Wyszukiwanie zaawansowane
Relacje
do poprzedniego artykułudo końca stronydo strony głównejpowrót do spisu treścido galerii obrazówdo następnego artykułu
2003-08-21 | Warszawa->Wilno | Marek Gajdziński
Drugi tydzień obozu rowerowego

czyli nieostatni zapewne zajazd na Litwie

Kolejny dzień zaplanowany był jako przerwa w podróży przeznaczona na odpoczynek, przegląd, konserwację i naprawę rowerów. Tak też się stało. Jedliśmy posiłki serwowane na obozowej stołówce, moczyliśmy strudzone mięśnie w zimnej wodzie jeziora Wigry i przede wszystkim rozkręciliśmy i nasmarowaliśmy swoje pojazdy. Trochę czasu zajęły konieczne regulacje hamulców i przerzutek. Rano wzięliśmy udział w apelu obozu kursowego, na którym wysłuchaliśmy rozkazu komendanta naszego hufca (niestety, nieobecnego, więc rozkaz odczytano per procura) o przyznaniu Jankowi stopnia HO oraz uzgodniliśmy warunki przekazania wykradzionej w nocy laski skautowej. Przed południem Marek z Jankiem prowadzili zajęcia na kursie drużynowych, a i po południu komendant naszego obozu był nadal nieobecny z powodu prowadzonych na kursie wykładów. W tym czasie Janek z Michałem popłynęli odprowadzić wypożyczoną przez goszczący nas obóz omegę do portu w Starym Folwarku, a władzę nad niedobitkami naszego składu przejął Mikołaj.

 

 

Wyjście na apel do obozu kursowego. Krzysiek ze zdobytą w nocy laską skautową.

 

Ćwiczenia obozu kursowego. Musztra z laskami.


Przed wieczorem zakończono wszystkie przeglądy i po dokręceniu ostatniej śrubki, rozpoczęło się testowanie rowerów. Przyzwyczajone do codziennego wysiłku mięśnie dopominały się swędzeniem swoich praw, więc testowanie przekształciło się w szaleńcze wyścigi i pogonie. Na koniec chłopcy postanowili definitywnie rozstrzygnąć toczony cały dzień spór o wyższość hamulców tarczowych, w które wyposażony był rower Mikołaja, nad V-breakami Krzyśka. Testowanie długości dróg hamowania w najprzeróżniejszych warunkach było dość widowiskowe, bo rozpędzane i zatrzymywane gwałtownie rowery wykonywały przy tym różne, nieraz niespodziewane ewolucje w powietrzu. Jedna z nich źle się dla Krzyśka skończyła. Scentrował tylne koło tak, że praktycznie nie nadawało się do naprawy. Ten problem mógł zostać rozwiązany dopiero nazajutrz, więc po zjedzeniu kolacji spokojnie udaliśmy się do obozu drużyny żeńskiej na ognisko harcerskie. Ostatnia noc nad Wigrami minęła bez większych emocji.

Rano po śniadaniu Krzysiek musiał dygnąć do Suwałk po tylne koło, którego nie dało się naprawić. Czekaliśmy na niego do około 13:00, wściekli za stratę cennego czasu. Tego dnia mieliśmy przekroczyć granicę i każdy chciał jak najszybciej znaleźć się na Litwie. Kiedy Krzysiek wrócił z obręczą obóz był już zwinięty, rowery spakowane a jego kulawy bolid przygotowany do naprawy. Przełożenie koła zajęło nam niespełna 15 minut, po czym niezwłocznie pożegnaliśmy się z komendantem zgrupowania i z całym naszym sprzętem podjechaliśmy do obozu kursowego odebrać uzgodnioną nagrodę za zwrot wykradzionej w podchodach laski. Cena nie była wygórowana – raczej symboliczna. Zarządzono zbiórkę i cały obóz przyszłych drużynowych, na naszą cześć, trzykrotnie wzniósł okrzyk „Szesnastka – klaw boys". No, chyba nam się należało, no nie?

Po dopełnieniu tej miłej sercu formalności ruszyliśmy w drogę, która wiodła początkowo wzdłuż jeziora Wigry, potem polnymi i leśnymi drogami do Wysokich Mostów nad Hańczą, a wreszcie asfaltową szosą do Sejn. Tu dokupiliśmy jeszcze trochę drobnych części rowerowych na zapas, po dokładnym wywiadzie wśród miejscowych cinkciarzy wymieniliśmy walutę i w konsulacie litewskim zjedliśmy pyszny regionalny obiad złożony z kartaczy i chłodnika.

 

 

Przygotowania do wyjazdu z nad Wigier.

 

W drodze do przejścia granicznego.


