maszt w całej swej okazłości i krasie.


Nadeszła noc, której zaczynały się manewry.

Z tych pierwszych dni obozu najbardziej utkwiła mi w głowie, nie, nie zaostrzona źerdka, tylko atmosfera wspólnego działania i chęci do zabawy. Kaźdy z nas wkładał duźo zapału i serca w swoją pracę, a potem mógł wraz z innymi cieszyć się z jej efektów. Kontakty z dziewczynami nie były już takie sztywne i tak nieśmiałe, jak rok temu, czuliśmy się po prostu dobrze i razem staraliśmy się bawić i nawzajem uczyć. Praca kadr obu drużyn była także duźo lepsza niź rok temu, choć bywały czasem małe nieporozumienia.

ćw. Artur Piątek

Na pełnym biegu

Kolejnym punktem programu obozu były manewry zorganizowane wspólnie z 40 GDH-ek. Fabuła manewrów opierała się o historię walki o władzę: stary król, Kaczor Pierwszy, postanowił przekazać władzę swoim dzieciom, lecz wódz może być tylko jeden - dlatego król przygotował szereg zadań, które musieli wykonać jego potomkowie; ten lub ta, która pomyślnie przejdzie próby, przejmie tron. Jedno z największych wydarzeń obozu zaczęło około północy 7 lipca (a być może był juz nawet 8 lipca). Na początek patrolowi (Czop, Levy, Kokosz, Kasia, Ala i Ola) wyszli na pojedynek wodzów, czyli grę, w trakcie której musieli przejść niesłyszalnie tor przeszkód; kaźdy dźwięk to jedno cięcie mapy, która znajdowała się na końcu toru i miała im pomóc w dalszej części manewrów. W tym czasie wstała z prycz reszta obu obozów, została podzielona na rasy (elfy, krasnoludy, świtezianki i wampiry) i wysłana na swoje punkty. Zadaniem patrolowych było zebranie z poszczególnych punktów osób do swojego patrolu. Ostatnim zadaniem tego dnia było przybycie na punkt oznaczony na mapie jako "ź" - tam odbyła się szybka gra polegająca na wzajemnej eliminacji patroli, przy czym utrudnieniem było to, że elf mógł zabić tylko wampira, krasnolud elfa, krasnoluda świtezianka, a świteziankę wampir. Gra wyszła bardzo fajnie i wszyscy się niesamowicie wyźyli. Został rozdany jeszcze pokarm bogów i wszyscy udali się na nocleg.

 

Kadra się nudzi i pozuje do zdjęć (to zdjęcie mialo się właściwie nazywać zupełnie inaczej, ale pomysł nie przeszedł przez cenzurę).

 

 


Następny dzień rozpoczął się grą, w której trzeba było zaliczyć 6 punktów z przeszkodami (liny, języki obce, budowanie papierowej wieźy, ślepy gwizdek itp.). Po tym zadaniu odbyła się "próba złota" czyli gra, w której trzeba było jak najdłuźej utrzymać kopalnie złota przed nieprzyjaciółmi. Po tych wszystkich harcach nastąpiła przerwa obiadowa, a po niej wznowiono manewry. Najpierw miała miejsce próba strategiczna (gra w warcaby: patrol stawał się pionkami na wielkiej szachownicy), a potem próba "cukrowego buraka" (słynna już gra o słodycze). Około godziny 17:00 wszyscy udali się w wyznaczone miejsca w celu załoźenia bazy noclegowej i wytchnienia przed grą nocna z tea-lightami.

Ostatni dzień manewrów rozpoczął się zbiórką łączników. Dowiedzieli się, że mają przejść na kąpielisko naprzeciwko obozu. Tam odbyła się próba wody (rzut rzutką i kołem ratunkowym, sztafeta, wyścigi w pływaniu, układanie figur na dętce od traktora). Po tej próbie wszyscy zgłodnieli, dlatego został dostarczony obiad, po którym odbyła się gra "talarek" (trzeba było ukryć talarek, czyli "plaster" sosnowego pnia, oraz siebie tak, źeby wysadzić magiczną karocę). Wszyscy piekielnie zmęczeni dowiedzieli się właśnie o następnym zadaniu, czyli o grze totemowej (kaźdy patrol zakłada bazę i broni swojego totemu równocześnie zdobywając totem patroli nieprzyjacielskich). Ostatnim zadaniem na tegorocznych manewrach było podejście obozu. Manewry wygrał patrol Kokosza (później Lenarta, Karol musiał wyjechać ostatniego dnia manewrów na wyprawę z K2 w Bieszczady) i to oni przejęli władzę w królestwie Kaczora Pierwszego. Manewry, pomimo, że straszliwie męczące ze względu na upał, wszystkim bardzo się podobały i dość dziś są bardzo ciepło (co nas niespecjalnie dziwi) wspominane.

 

menażka widok z boku...

 

...i z góry (prawie jak z lotu ptaka).


