Wyszukiwanie zaawansowane
Relacje
do poprzedniego artykułudo końca stronydo strony głównejpowrót do spisu treścido następnego artykułu
2007-04-05 | Warszawa | Michał Lewandowski
Wycieczka rowerowa ZZ-tu "Sulimy", czyli Rowerowy Wielki Czwartek

Puszcza Kampinoska, 5 kwietnia 2007 roku

 

Kiedy wstałem rano i spojrzałem w okno powiedziałem sobie: "będzie wypas*!" Pogoda wydawała się sprzyjać rowerowej wyprawie, ale w trakcie wyprawy bezustannie ścigał nas silny wiatr i było to trudne do zniesienia. O godzinie 9:10 spotkaliśmy się na Placu Zawiszy (Artura, który jest według pewnego księdza naszym patronem) pod wielką niegdyś reklamą Coca-Coli i Orlenu.

 

Było nas tylko czterech: Kołczu, Bojo, Trocha i ja. Spojrzeliśmy na mapę, rozważyliśmy możliwe drogi i ruszyliśmy w trasę. Jechaliśmy dość wolno nie ścigając się i nie popisując. Zostawiliśmy w tyle Dworzec Zachodni i podążyliśmy aleją Prymasa Tysiąclecia. Skręciliśmy w Obozową i wybraliśmy wariant przeprawy przez torowisko w lasku na Kole. Przejeżdżając nieopodal fortu Bema widzieliśmy pozostałości po drugowojennych bunkrach. Potem jechaliśmy ulicami Gen. Maczka, Reymonta, Oczapowskiego, a następnie przyszła kolej na stacje metra Wawrzyszew i Młociny - trzeba przyznać, że praca wre. Przy pętli tramwajowej pojechaliśmy ścieżką wzdłuż torów i w końcu wyskoczyliśmy na trasę wyjazdową z Warszawy. Przy komisie samochodowym, gdzie podziwialiśmy dwa amerykańskie Hummery serii cywilnej, przedostaliśmy się na drugą stronę ruchliwej trasy. Przed samym wjazdem do Lasku Młocińskiego znajduje się McDonald, którego nie mogliśmy ominąć bez symbolicznego Chees`a**. Posiedzieliśmy tam jakieś 20 minut i pomyśleliśmy nad dalszą, tą ważniejszą częścią naszej wyprawy.

 

Najpierw zahaczyliśmy o znajdujący się za oknami "Maca" lasek, potem chcieliśmy wjechać w nieoznaczone, dzikie ścieżki. Na szczęście były nieciekawe, wszędzie można było zobaczyć bezkres ludzkiej głupoty w formie śmieci wyrzucanych w las Zawróciliśmy czym prędzej. Tuż przy wyjeździe na E7 stała mapa okolicy i wyczytaliśmy z niej, że najlepiej będzie dostać się do Kampinosu niebieskim szlakiem, więc ulicą Dzierżoniowską dotarliśmy do niego. Potem już tylko delektowaliśmy się czystym powietrzem i uciążliwym piachem pod kołami. I tak jeździliśmy po kawałku Puszczy Kampinoskiej, raz szlakiem niebieskim, innym razem czarnym, potem skręciliśmy w żółty. Jadąc leśnym gościńcem po lewej stronie, około 400 metrów w las, jak sygnalizował znak, było "miejsce straceń 1942". Pojechaliśmy je zobaczyć, ale niestety nic nie znaleźliśmy. Na naszej drodze stanęła góra, na którą musieliśmy wejść. Jedynie Kołczu wykazał się lepszą formą. Na górze graliśmy w piłkę, którą wziął ze sobą Bojo, rozmawialiśmy i wspominaliśmy śmieszne sytuacje z życia obozowego. I właśnie w tym miejscu, Kołczu uroczyście stał się członkiem Zastępu Zastępowych "Sulima" i podjął się prowadzenia zastępu "Komary".

 

Zjechaliśmy z góry i podążaliśmy w stronę wyjazdu z parku narodowego. Wracaliśmy żółtym szlakiem i po drodze natrafiliśmy na tor dla bardzo wyczynowych rowerzystów. Były tam ogromne kładki, z których skakali zawodowcy, "hopy" usypane z piachu oraz wiele innych ekstremalnych wyskoczni. Już "rzut beretem" dzielił nas od krajowej "siódemki". A po drugiej stronie tej trasy znowu czekały nas Młociny i ponowna wizyta u pana McDonalda. Tym razem wystarczyło coś do picia i chwila odpoczynku i dalej w stronę naszych domów. Pojechaliśmy prosto do podążaliśmy Lasku Bielańskiego. Tam droga była przyjemniejsza: zero wiatru, względna cisza i spokój. Pozwoliliśmy sobie na chwilę relaksu i razem z Kołczem gnaliśmy jak wściekli ścieżkami lasku zostawiając w tyle Trochę i Boja. Wyjechaliśmy na ul. Podleśną, ścieżką rowerową dojechaliśmy do Marymonckiej i ruszyliśmy w stronę Arkadii. Stamtąd już niemal z zamkniętymi oczami Aleją Jana Pawła II (po drodze odstawiliśmy Trochę do domu), a potem ulicą Żelazną, koło Filtrów warszawskich i u zbiegu Krzywickiego i Nowowiejskiej pożegnaliśmy się z Bojem, który musiał jeszcze jechać aż na Mokotów Stary. A ja i Kołczu wróciliśmy na Ochotę. Też starą.

 

Według doniesień Kołcza zrobiliśmy na jednośladach 55 km, przybliżony czas wycieczki wyniósł 6,5 godziny, ale wrażenia i żarty tzw. sytuacyjne przyczyniły się do zwiększenia aktywności fizycznej i zgrania zespołu, jakim jest ZZ "Sulima".


drużynowy 16 WDH "Sulima" ćw. Michał Lewandowski,
drużynowy 16 WDH "Sulima"


Przypisy:
* - Potocznie: wspaniale, super.
** - Skrócenie słowa Cheesburger; stosowany przez młodzież, tzw. cwaniaków warszawskich.

do poprzedniego artykułudo początku stronydo strony głównejpowrót do spisu treścido następnego artykułu
©2000 - 2022  16WDH