Po przejechaniu kolejnych dziesięciu kilometrów znaleźliśmy się na przejściu granicznym w Ogrodnikach. Odprawa poszła bardzo sprawnie i po pół godzinie jechaliśmy już w głąb terytorium Litwy, do tych pól malowanych zbożem rozmaitem, wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem tudzież do tych łąk zielonych, szeroko nad głębokim Niemnem rozciągnionych.

 

 

Na przejściu granicznym w Ogrodnikach.

 

Na Litwie.


Było dosyć późno, więc gnaliśmy co sił, by dotrzeć nad jezioro, nad którym zaplanowany był nocleg. Dojechaliśmy tam już po zmroku i z trudem znaleźliśmy miejsce z dostępem do wody i nadające się do biwakowania. Tu ujawniła się specyficzna cecha litewskiego pojezierza – zero jakiegokolwiek turystycznego zagospodarowania pięknie położonych, malowniczych jezior. Brak wyznaczonych pól namiotowych, pomostów czy nawet ścieżek wzdłuż brzegów sprawia, że jeziora są trudno dostępne. W przeciwieństwie do Polski na terenie Litwy nigdzie później nie napotkaliśmy namiotów i biwakujących turystów. Biwak rozstawiliśmy więc „na dziko" u brzegu jeziora, na jakiejś świeżo skoszonej łące. Rozbijanie namiotów i przygotowywanie kolacji odbywało się już przy świetle latarek. Wydawało się nam, że jesteśmy na kompletnym odludziu, jednak w trakcie kolacji pojawiło się w obozie dwóch 30-to, 40-to letnich mężczyzn. Dostrzegli oni z daleka dziwną krzątaninę przy jeziorze i przyszli sprawdzić, co się dzieje. Zanim jednak udało się wyjaśnić całą sytuację wzbogaciliśmy się o kolejne spostrzeżenie. Język litewski nie przypomina żadnego słowiańskiego języka. Był dla nas kompletnie niezrozumiały. Brzmiał jak skrzyżowanie fińskiego z węgierskim. Zaskoczeni byliśmy tym, że miejscowi nie znali polskiego, nie rozumieli też po angielsku, za to świetnie władali rosyjskim. Na szczęście Janek coś jeszcze pamiętał ze szkoły i w końcu udało się nam porozumieć. Aż do dnia, w którym wjechaliśmy na tereny zamieszkałe w większości przez rdzennych Polaków, rosyjski był jedynym językiem, w którym można się było porozumiewać z Litwinami.

Po wyjaśnieniu sytuacji mężczyźni, którzy w niczym nie przypominali trzech Budrysów (zwłaszcza, że było ich tylko dwóch), uspokojeni wyjaśnieniami Janka, odeszli życząc nam dobrej nocy i zapewniając, że nie będziemy przez nikogo niepokojeni. Tak też się stało.

Kolejny dzień przywitał nas pięknym słońcem. Rano zwinęliśmy namioty i spakowaliśmy się szybko, a przed samym odjazdem zaliczyliśmy gruntowną kąpiel w pierwszym litewskim jeziorze. Ruszyliśmy w drogę bez śniadania licząc na znalezienie jakiegoś wiejskiego sklepu. 

 

 

Pierwszy biwak na Litwie.

 

Codzienny rytuał - pakowanie ekwipunku.


Było dość wcześnie, bo przed 10:00. Jechaliśmy malowniczymi drogami przecinającymi pagórkowate pola i łąki. Bardzo to przypominało naszą suwalszczyznę. W pewnym momencie, żeby nikt nie mówił, że nic się nie działo - Mikołaj złapał gumę. Było to w środku wsi. Naprawa trwała około pół godziny, bo nie mieliśmy odpowiedniej zapasowej dętki i trzeba było kleić pękniętą. Staliśmy naprzeciw zagrody otoczonej jabłkowym sadem. Po jakimś czasie wyszła do nas zaciekawiona kobieta w wieku około 60 lat. Wiedziała, że jesteśmy Polakami, bo rozpoznała biało-czerwona flagę, którą stale mieliśmy rozwinięta w podróży. Była Litwinką, lecz z młodości pamiętała jeszcze wiele polskich słów. Z rozrzewnieniem wspominała, jak jej rodzice stale podkreślali, że „za Polszi to było żytje". Pozwoliła nazbierać jabłek z sadu, ale przede wszystkim nauczyła nas kilku podstawowych zwrotów w języku litewskim, takich jak „Dzień dobry", „Dziękuję", „Proszę" i... "Kocham cię". To ostatnie miało się nam przydać w Druskiennikach, gdyż według jej zapewnień, są tam najpiękniejsze dziewczyny pod słońcem.

 

 

Mikołaj naprawia dętkę.

 

Uczymy się podstawowych litewskich zwrotów.