Dzień po manewrach był luźniejszy, praktycznie - był to dzień odpoczynku i relaksu. Ruszyliśmy ostrzej z obrzędowością, do której na razie nie zdąźyliśmy jeszcze przywiązać większej wagi. Dokończyliśmy nasze miecze, tarcze oraz bramę. Wprowadziliśmy także walutę obozową, denara, od razu więc powstało sporo firm mających zamiar zarobić sporo denarów. Usługi i towary oferowane na rynku były rozmaite, począwszy od wydawania gazetek (i zamieszczania w nich ogłoszeń), poprzez mycie menażek, produkcję łuków, przyszywanie plakietek, a skończywszy na firmie myjącej samochód. Tak więc gospodarka się rozwijała, handel kwitł i w interesie panował spory ruch. Dostępne były także róźne usługi "państwowe" np. usługa "święty spokój" przez cały dzień (przy czym była na tyle droga, że na razie nikogo nie było na nią stać), dodatkowa kąpiel czy pobudka godzinę później. Dla wojów był teź dostępny stragan kupca z Bizancjum . Po południu odbyła się gra z elementami obrzędowości, czyli walka w obozie kończąca się bitwą wodną. Wieczorem zamiast ogniska udaliśmy się Psich Głów do chaty Pana Puszka w celu obejrzenia finału mistrzostw świata. Podobno wygrali Włosi, ale tego mogliśmy się tylko domyślać ze względu na dość zaskakujące warunki pogodowe panujące w Niemczech - na ekranie wyraźnie widzieliśmy, jak nad berlińskim stadionem szaleje śnieźyca. A może to tylko jakość psiogłowskiego telewizora?

 

Rodzice zjechali się na święto obozu.

 

 


Po dniu odpoczynku przyszedł dzień nieco bardziej dziarskiego programu. Rano odbyła się obrzędowa gra mająca na celu przeszkolenie wojów. Nasi wojownicy mogli się później sprawdzić odbijając szamana, który nauczył nas czcić słowiańskiego boźka. Trzymetrową figurę Trygława wystrugał Zawiszak, Marek Tumiłowski. Została umieszczona na placu apelowym, nieopodal miejsca na ognisko. Przed posągiem wykopaliśmy dołek, w którym umieszczono gar z rozrobionym z wodą sokiem do picia podczas upałów. Jak wiadomo, taka mieszanka zwana jest popularnie em, a że harcerze początkowo na Trygława mówili Świętopełk (ciekawe dlaczego?), to natychmiast bóstwo, które dawało nam się napić, nazwano Świętobełtem.

 

drużyna w szyku apelowym.

 

Paweł czyta rozkaz.


Po południu odbył się bieg Formułay 1, mający na celu przygotowanie szeregowych do biegu na młodzika, a dla młodzików stanowiący niepowtarzalną okazję do przypomnienia sobie choćby podstawowych informacji z zakresu tego stopnia. Wieczorem usiedliśmy przy ognisku.

Kolejny dzień przebiegał pod znakiem samarytanki. Przed południem odbył się bieg mający sprawdzić i nauczyć dzielnych piastowskich wojów, jak leczyć rany odniesione w boju oraz odgniecenia pleców wynikłe z lenistwa. Na biegu ustawiono przeszkody ze złamaniami, zasłabnięciem itp. Ale był także upadek z wysokości z urazem kręgosłupa, co niestety wyszło bardzo cienko. Po południu został ogłoszony alarm. Obwieszczono, że kierowca jadący wiśniowym volvo 240 wpadł w grupę harcerzy i trzeba udać się na ratunek. Akcja przebiegła niezbyt sprawnie i niezbyt dobrze. O pomoc w podsumowaniu zadania poprosiliśmy naszą "pigułę" (lekarza obozowego, Panią dr Dorotę Lenarcik). Dała nam sporo wskazówek oraz uczuliła na wypadki jakie mogą zdarzyć się w lesie, a na koniec radziła jak im przeciwdziałać. Niektórzy zapamiętali z tej lekcji tylko jedną radę: nie wyjeźdźaj na obóz. I wzięli ją sobie do serca, czego wynikiem było opuszczenie obozu przez dwóch harcerzy.

 

Przed wymarszem na musztrę.

 

 


W następnym dniu dominującym tematem prac i harców było terenoznawstwo. Odbyła się gra sprawdzająca harcerzy w takich technikach jak np. mierzenie szerokości rzeki, wysokości drzewa, wyznaczania północy itd. Były także zajęcia z zakresu poruszania się z mapą w terenie na czas. Pierwszym zadaniem było zrobienie szkicu terenowego naszego zgrupowania. Kto wypełnił to zadanie dostawał mapę i wychodził na trasę. Na mapie miał zaznaczone punkty, które musiał zaliczyć, a gdy zaliczył wszystkie, przychodził na specjalny punkt, na którym dostawał dwa kawałki przezroczystej folii. Na kaźdym z nich naniesiona była kreska oraz strzałka wskazująca północ i pomocna w orientacji. Po prawidłowym nałoźeniu kawałków folii na siebie kreski przecinały się - teraz wystarczyło przyłoźyć folie do mapy, aby określić miejsce ukrycia skarbu. Naleźało go odnaleźć, oczywiście w jak najkrótszym czasie.

 

Chłopaki nie mogą się zdecydować czy ruszyć...

 

...ale jak już się zdecydują...


W ciągu dnia mieliśmy dość niespodziewaną wizytę. Przez nasz obóz przemaszerowała grupka skautów niemieckich. Przyglądali się pionierce obozowej, zajrzeli do paru namiotów, próbowali zagadać, ale ponieważwiele osób było na grze, nie znaleźli wspólnego języka. Zastanawialiśmy się, czy to jakiś zwiad, który bada teren przed nocnymi podchodami, czy może jacyś przebierańcy. W końcu goście pokręciwszy się w okolicy odmaszerowali.

 

...to chodzą...

 

...i chodzą w kółko (i myślą że są fajni).


Po południu odbyły się zawody "bejzbola" (po angielsku "baseballa") przygotowane przez Levego Juniora. Gra pochłonęła wszystkie zastępy, a w wolnych chwilach moźna było grać w jojo. Wieczorem odbyło się ognisko.