W międzyczasie Mikołaj naprawił koło, a Paweł przeprowadził zwiad w pobliskim sklepie i odkrył w nim pyszne litewskie ciasteczka przypominające smakiem nasze racuchy. Przywiózł je na miejsce awarii. Popijając owocowym mlekiem zjedliśmy je w charakterze szybkiego śniadania. Posileni na ciele owocami i ciastkami, a na duchu dobrą opinią miejscowych o przedwojennej Polsce, ruszyliśmy w dalszą drogę, która wiodła szutrową szosą przez las do miejscowości Viejsiejaj, co po naszemu powinno się chyba tłumaczyć na Wiejskie Jaja. 

 

 

Janek załatwia nocleg u znajomych z pod Wilna.

 

Siedmiu wspaniałych.


Teraz czekał nas ponad trzydziestokilometrowy odcinek asfaltowej drogi do Druskiennik. Z powodu skromnego śniadania byliśmy już trochę głodni, więc w pierwszym napotkanym barze zamówiliśmy bliny z mięsem i śmietaną oraz sałatkę. Pycha!

Usatysfakcjonowani regionalnymi specjałami kontynuowaliśmy jazdę. Zanim jednak dojechaliśmy do Druskiennik, zatrzymały nas kolejne dwie awarie. Najpierw Paweł, a potem Daniel złapali gumę. Obu przydarzyło się to już po raz drugi, więc uwinęli się sprawnie. Do Druskiennik dotarliśmy około 17:00. Objechaliśmy miasto i trafiliśmy do kościoła, gdzie o 18-tej miała być odprawiona Msza Święta. Wykorzystaliśmy nadarzającą się okazję. Następnego dnia, czyli w niedzielę, moglibyśmy mieć kłopoty ze znalezieniem kościoła. Msza miała być odprawiona po litewsku. Nawet się ucieszyliśmy, bo to świetna okazja wsłuchania się w melodykę tego języka. Janek odszukał w swoim Piśmie Świętym teksty przypadających na ten dzień czytań i odczytaliśmy je sobie po polsku przed kościołem. Jakież było nasze zdziwienie, gdy zorientowaliśmy się, że większość ludzi schodzących się na mszę była Polakami. Prawie każdy zatrzymywał się przy naszych rowerach i polskiej fladze i ciekawie dopytywał się, co tu robimy. Trudno zapomnieć, jakie wrażenie robiła informacja, że jedziemy na rowerach z Warszawy do Wilna.

 

 

Przymusowa przerwa w podróży. Paweł naprawia dętkę.

 

Przed kościołem w Druskiennikach. Janek odczytuje przypadające na ten dzień czytania.


Msza odprawiana po litewsku to ciekawe przeżycie, ale raz w życiu to chyba wystarczy. Jeszcze przed jej rozpoczęciem dowiedzieliśmy się, że w prawej nawie znajduje się kaplica z kopią obrazu Matki Boskiej Ostrobramskiej. Po Mszy zebrała się tam większość obecnych w kościele Polaków na krótką modlitwę. Stanęliśmy tam i my. Gdy stojąc na baczność śpiewaliśmy Modlitwę Harcerską słyszeliśmy za plecami nieśmiałe głosy, które starały się do nas przyłączyć.

Długo jeszcze po Mszy nie mogliśmy odjechać spod kościoła. Otaczała nas duża grupa rodaków wypytując „skąd, dokąd i po co?" Kiedy wreszcie udało nam się wsiąść na rowery poczuliśmy się bardzo głodni. Tym razem w restauracji na głównym miejskim deptaku zamówiliśmy... pizzę (takie tam regionalne danie z okolic Kowna). Gdy skończyliśmy jeść było już 20:00 i do zmroku została ledwie godzina. Ruszyliśmy więc w drogę by za dnia znaleźć nad Niemnem dogodne miejsce na rozbicie biwaku. Niestety, znów nam się nie udało. Jechaliśmy drogą wzdłuż rzeki blisko piętnaście kilometrów badając różne miejsca, ale żadne nam nie odpowiadało, aż zapadła noc i co gorsza zaczął padać deszcz. W takich warunkach dojechaliśmy do wsi Żeimiaj. Janek wszedł do chałupy, w której jeszcze świeciło się światło, by wypytać o dostęp do rzeki. Odbywało się tam właśnie spotkanie kulturalno- towarzyskie o wiele mówiącej nazwie „pijanka". Bardzo mili i gościnni gospodarze namówili nas, by rozbić namioty na ich łące, 100 metrów od rzeki. Tak też zrobiliśmy. Byliśmy już po kolacji, więc zagotowaliśmy tylko wodę na herbatę i po odprawieniu naszej „pijanki" poszliśmy spać. Lało i odgłos kropel deszczu dudniących o płachty tropików przyprawiał nas o niewesołe myśli.

Rano sprawdziły się nasze najgorsze przewidywania. Silny wiatr pędził po niebie ciężkie burzowe chmury. Na razie jeszcze nie padało, ale wszystko wskazywało na to, że pompa nas nie ominie (przy czym nie chodzi tu o huczne przyjęcie w Wilnie, którego się zresztą nie spodziewaliśmy). Zeszliśmy do rzeki, żeby się umyć i ewentualnie wykąpać. Niestety, Niemen bardzo nas rozczarował. To prawda, jest niezwykle malowniczy: wije się przepięknie wzdłuż wysokich brzegów. Ale to, co w nim płynie trudno nazwać wodą. Może jest to opinia niesprawiedliwa, bo wcześniej widzieliśmy wędkarzy łowiących ryby, ale w miejscu, gdzie staliśmy plamy jakiegoś tłuszczu i podejrzana piana zniechęciły nas dokumentnie do mycia. Wróciliśmy zatem do gospodarstwa i skorzystaliśmy z wody ze studni. Zjedliśmy śniadanie złożone z mleka i miejscowych płatków, które nie przypominały niczego, co można kupić w Polsce, ale były bardzo smaczne. Pożegnaliśmy się z lekko jeszcze zamroczonymi gospodarzami i ruszyliśmy w kolejny dość długi etap naszej wędrówki.

 

 

Zawód na brzegu Niemna - nie będzie kąpieli.

 

Śniadanie nad Niemnem.


Nie przejechaliśmy nawet jednego kilometra, gdy sprawdziły się nasze przeczucia. Zaczęło padać. Po około dziesięciu kilometrach, cali mokrzy, dotarliśmy do Merkine. Tam, przejeżdżając przez most, po raz ostatni widzieliśmy malowniczy Niemen. Nadal padało. Kolejne trzydzieści kilometrów „zrobiliśmy" w strugach ulewnego deszczu. Dopiero tuż przed Vareną deszcz ustał i w kilka minut niebo zupełnie się rozpogodziło. Wiał silny i zimny wiatr, który miał jednak tę zaletę, że bardzo szybko nas osuszył. Zanim jednak dojechaliśmy do miasteczka, Jankowi zepsuł się rower. Pękły dwie szprychy tylnego koła i obręcz natychmiast się wygięła uniemożliwiając dalszą jazdę. To był poważny problem. Nie mieliśmy zapasowych szprych. Janek musiał dojść około 4 km do Vareny na piechotę pchając swój niezdatny do jazdy pojazd. My w tym czasie przeszukaliśmy miasto w nadziei znalezienia jakiegoś serwisu. Nie było na to szans. Varena to małe miasteczko i w dodatku była niedziela. Jedyny sklep z częściami do samochodów, motocykli i rowerów był zamknięty. Zresztą nawet gdyby był otwarty, to znalezienie w nim szprych do mało popularnych, 27-miocalowych kół, na jakich jechał Janek, graniczyłoby z cudem. Nie było innego wyjścia, jak wyekspediować delikwenta wraz z rowerem do Wilna, gdzie nazajutrz mógł bez problemu znaleźć odpowiednie części. Na szczęście w Varenie była stacja kolejowa.

Zanim rozstaliśmy się z Jankiem zjedliśmy w restauracji na rynku porządny obiad (sznycel z frytkami i surówką oraz bliny z bananami na deser). W miejscowym „T- Markecie" zrobiliśmy zakupy na kolację, pożegnaliśmy Janka i ruszyliśmy w dalszą drogę do Ejszyszek. Zaraz za miastem Michał złapał gumę, co zatrzymało nas na ponad pół godziny. Jednak szybko nadrobiliśmy stracony czas, jadąc szosą z dość dużą prędkością. 

 

 

Spokojnie! To tylko puszka kwasu chlebowego.

 

Autor zdjęć i komendant obozu na drodze do Ejszyszek.


Dwudziestopięciokilometrowy dystans do rzeki Varseka pokonaliśmy w niecałą godzinę i jeszcze za dnia zaczęliśmy szukać dogodnego miejsca na rozbicie biwaku. Dwaj wysłani w tym celu zwiadowcy, Jakub i Daniel, spotkali w ruinach posowieckiej kawiarni na wodzie dwie miejscowe osiemnastolatki, które wskazały nam miejsce idealne do kąpieli i rozbicia namiotów. Oczywiście - zaprosiliśmy je na ognisko.

Szybko odnaleźliśmy rekomendowane miejsce. Było to na skraju lasu, gdzie rzeka zamieniła się w szerokie przepływowe jezioro. Rozbiliśmy namioty i załoga kuchenna zabrała się za przygotowanie kolacji. Po godzinie, już w pełnych ciemnościach, wsuwaliśmy smakowity „eintopf" skomponowany z boczku i parówek zesmażonych z cebulą i czosnkiem oraz fasoli w sosie pomidorowym. Po zjedzeniu kolacji rozpaliliśmy ognisko i przy gorącej herbatce, prowadząc burzliwe rozmowy czekaliśmy na przyjście dziewczyn. Niestety, nie przyszły. Po jakimś czasie, mocno zawiedzeni wskoczyliśmy do śpiworów. Rozgwieżdżone niebo wróżyło dobrą pogodę.