Nad ranem (około 4:00) wartownik ogłosił alarm: dwie podchodzące nasz obóz postacie nagle zerwały się i zaczęły uciekać; jak się później okazało, była to ekipa wędrowników z 9 Gdyńskiej drużyny Harcerzy, a nie niemieccy skauci, na których w skrytości liczyliśmy. Jednoosobowy zwiad Szesnastki wypuszczony w teren szybko ich wytropił i znalazł miejsce biwakowania, lecz w niejasnych okolicznościach został pojmany (napastników było trzech) i pozbawiony koszulki. Wkrótce osiem osób wyruszyło z naszego obozu z wypadem odwetowo-rewindykacyjnym. Gdyby nie Szwejk i jego umiejętności dyplomatyczne, skończyłoby się krwawą jatką, a wygrani z pewnością byliby ci, których tym razem było siedmiu (przeciw trzem).

Tego dnia, choć nieco później, miało miejsce jeszcze jedno waźne wydarzenie. Odbył się mianowicie bieg na stopień młodzika. Dzień zapowiadał się chłodny, ale to były tylko pozory, bo jak inne dni tego obozu okazał się bardzo gorący i wyczerpujący. Trasa biegu miała około 15 km i wiodła przez długi czas brzegiem malowniczego jeziora Studniczka. Poziom biegu był dość wysoki, co spowodowało, że niektórzy musieli jeszcze zaliczyć poprawki z jednej lub dwóch przeszkód. Po poprawkach wszyscy biegnący ukończyli jednak bieg zdobywając stopień młodzika. Bieg zakończył się późnym popołudniem. Jutro miało się zacząć Święto Obozu.

ćw. Paweł Huras

 

"Szybciej, bo nie zdążmy!", Poczekajcie na mnie!"

 

Ale na szczęście wszyscy zdąźyli i tak oto powstało piękne zdjęcie zbiorowe.

 

 

I nawet jeszcze jedno.

 

 

 

Rajdy zastępów

Rajd zastępu "Jastrzębie"

zastępowy ćw. Michał Lewandowski
opiekun wyw. Artur Piątek

Akt I
"Na początek tania pizza"

Dzień zaczęliśmy około 10:00, kiedy to ruszyliśmy na szlak. Na początek - piechotą w stronę Czaplinka. "Słońce paliło twarz", jak śpiewamy w "Wędrówce". W Czaplinku natknęliśmy się na grupę harcerek z Czterdziestki, z którymi już dość dawno się nie widzieliśmy (ostatnio - przy śniadaniu).

Wsiedliśmy do PKS-u i pojechaliśmy do Szczecinka, gdzie spotkaliśmy (niech ktoś zgadnie!) - drugą grupę harcerek z Czterdziestki. Znaleźliśmy nocleg w kościółku na rynku i ruszyliśmy na poszukiwanie jedzenia. Trafiliśmy na niedrogą pizzę, która dodała nam ochoty na dalsze przygody. Po obiedzie poszliśmy więc na miejska plaźę, na której, oprócz zaźywania kąpieli, graliśmy w róźne gry. Wieczorem, po wypiciu ciepłej herbatki, zaszyliśmy się w śpiworach.

 

Nie przeszkadzać, czyli kadra przy pracy.

 

 

Akt II
"Moja Cyganko"
Około 8:00 rano ustaliliśmy z naszym opiekunem, Arturem, że trzeba pójść do sklepu po świeźy chleb. Po przygotowaniu śniadania zjedliśmy je wspólnie z harcerkami z Czterdziestki. Były to juz ostatnie chwile spędzone z nimi w trakcie tego rajdu. Wkrótce rozstaliśmy się na rynku w Szczecinku (ale fajny rym!). Aby zaplanować pobyt w Szczecinku odwiedziliśmy punkt informacji turystycznej. I wtedy nasze wcześniejsze projekty zostały radykalnie zmienione. Dowiedzieliśmy się bowiem, że w Białogardzie, do którego chcieliśmy dotrzeć, jest niewiele do zwiedzania. Dlatego wspólnie zdecydowaliśmy o zmianie marszruty na Koszalin i Kołobrzeg. Niestety i ten projekt legł w gruzach, ponieważw kasach PKP dowiedzieliśmy się, że bilety do Koszalina były dla nas za drogie. Ostatnią deską ratunku był Kołobrzeg.

W informacji w Kołobrzegu dostaliśmy mapki miasta. Pierwsze kroki planowaliśmy skierować do... remizy straźackiej, aby załatwić nocleg, ale ponieważbyła zbyt oddalona od plaźy, najpierw zwiedziliśmy kołobrzeską katedrę. Tam ksiądz poradził nam, źeby poszukać noclegu w Caritasie. Ku naszemu zdziwieniu na miejscu ujrzeliśmy niezłą hacjendę z fontanną na dziedzińcu, placem zabaw, polem namiotowym i boiskiem do koszykówki. Nasze miejsce do spania znajdowało się w wielkim namiocie wojskowym, w którym czasami odbywały się dyskoteki.

Miły pan Marian (pozdrawiamy!) przechował nam plecaki podczas poszukiwań obiadu. Znaleźliśmy świetną restauracje "Da Vinci", gdzie serwowano znakomita pizzę. Oczywiście po posiłku udaliśmy się niezwłocznie na plaźę. Pomoczyliśmy sobie trochę nogi, a niektórzy nawet kapali się w ubraniach. Wracając natrafiliśmy na kołobrzeska muszlę koncertową, w której zespół "Wesoły Romek" śpiewał właśnie piosenkę "Moja Cyganko". Od razu spodobały nam się melodia i słowa, więc przystąpiliśmy do wspólnej zabawy. Sebek nawet dokonał pewnej zmiany w swoim ubraniu i pokazał nam, jak się moźna świetnie bawić przy takiej muzyce. Po koncercie przyszła kolej na kąpiel i odpoczynek po męczącym dniu.