 

 

Czekamy na dwóch zwiadowców. Ciekawe dlaczego tak długo nie wracają?

 

Kolacja - "eintopf" udający fasolkę po bretońsku.


Niestety, ranek przywitał nas deszczem. Przełożyliśmy pobudkę o godzinę, bo i tak nie było sensu wychodzić z namiotów. Wreszcie przestało padać i nawet na moment pojawiło się słońce. Wykorzystaliśmy to na przeprowadzenie gruntownego mycia i kąpieli w jeziorze. Postanowiliśmy też wstrzymać się ze zwijaniem namiotów, by umożliwić ich wyschnięcie. Czas ten przeznaczyliśmy na przegląd i regulację rowerów. Mieliśmy jednak pecha. Namioty były już prawie suche, gdy wiatr przywiał małą granatową chmurkę, która w pięć minut zniszczyła efekt naszego oczekiwania. Dokładnie tyle trwał deszcz, po czym znów wyszło słońce. Zwinęliśmy mokre namioty i głodni ruszyliśmy do Ejszyszek, gdzie mieliśmy być kilka godzin wcześniej i gdzie zaplanowane było śniadanie.

 

 

Zbiórka do kąpieli.

 

Przygotowanie do wymarszu.


Dotarliśmy tam dopiero około 13:00. Miasteczko zrobiło na nas ogromne wrażenie, a my na nim. Ta całkowicie polska miejscowość przywitała nas polską mową. Nie spotkaliśmy tam nikogo, kto mówiłby innym językiem. Przechodnie i kierowcy reagowali żywo na nas przejazd, machając do nas i pozdrawiając klaksonami. W miejscowym sklepie uzupełniliśmy zapasy picia, przy okazji przyglądając się z ciekawością reliktowi sztuki kupieckiej, czyli zupełnie już u nas zapomnianym liczydłom, na których sprzedawczyni z niezwykła szybkością obliczała należność.

Bez trudu odszukaliśmy jedyną restaurację w mieście. Mieściła się przy rynku, w budynku miejscowego hotelu. O tej porze była całkowicie pusta. Zbliżała się pora obiadowa, więc postanowiliśmy zrezygnować ze śniadania i od razu przejść do obiadu. Właścicielka podała nam zupę grochową i kotlet z kurczaka w sosie śmietanowo-czosnkowym z frytkami i surówką. Palce lizać! A wszystko to wraz herbatą za niecałe dziewięć litów, czyli za mniej niż dwanaście złotych od paszczy. Polska, dość elegancka restauracja okazała się znacznie tańsza niż dotychczas nawiedzane przez nas litewskie bary. Wszystko zostało nam podane z niezwykłą finezją, a o obfitości posiłku może świadczyć fakt, nawet Krzysiek, po raz pierwszy na obozie, poczuł się w pełni najedzony. Naprawdę, szczerze polecam hotelową restaurację na rynku w Ejszyszkach.

Siedząc w lokalu i delektując się polskim obiadem uniknęliśmy gruntownego przemoczenia, jako że w tym właśnie czasie nad miasteczkiem oberwała się chmura. Nie uniknęły tego jednak nasze rowery zaparkowane wraz z całym ekwipunkiem na zewnątrz.

 

 

Waga szalowa i liczydła - sklep w stylu retro.

 

Na ulicach Ejszyszek.


Zanim ruszyliśmy w dalszą drogę podjechaliśmy obejrzeć kościół, który udało się społeczności polskiej uchronić przed zburzeniem przez cały okres sowieckiej okupacji. Kościół był imponujący, zarówno z zewnątrz jak i w środku. Zbudowany w połowie XIX wieku z kamienia, tworzył przepiękną architektoniczną bryłę. Dzięki uprzejmości odnalezionego przez nas kościelnego obejrzeliśmy także jego wnętrze. I nagle pożałowaliśmy, że plan obozu sprowadził nas tu dopiero w poniedziałek. Gdybyśmy tak mogli wziąć udział w niedzielnej mszy świętej, zobaczyć kościół wypełniony Polakami, usłyszeć śpiewy i modlitwy odprawiane po polsku z charakterystycznym wschodnim akcentem. Stojąc w pustym kościele i wyobrażając sobie jego niedzielną atmosferę, postanowiliśmy, że nazajutrz pójdziemy do kościoła w Solecznikach, tym bardziej, że wypadało właśnie święto Matki Boskiej Częstochowskiej.