Akt III
"Latarnia"

Wstaliśmy późno, w końcu nikt nie gwizdał pobudki ani nie grał na sygnałówce. Spakowaliśmy się, oddaliśmy plecaki do przechowalni "U Mariana" i ruszyliśmy w miasto. Rozpoczęliśmy od gry w mini-golfa. Bawiliśmy się świetnie ażdo momentu, w którym okazało się, że musimy zapłacić więcej, niź przypuszczaliśmy. Potem przeszliśmy na plaźę, a ponieważbyło upalnie, zabawa w piasku i słonej wodzie była prawdziwą przyjemnością. Siedzieliśmy tam cztery godziny, ażw końcu znudziło nam się i znów ruszyliśmy na poszukiwanie poźywienia. Zamówiliśmy obiad w podrzędnym lokalu, który serwował podobno kuchnię włoska, ale do jedzenia nadawał się tylko kebab, frytki i sałata. Dobiliśmy goframi.

Po obiedzie postanowiliśmy się zwiedzić latarnię morską. Była tam naprawdę świetnie. Wiatr na szczycie chłodził nas bardzo skutecznie i w ogóle nie odczuwaliśmy upału. Z tarasu widokowego oglądaliśmy panoramę Kołobrzegu. Podziwialiśmy piękne widoki, oglądaliśmy statki na morzu i mieliśmy sporo uciechy. Zobaczyliśmy także molo w kształcie statku, więc zaraz po zejściu z wieźy popędziliśmy w to miejsce. Z mola obserwowaliśmy morze i fale bijące w pale. To s kolei zmobilizowało nas do kolejnej kąpieli. Wróciliśmy do naszego wojskowego namiotu zmęczeni, ale zadowoleni.

Akt IV
"Powrót"

Po wywleczeniu się ze śpiworów po raz ostatni poszliśmy rzucić okiem na morze. A potem zjedliśmy śniadanie (oczywiście - pizzę, która była znakiem firmowym naszego rajdu). Ponieważzostało nam jeszcze trochę pieniędzy - zaszaleliśmy i śniadanie było naprawdę wystawne. Rekordy popularności biła pizza "Da Vinci" za 26 złotych ze wszystkimi dodatkami. Bartek, Lewy i Artur zamówili 45-ciocentymetrowe pizze-giganty, które dojadali potem w pociągu. Śniadanie było jednocześnie obiadem.

Wkrótce wsiedliśmy w pociąg do Szczecinka i poźegnaliśmy Kołobrzeg. Po dwóch godzinach jazdy wysiedliśmy w Szczecinku, gdzie spotkaliśmy "Wydry" i "Rysie" pod wodzą Pawła. Razem więc wróciliśmy więc do Czaplinka i tu już prawie czuliśmy się jak w domu, czyli w obozie. Jechaliśmy "autobusem szynowym", który był rodzajem podmiejskiego pociągu. Z Czapnika część z nas udała się autostopem w kierunku Psich Głów, a niektórzy - przeszli całą trasę na piechotę. Marsz z pewnością był najmniej interesującym wydarzeniem tegorocznego rajdu.

zastęp "Jastrzębie"

 

Trzy pokolenia.

 

 


Rajd zastępów "źbiki" i "Kruki"
zastępowi wyw. Michał Trocha i wyw. Michał Lenart
opiekun wyw. Jakub Kurek

Rajd zaczął się w poniedziałek. Po spakowaniu się i zjedzeniu śniadania wyszliśmy na trasę naszej wędrówki. Chcieliśmy dziś jeszcze dotrzeć do Szczecina, ale na początek dostaliśmy się do Czaplinka. Po długiej i wyczerpującej podróźy okazało się, że do PKS-u mamy jeszcze dwie godziny. Czas spędziliśmy więc odpoczywając po dotychczasowej podróźy i obserwując ruch w miasteczku.

Podróź do Szczecina upłynęła całkiem przyjemnie. Zaraz po opuszczeniu dworca udaliśmy się na obiad do pizzerii w centrum handlowym "Galaxy". Ponieważzrobiło się dość późno, zaczęliśmy szukać noclegu. Udało nam się zainstalować w remizie straźackiej. Wkrótce zapadł zmrok, a my - zapadliśmy w sen.

Następnego dnia spakowaliśmy nasze bagaże i poszliśmy zwiedzać miasto. Najpierw pojawiliśmy się w punkcie informacji turystycznej, skąd pobraliśmy mapki Szczecina. Na początek postanowiliśmy zwiedzić kościół św. Jakuba i kościół św. Jana Chrzciciela. Obejrzeliśmy także nowy ratusz, zwany "czerwonym". Na mieście zjedliśmy śniadanie, a po drodze obejrzeliśmy kopię pomnika Bartlomeo Colleoniego. Zajrzeliśmy także do kościoła św. św. Piotra i Pawła oraz na zamek ksiąźąt pomorskich. Zmęczeni całodzienną wędrówką postanowiliśmy zjeść obiado-kolację w centrum handlowym "Galaxy". Wkrótce udaliśmy się na spoczynek do gościnnej remizy straźackiej.

 

Artek dmie w trąbę (na szczęście nitk go nie nagrał).

 

 


Rano po śniadaniu ruszyliśmy do dworca PKS. Postanowiliśmy pojechać do Stargardu Szczecińskiego. Gdy dotarliśmy do miasteczka okazało się, że moźemy się stamtąd dostać do Czaplinka pociągiem, a ponieważodjeźdźał dopiero za kilka godzina - pozwiedzaliśmy trochę okolice. Tradycyjnie na obiad zjedliśmy pizzę, a z lokalu popędziliśmy prosto na dworzec PKP. W Czaplinku najpierw zainstalowaliśmy się na plaźy miejskiej nad jez. Drawskim. Dobrze się złoźyło, bo jakieś 100 metrów dalej znaleźliśmy nocleg w miejskim amfiteatrze.

Wstaliśmy po 10:00. Część z nas rozpoczęła ostatni dzień rajdu kąpielą w jez. Drawskim. Potem odwiedziliśmy jeszcze kilka sklepów i kupiliśmy jedzenie na śniadanie i obiad. Posileni ruszyliśmy w kierunku obozu. W palącym słońcu powoli dowlekliśmy się do Psich Głów. Ponieważbyło jeszcze dość wcześnie - do obozu wkroczyliśmy jako pierwsza ekipa rajdowa. Nareszcie mogliśmy wykąpać się w swoim jeziorze i odpocząć na swoich pryczach.

zastępy "źbiki" i "Kruki"

Rajd zastępów "Lisy" i "Wilki"
zastępowi wyw. Marcin Gierbisz i mł. Łukasz Juszkiewicz
opiekun ćw. Daniel Karkowski

Około 10:00 rano w poniedziałek wyruszyliśmy pod komenda Daniela w stronę Czaplinka. Dotarliśmy tam bez trudu, a czekając na PKS zjedliśmy trochę hot-dogów w "Mini Barze". Ponieważczekaliśmy jeszcze na Komandosa, nie mogliśmy odjechać, mimo, że podstawiono juz nasz autobus. Wpadł jednak w ostatniej chwili na dworzec, tyle, źe... w autokarze zabrakło miejsc dla naszej jedenastki. Musieliśmy czekać kolejne dwie i pół godziny i chyba jako ostatni opuściliśmy Czaplinek. W końcu odjechaliśmy w kierunku Szczecina. Po czterech godzinach jazdy dotarliśmy do miejsca naszego przeznaczenia. Na miejscu Komandos wyszukał informację o adresie okręgu ZHR. Tam postanowiliśmy spędzić noc. Siedziba okręgu znajdowała się na ulicy Ku Słońcu 124. Kiedy dostaliśmy się na miejsce w bramie spotkaliśmy kapelana ZHR, księdza hm. Tomasza Kościelnego. Pomógł nam w załatwieniu miejsca do spania i to ażprzez trzy noce. Powiedział teź, że za chwilę jedzie do harcerskiej stanicy w Podgrodziu i może ze sobą zabrać siedem osób. Po szybkiej naradzie Darek, Sadek, Gierbo i Wojtas zostali w okręgu, a Daniel, Adam, Marcin, Łukasz, Paweł, Komandos i ja (Kajtek Kapuściński) pojechaliśmy do stanicy. W czasie drogi okazało się, że obok stanicy w Podgrodziu obozuje 9 GDH, która dwa dni wcześniej podchodziła nasz obóz. Daniel postanowił się zrewanźować. Po szybkim desancie i rozbiciu namiotu "igloo" poszliśmy spać, a Daniel wyruszył na podchody.

Kiedy wstaliśmy rano próbowaliśmy dowiedzieć się od Daniela jak mu poszło. Niestety, udało mu się jedynie zostawić kartkę w kuchni. Potem odwiedziliśmy zuchy z Pionek obozujące w stanicy i złoźyliśmy wizytę 9 GDJ. Przyjęli nas duźo gościnniej, niź się spodziewaliśmy. Zaprosili nas na śniadanie i apel, a potem na kąpiel. Potem przyszedł czas powrotu do Szczecina. Po drodze zwiedziliśmy osiemsetletni zamek. W Szczecinie natomiast obejrzeliśmy Wały Chrobrego, stocznię i inne miejsca. W okręgu, wraz z resztą naszej ekipy, posiedzieliśmy trochę przed komputerami, aby przypomnieć sobie to, co zapomnieliśmy w trakcie obozu, odcięci od cywilizacji. Na obiad była pizza, a potem juz tylko odpoczynek do końca dnia.

Kolejnego dnia obudziliśmy się już o 8:00. Także tego dnia mieliśmy w planach zwiedzanie Szczecina. Pojechaliśmy tramwajem do centrum i zaczęliśmy od obejrzenia kilku kościołów. Ponieważpomysły nam się skończyły, postanowiliśmy iść do kina na "Skok przez płot". Potem raz jeszcze wdrapaliśmy się na Wały Chrobrego, które tym razem obejrzeliśmy dokładniej i z bliska i wreszcie mogliśmy z czystym sumieniem iść na kolację do "KFC". Była to ogromna uczta, a kaźdy z nas zjadł tyle, że nie mógł już więcej ani kęsa. Wkrótce wylądowaliśmy w okręgu i po sesji opowiadania kawałów poszliśmy spać.