 

 

W kościele w Ejszyszkach.

 

W drodze do Solecznik.


Po wyjściu z kościoła skierowaliśmy się na drogę prowadząca do Solecznik. Jeszcze raz odwiedziliśmy znajomy sklep, by pożegnać się ze sprzedawczynią, która tak sprawnie obsługiwała liczydła i która powiedziała nam, co można w miasteczku zobaczyć. Ruszyliśmy przed 15:00. Dystans około 30 km pokonaliśmy w półtorej godziny, mimo że musieliśmy zmagać się z przeciwnym, dość silnym wiatrem, który skutecznie utrudniał jazdę. Namioty i sakwy mieliśmy doszczętnie przemoczone po ulewie w Ejszyszkach. To zmusiło nas do weryfikacji dalszych planów. Zamiast szukać noclegu w namiotach nad jeziorem położonym opodal Solecznik, postanowiliśmy wjechać do miasta i tam znaleźć okazję wysuszenia się pod dachem.

Ledwo wjechaliśmy do Solecznik, a zobaczyliśmy Janka, który na naprawionym rowerze zdążył już dojechać tu z Wilna. Był strasznie głodny, co współgrało i z naszymi odczuciami. Natychmiast więc wpakowaliśmy się do miejscowej karczmy na obiado-kolację. Zachwyceni posiłkiem spożytym w Ejszyszkach, odnaleźliśmy w karcie i zamówiliśmy dokładnie to samo. Cena i wielkość dania były podobne, ale walory smakowe już nie te same. Wyjaśniliśmy to sobie prosto faktem, że panienka, która nas obsługiwała ledwie mówiła po polsku i chętnie co chwila przechodziła na rosyjski. Janek był tak zagłodzony, że zjadł dwie porcje, co mu się słusznie należało z powodu absencji w Ejszyszkach.

Sprawiedliwie nakarmiony Janek doznał takiego przypływu mocy, że w ciągu zaledwie pół godziny, przy pomocy protekcji miejscowego księdza, znalazł dla nas nocleg w Polskim Domu Dziecka. Dostaliśmy dwie sale z łóżkami. Natychmiast wyjęliśmy z sakw i rozwiesiliśmy wszystkie przemoczone ciuchy i mundury, a na korytarzach rozciągnęliśmy płachty namiotowe.

Spokojni o dach nad głową, ruszyliśmy na rowerach w miasto w poszukiwaniu miejsc, gdzie według zeznań dwóch zagadniętych przez nas dziewczyn, miał się zbierać kwiat solecznickiej młodzieży. Na deptaku zastaliśmy pustki. W parku, owszem, natknęliśmy się na kilka grupek dziewcząt w różnym wieku od czternastu do dwudziestu lat. Ale żadna z nich nie przejawiała większej ochoty do zaaranżowania spotkania pozwalającego na bliższe poznanie litewskiej Polonii, co przecież było jednym z punktów programu naszego obozu. Skończyło się na kilku krótkich i grzecznościowych rozmowach. Rozczarowani wróciliśmy na kwaterę, po drodze zahaczając o otwarty jeszcze sklep w celu zakupienia prowiantu na śniadanie. Po raz pierwszy w czasie tej wyprawy wyspaliśmy się w luksusowych warunkach, bo na miękkich tapczanikach.

Rano, zaraz po pobudce i myciu, wskoczyliśmy w suche już mundury i pobiegliśmy na ósmą do pobliskiego kościoła. Mimo normalnego dnia pracy, było w nim nawet sporo wiernych. Msza odprawiana była po polsku, a Janek i Daniel zostali przez księdza zaangażowani do czytań.

Po Mszy katechetka opowiedziała nam historię solecznickiego kościoła, który został zburzony w trakcie działań wojennych i którego sowieci nie pozwolili odbudować. Oprowadziła nas także po cmentarzu pokazując miejsce, z którego Adam Mickiewicz podglądał obrzęd dziadów. No koniec zaopatrzyła nas w listę miejsc, które powinniśmy odwiedzić w drodze do Wilna.

Wróciliśmy do kwatery. Razem z Jankiem, jako załoga służbowa, przygotowaliśmy obfite śniadanie. Spakowaliśmy się i pożegnaliśmy z dyrektorem, obiecując rozejrzeć się za sponsorami dla jego utrzymującej polskość placówki.

 

 

Msza Święta w Solecznikach.

 

Śniadanie w polskim Domu Dziecka.