Ostatniego dnia rajdu wstaliśmy bardzo wcześnie, bo juz o 5:00. Spakowaliśmy się bardzo szybko i nagle - kłopot... Okręg była zamknięty, a Daniela nie mogliśmy w ogóle znaleźć. Po jakiejś godzinie wreszcie się zjawił. Okazało się, że zatrzasnął się w jakimś pomieszczeniu, szukając wyjścia z okręgu. Uwolniła go dopiero sprzątaczka, która także otworzyła okręg i wypuściła nas na świat. Wtedy zorientowaliśmy się, że nasz pociąg odjeźdźa za 10 minut. Daniel postanowił go gonić. Ruszyliśmy więc biegiem. Podjechaliśmy mini-busem do najbliźszej stacji. Do dojazdu z tej stacji mieliśmy więcej czasu - 30 minut, ale ponieważnasz desant trwał 33 minuty - nie zdąźyliśmy. Rozczarowani poszliśmy na dworzec PKS i stamtąd pojechaliśmy do Wałcza, gdzie podzieliliśmy się na pięć zespołów i szukaliśmy stopa. Udało nam się dotrzeć do Czaplinka, a niektórym nawet do samego obozu.

zastępy "Lisy" i "źbiki"

 

Znudzona i przemęczona kadra cierpi na tzw. "odchyły".

 

 


Rajd zastępów "Wydry" i "Rysie"
zastępowi mł. Piotr Maślankiewicz i wyw. Karol Czopek
opiekun ćw. Paweł Huras

Wyszliśmy z obozu około 11:00. Pierwszym celem naszej wędrówki był Czaplinek. Doszliśmy do stacji kolejowej, a do samego miasteczka złapaliśmy autostop. Sprawdziliśmy rozkład jazdy autobusów PKS i uznaliśmy, że uda nam się zwiedzić zamek w Starym Drawsku. Mieliśmy do przejścia 6 km z Czaplinka do zamku. Był to niesamowity obiekt, przede wszystkim dlatego, że eksponatów moźna było dotykać, a nawet przymierzyć repliki zbroi pomachać kopiami średniowiecznych mieczy. Do Czaplinka wróciliśmy stopem, ale ponieważnie udało nam się zdąźyć na PKS, postanowiliśmy także stopem pojechać do Szczecinka. W Szczecinku był czas na obiad (nieśmiertelna pizza) i wkrótce zaczęliśmy szukać noclegu. Niestety nigdzie nie mogliśmy znaleźć godnego nas miejsca. Wyszliśmy więc z miasta i ruszyliśmy drogą, licząc się nawet z koniecznością spędzenia nocy w lesie. Przy drodze zauwaźyliśmy mały hotelik. Pozwolono nam rozbić namioty w ogródku.

Następnego dnia pojechaliśmy stopem do Słupska, gdzie przesiedliśmy się do PKS-u i udaliśmy się do Ustki. W Ustce, pomni doświadczeń dnia poprzedniego, zaczęliśmy od szukania noclegu, który udało nam się znaleźć w remizie straźackiej. Zaraz po ulokowaniu się w remizie poszliśmy na plaźę. Spędziliśmy tam resztę popołudnia, leźąc na piasku i kąpiąc się w morzu. Po powrocie do remizy poszliśmy spać.

Kolejnego dnia o świcie wyszliśmy z remizy i załatwiliśmy sobie kolejny nocleg na polu namiotowym. Dzień ten spędziliśmy także na plaźy. Przy okazji zwiedziliśmy latarnię morską.

nazajutrz PKS-em wróciliśmy do Słupska, a stamtąd pociągiem pojechaliśmy do Szczecinka. Ze Szczecinka z kolei prosta droga zaprowadziła nas do Czaplinka. Do obozu dotarliśmy późnym popołudniem.

zastępy "Wydry" i "Rysie"

Ostatnie dni

Skończyły się rajdy, a wraz z nimi skończył się przedostatni etap naszego obozu. Rywalizacja między zastępami i czysta sielanka poszły w zapomnienie, bo teraz trzeba było bardzo się wysilić, źeby zdobyć... Kaźdy chyba wie, co. Ogólnie chodziło o wyźszy stopień. Młodzików mieliśmy już wystarczająco duźo, ale wciąź odczuwaliśmy braki w wywiadowcach i ćwikach. Panowała napięta atmosfera, bo nikt nie wiedział, kiedy, ale kaźdy wiedział, że wkrótce przyjdzie czas próby. A przyjdzie znienacka wraz z sygnałem alarmowym. Leniuchy, które wcześniej próbowały nie myśleć o biegu, przed obozem wzięły się ostro do roboty, a i na obozie często moźna było usłyszeć: "Jak iść na azymut?", "Jak było Y w Morsie?" Pytania tego typu nie zawsze były łatwe, ale także niezbyt trudne, jak to na ogół z technikami harcerskimi bywa. A kierowane były do kaźdego, z kim miało się jaki taki kontakt, bo przecieź kaźda pomoc się przyda. Zawiązały się nawet mocniejsze więzy między zastępami i zapomniano na ten czas o rywalizacji i punktacji.

 

I znowu musztra... Trochę nudno, co nie?

 

"Chłopaki stoją niby równo, ale jak się do czegoś nie przyczepię, to stracę autrytet i moją wodzowską powagę..."


W takiej właśnie braterskiej atmosferze zaczęła się prawdziwa walka z czasem, słabościami, brakiem umiejętności i szczęścia. Na pierwszy ogień poszedł jeden z przyszłych ćwików - Dexter. Miał za zadanie dostać się do Zakopanego albo Nowego targu i załatwić kostki góralskie na nasze rogatywki. Ostatnio kostek nie starczało dla wszystkich, którzy je zdobyli ten deficyt naleźało jak najszybciej uzupełnić. Dexter wyruszył jeszcze w czasie rajdów i teraz oczekiwaliśmy go z kaźdą chwilą. Niestety, doszła do nas wiadomość, że rozchorował się w górach i konieczne było przedłuźenie próby o dwa dni. Na szczęście ostatecznie udało mu się zrobić to, czego się podjął.

 

Czesław z Grajewa i Zdzisław z Nowej Huty z bębnami

 

 

 

Teraz przyszła kolej na wywiadowców. Alarm w nocy, jak to zwykle bywa, wyrwał ze śpiworów dwunastu młodzików. Najpierw marsz na azymut - nic trudnego zwłaszcza, że trasa została poprowadzona drogą, ponieważze względu na zagroźenie poźarowe leśniczy nie zezwolił na przedzieranie się przez krzaki. Chyba kaźdy bał się na zapas, ale przeszedł; poza jednym wyjątkiem, który to wyjątek okazał się naprawdę wyjątkowy i zgubił się na drodze - wysłany jeszcze raz na trasę, wrócił rano z informacją, że nie da rady iść dalej. Szkoda.... Pozostali szli wytrwale do końca. Kolejną przeszkodą była sygnalizacja. Z tym poszło już nieco gorzej. Może niektórzy bali się za mało? Kolejne przeszkody i kolejne wyzwania starali się jednak pokonać: nocleg w lesie tuź pod obozem (zagroźenie poźarowe!), szkic miejscowości i kilka zadań z terenoznawstwa, pionierka, historia, wreszcie przeprawa przez jezioro na własnoręcznie zbudowanych tratwach - zaraz po ogromnej ulewie, która i tak przemoczyła wszystkich do suchej nitki. Na drugim brzegu czekała ich przygoda z pionierką: kaźdy miał zbudować krzesło, uźywając tylko źerdek, 16 gwoździ i sznurka; krzesło nie mogło się rozpaść pod drużynowym, człowieku słusznego wzrostu i takiejź tuszy. Budowali do późnej nocy, niektórzy musieli dokończyć nad ranem. Nagrodą była moźliwość przygotowania sobie posiłku z mąki i wody - podpłomyki wyszły całkiem znośnie. Następnego dnia przed południem był jeszcze konkurs rozbijania namiotu dziesięcioosobowego na czas i krótki turniej musztry. Zmęczeni, niewyspani, trochę głodni - ale chyba zadowoleni z siebie. Wywiadowcy.

 

Wywiadowcy na jednej z ostatniej przeszkód.

 

Muszą skontruować krzesło, więc nie próźnują, tylko rąbią i piłują ąź wióry lecą.


W czasie, gdy zmagali się przyrodą, klimatem i własnymi słabościami, reszta obozu cieszyła się zajęciami sportowymi i grą "Wysypisko" (trzeba było z materiałów znalezionych na źerdziowisku zbudować katapulty), a po południu - grą pt. "Oblęźenie Malborka". Obóz z dwiema bramami był krzyźackim zamkiem, który musieli zdobyć dzielni rycerze Jagiełły. Po wielu szturmach, odpieranych przez załogę przy pomocy szyszek, udało się wreszcie wedrzeć do warowni.

 

W czasie deszczu harcerze się nudzą, więc wyszli poprawic naciągi przy namiocie.

 

Lewy przedawkował.


Dexter wrócił z gór, moźna więc było wysłać w trasę kolejnego chętnego do nabicia złotej lilijki na krzyź. Kolej przyszła na mnie. Zadanie nie było trudne: dotrzeć do obozu zaprzyjaźnionej drużyny w Borach Tucholskich, podejść obóz, wykonać słuźbę na rzecz obozu, nauczyć się pląsu, zrobić szkic obozu i samemu zaprezentować się na ognisku. Wszystko to udało się zrealizować w rekordowo krótkim czasie, natomiast problemem był transport, dlatego część drogi (około 30 km) trzeba było pokonać piechotą. Ale się udało.

 

Wywiadowcy szukają gwoździ i innych materiałów zdatnych do użtku.

 

A oto efekt ich pracy - taborecik, wersja mini.

 

 

Chociażniektórzy popadają w maksymalizm - jakieś kompleksy?

 

Karol rozbija dyszkę na czas - cóż za entuzjazm i prędkość!


Pozostał więc tylko Artur. On miał chyba najciekawsze zadanie. Został poinformowany, że w okolicach obozu znajduje się ostoja lub rezerwat źubrów. Miał się tam podkraść i zrobić zdjęcie, a wcześniej - zarobić na baterie do aparatu. Niestety, w Leśnictwie Świerczyna dowiedział się, że źubry gdzieś się... zgubiły. Aby wykonać próbę musiał skorzystać z planu "B" - pojechał więc do Międzyzdrojów, gdzie jest zagroda z źubrami. Pech chciał, że trafił tam tuź po zamknięciu parku przyrody, zdjęcie więc zrobił przez parkan.

Kiedy Artur podglądał źubry, do obozu zawitał miły gość, ksiądz hm. Michał Gutkowski. Była sobota po południu, więc na wieczór zaplanował Mszę Świętą. Była to wspaniała uroczystość, niezapomniany chór męsko-damski i ciekawe kazanie. Odjeźdźają Gutek zapowiedział gości na jutro: harcerze-jezuici mieli zorganizować dla nas grę "Duszochwaty". Faktycznie, przyjechali następnego dnia i ustawili grę w oparciu o źyciorys św. Ignacego, jednak ze względu na długość trasy gra trochę się rozlazła i nie była zbyt fascynująca. już lepszy był chyba trudniej piłkarski przed południem.

 

Przed mszą.

 

Schola.

 

 

Ojciec Gutek podczas kazania.

 

Msza śięta - c.d.