Według zaleceń katechetki odwiedziliśmy pałac Wagnerów w Solecznikach, gdzie umiejscowiono obecnie szkołę artystyczną, i wyjechaliśmy na szosę wileńską. Niecałe pięć kilometrów dalej, w miejscowości Małe Soleczniki, obejrzeliśmy drewniany kościółek i cmentarz, na którym nie znaleźliśmy innych niż polskie nazwiska. W Małych Solecznikach, wbrew naszym planom, zatrzymaliśmy się na dłużej, bo na blisko trzy godziny, a to za sprawą Pawła, który po raz trzeci złapał gumę. Naprawa szła bardzo opornie. Nie mieliśmy już nowych dętek. Do naprawy używaliśmy klejonych, a te złośliwie wciąż okazywały się wadliwie naprawione. Dopiero po zarządzeniu gruntownego klejenia wszystkiego, co znajdowało się w sakwach, udało się naprawić „kapcia". Do naszego nieszczęścia dołożyła się pogoda. Na zmianę, co piętnaście minut, to lało jak z cebra, to znów wychodziło słońce. Siedzieliśmy więc w przydrożnym sklepie przepuszczając ostanie pieniądze i obserwowaliśmy niebo w nadziei na jakąś bardziej trwałą zmianę. Z całej sytuacji zadowolona była tylko właścicielka sklepu, która zanotowała dzięki nam niespodziewane w tej części Europy ożywienie gospodarcze i wzrost obrotów. Sądzimy, że wyciągnie wnioski i od dziś zacznie rozsypywać pinezki na szosie.

 

 

Przed pałacem Wagnerów.

 

Paweł po raz trzeci naprawia koło.


Wreszcie po kilku godzinach marazmu, gdy mimo oczekiwań nic nie wskazywało na ustabilizowanie się pogody, postanowiliśmy ruszyć dalej. Właśnie wyszło słońce, lecz zza horyzontu nadchodziła kolejna granatowa chmura. Wiedzieliśmy, co nas czeka i nie pomyliliśmy się. Ulewa trwała piętnaście minut i zastała nas oczywiście na środku ogromnego pola, gdzie nigdzie nie można się było przed nią ukryć. Trwała niecały kwadrans. Nawet nie było sensu przerywać jazdy. Byliśmy doszczętnie mokrzy, a co gorsze - mokre były także nasze dopiero co wysuszone namioty i sakwy. Popełniliśmy błąd. Okazaliśmy zbyt mało cierpliwości, bo był to już ostatni tego dnia deszcz. Potem aż do wieczora świeciło słońce. Gdybyśmy przeczekali w sklepie jeszcze pół godziny mielibyśmy może mniej litów, ale za to suchy ekwipunek i ubrania.

Mokrzy dojechaliśmy do Jaszun. Tu obejrzeliśmy miejscowy kościół, który jednak był zamknięty, oraz zdewastowany dwór rodziny Balińskich usytuowany w parku nad malowniczą rzeką Mereczanką. Miejsce to było w XIX w. ważnym centrum życia kulturalnego i naukowego Wileńszczyzny, a dziś straszy otworami okiennymi zabitymi spróchniałymi deskami. Symbol najnowszej historii tej ziemi, znak dwudziestowieczego postępu i sprawiedliwości społecznej.

 

 

Przed kościołem w Jaszunach.

 

Podjeżdżamy pod zabity dechami pałac Balińskich.


W Jaszunach zjechaliśmy z szosy wileńskiej i dotarliśmy do odległej o 15 km wsi Porodomino, gdzie Janek załatwił nam nocleg u ludzi spotkanych przez niego tydzień wcześniej w Częstochowie. Pan Franek, który pełnił funkcję miejscowego kościelnego, czekał na nas przed kościołem. Wnet znaleźliśmy się u niego w domu w „kulinarnych objęciach" jego żony i córki. Przywitano nas podwójnym kotletem schabowym, saganem kartofli utłuczonych z masłem, przepyszną surówką i kompotem z jagód. Usiedliśmy za stołem, a po wspaniałym obiedzie odpłynęliśmy w świat wspomnień i opowieści o czasach sowieckich i współczesnym życiu Polaków na Litwie. Ani się spostrzegliśmy, jak nadeszła noc i gospodyni podała kolację: pyszną słodką bułkę, masło, domowe konfitury i mleko prosto od krowy. Zasypialiśmy w stanie całkowitego błogostanu, leżąc na karimatach rozłożonych w salonie.