W nocy znów nie dane było pospać naszemu obozowi. Dodajmy, uprzedzając fakty, że źadna z kolejnych nocy nie była już spokojna. Najpierw odbyło się ostatnie oficjalne ognisko obozu. W około godzinę po jego zakończeniu zorganizowano uroczyste złoźenie Przyrzeczenia Harcerskiego przez nowych młodzików. Chłopcy budzeni byli po cichu i wyprowadzani z obozu. W lesie musieli zawiązać sobie oczy i trzymając się za ręce iść za drużynowym tak długo, ażreszta obozu wstała z pryczy i rozpaliła ognisku na placu apelowym. Wreszcie młodzicy stanęli w kręgu wokół ognia i mogli odsłonić oczy. Na zbudowanym z źerdek podeście (jedno z krzeseł "made by wwywiadowca") leźała flaga narodowa, a na niej krajka i krzyże harcerskie. Złoźyli Przyrzeczenie, odśpiewaliśmy "Rotę Szesnastki", a potem przypięto im do kieszeni mundurów wymarzone i upragnione odznaki. drużynowy wygłosił krótką gawędę, a potem powiedział, że kaźdy z nich, aby zapamiętać ten moment, może jutro rano zabrać z ogniska węgielek.

 

Kurnik, jako zaimprowizowany mostek kapitański - ktoś przecież musi wszystkieo pilnować, dowodzić i patrzeć, czy nikt się nie obija.

 

 

 

 

Rozbudowa bramy cz. 1.

 

Rozbudowa bramy cz. 2. - tym razem z użyciem powaźniejszych środków: lin, dź wigu, helikopterów i dynamitu.


Kolejny dzień rozpoczęliśmy zwiadami pod hasłem "poźegnanie z terenem". Niektórzy zaszli aż do Czaplinka, niektórym wystarczyła marsz do pobliskiej hurtowni lodów, skąd przytaszczyli dwa kartony zamrożonych słodyczy. Po południu rozpoczęliśmy rozbiórkę obozu. Pracy było bardzo duźo, a mieliśmy tylko półtora dnia. Na szczęście wspomógł nas ojciec jednego z harcerzy z "Wydr", Janka Pawłowskiego, niegdyś harcerz "Czarnej Trzynastki". Cały wieczór pracy, a i kolejna noc - zarwana. Nikt się tego nie spodziewał, z atrakcji obozowych liczyliśmy już tylko na watrę. A tymczasem K2 wymyśliło grę nocną co się zowie. Kombinowali cały dzień, ale warto było czekać na wynik ich pracy. Wielka gra na koniec obozowych zmagań była naprawdę mocnym akcentem kończącym programowo nasz obóz. Chłopcy włoźyli w nią wiele wysiłku i efekt naprawdę był piorunujący. Śmigające oddziały Rosjan i Niemców walczących między sobą, porywający generałów, jeźdźących czołgiem (jednym, więc się wymieniali co jakiś czas), przeprawy wodne, wybuchy petard, strzały plus efekty race dymne (wszystko oczywiście tylko na drodze - zagroźenie poźarowe). Skończyło się nad ranem. Tymczasem za cztery godziny trzeba było wstać, aby dokończyć rozbiórkę obozu. Mimo, że pracy było bardzo dużo, szło nam nieźle. Rozbiliśmy urządzenia namiotowe i obozowe, zwinęliśmy większość namiotów i zaczęliśmy okładać sprzęt do pakowania. Cały dzień cięźkiej pracy w upale i kurzu zwieńczyła wyczekiwana przez wielu z nas watra. Zabawa trwała całą noc. Scenki zastępów, śpiew i wyźerka do granic moźliwości. Niestety - wszystko co dobre, szybko się kończy. Odpalona o piątej rano petarda poderwała drużynowego, który nie wytrzymał trudów nocnej zabawy. już o szóstej obóz był na nogach, porządkując teren i kończąc maskowanie.

 

Niezwykle liczny - ale jak pompa, to pompa - poczet flagowy po zdjęciu flagi z masztu.

 

 

 

 

Paweł gratuluje Kajtkowi wyróżnionemu w biegu na wywiadowcę. W tle wspaniały zastęp K2.

 

 


Został już tylko końcowy apel. Ustawiliśmy się w długim szeregu z załamanymi skrzydłami. Apel wspólnie z harcerkami z Czterdziestki trwał dość długo, ponieważtrzeba było wręczyć wiele nagród, zaliczyć obóz, podsumować punktację i podziękować sobie za ten wspaniały czas. Flaga, z oporami, po raz ostatni poszła w dół. Nie chciała opuścić masztu, tak jakby zachęcała nas do pozostania w tym lesie, na tej polanie, nad tym jeziorem. Leśniczy teź nas zachęcał: "Przyjedźcie za rok.". Zobaczymy, co będzie. A na razie trzeba wrzucić sprzęt na cięźarówkę, wydelegować ekipę do jego rozładunku i po raz ostatni zanurzyć się w jeziorze. Kąpiel trwała dłuźej, niź zwykle. Niemal do samego pojawienia się naszego autokaru.

 

Autokar. Bardzo artystyczne zdjęcie.

 

Autokar po raz drugi - to zdjęcie jest juz duźo gorsze, ale brakowało jednego do pary, więc zdecydowaliśmy sie je i tak wsadzić.


A potem już tylko długa i w sporej części przespana podróź do Warszawy, przerwana tylko obiadem w Wyrzysku i kilkoma postojami na stacjach benzynowych.

źal było wracać. Pocieszające jest to, że za rok znów... będzie źal.

ćw. Jakub Kurek

 

Kapliczka z obozu.

 

 

 

do poprzedniego artykułudo początku stronydo strony głównejpowrót do spisu treścido galerii obrazówdo następnego artykułu
©2000 - 2022  16WDH