Następnego dnia rano gospodarze i ich przyjaciółka z sąsiedniej wsi, pani Marysia, uraczyli nas królewskim śniadaniem złożonym z zupy jarzynowej i dwóch ogromnych stert kanapek, do których podano pachnące kakao. Tak posileni wyruszyliśmy na wycieczkę do Trok. Mieliśmy do przejechania blisko 90 km, więc trzeba się było śpieszyć tym bardziej, że w Trokach czekał nas napięty program krajoznawczy. Jechaliśmy na szczęście bez bagażu, co znacznie ułatwiało pokonywanie kolejnych kilometrów. Niestety, na przedmieściach Wilna złapał nas ulewny deszcz. Jechaliśmy w jego strugach blisko 30 km. Oczywiście, zgodnie z tradycja, po drodze zaliczyliśmy kolejną gumę. Tym razem padło na mnie. Naprawa jednak potrwała zaledwie kilka minut, dzięki solidnie zaklejonym dzień wcześniej zapasowym dętkom. Doszczętnie przemoczeni wjechaliśmy do Trok około południa. Nadal lało. Zwiedzanie głównej atrakcji turystycznej Litwy zaczęliśmy od karaimskiej karczmy, gdzie kazaliśmy sobie podać po dwie gorące herbaty i karaimski przysmak zwany kybinem, który okazał się wielkim zapiekanym w piecu pierogiem nadziewanym mieloną baraniną z warzywami. Piękna i przemiła kelnerka udawała, że nie widzi mokrych plam, jakie natychmiast powstały pod stołami z ociekających wodą ubrań. Ale my czuliśmy się w tym stanie nieco niezręcznie zwłaszcza, że karczmę oprócz nas okupowała wycieczka japońskich turystów, którzy dziwnie nam się przyglądali. Gdy w strugach deszczu, który ani na moment nie przestał padać, odjeżdżaliśmy spod karczmy, pożegnała nas kanonada błyskających fleszy i nosy turystów przyklejone do szyb w oknach. No co, harcerzy nigdy nie widzieli, czy jak?

Zamek w Trokach jest jedną z największych atrakcji turystycznych Litwy. Jest naprawdę pięknie położony na wyspie pośrodku wielkiego jeziora. Prowadzi tam tylko wąski drewniany most. Zamek jest wspaniale odrestaurowany i co dziwne, odbudowano go za czasów sowieckich. Ekspozycje ukazują, można by rzec, historię państwowości litewskiej, jednak siłą rzeczy więcej tam śladów polskości, gdyż mimo wyraźnej intencji jej twórców, wspólnej, wielowiekowej historii nie da się ukryć, zwłaszcza, gdy trzeba ją zilustrować jakimiś materialnymi pamiątkami. Zwiedzanie zamku zajęło nam blisko trzy godziny. Gdy skończyliśmy, na dworze właśnie obserwować można było zjawisko oberwania kolejnej chmury. Musieliśmy przeczekać nawałnicę. W tym czasie odwiedziliśmy sklep z pamiątkami, gdzie kupiliśmy sobie znaczki przedstawiające dwie skrzyżowane flagi; polską i litewską.

Gdy intensywność opadów powróciła do normy, zdecydowaliśmy się opuścić warownię i dosiadłszy naszych mechanicznych rumaków, przez drewniany most udaliśmy się w stronę najbliższej jadłodajni. Trafiliśmy pod dach, a właściwie pod parasole sezonowego baru pani Aliny, która zajęła się nami jak matka. Widząc, w jakim jesteśmy stanie (a byliśmy doszczętnie mokrzy, do czego już się zresztą przyzwyczailiśmy), podała nam natychmiast gorący rosół, potem piorunem zamówione drugie danie, czyli pyszne żeberka z frytkami i surówką, a na koniec herbatę. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że za wszystko zapłaciliśmy dokładnie taką cenę, jaka w karcie figurowała za same tylko żeberka. Innymi słowy, zupę i herbatę otrzymaliśmy za darmo. Mało tego, najbardziej przemoczone kurtki trafiły nad kuchnię, co choć trochę pomogło im obeschnąć. Mikołaj, który był z nas najmocniej przemoczony, dostał od szefowej na czas posiłku jej własną, ciepłą i suchą kurtkę. Gdy żegnaliśmy się z panią Aliną na horyzoncie pojawił się skrawek błękitnego nieba, wróżąc długo oczekiwaną zmianę pogody. Po kilku minutach przestało padać. Mokrzy, ale najedzeni i pełni nadziei na pojawienie się słońca, zaczęliśmy oglądać stragany z pamiątkami. Na jednym z nich wypatrzyliśmy akcesoria po Armii Radzieckiej. Zrobiliśmy sobie zdjęcia w czapkach krasnoarmiejców i ruszyliśmy w drogę powrotną do Porodomino. 

 

 

Czołem Towarzysze!!!

 

Czołem Tawariszcz Komandir!!!


Jeszcze w Trokach pojawiło się słońce i nie opuszczało nas aż do wieczora. Jechaliśmy z dużą prędkością. Czterdzieści kilometrów pokonalismy w niecałe dwie godziny, schnąc przy tym całkowicie. Spieszyliśmy się, bo na ósmą umówiliśmy się na ognisko z koleżankami Ireny – córki naszych gospodarzy. Na kwaterę dotarliśmy o 19:00, w sam raz, by zjeść pyszny obiad przygotowany przez panią Marysię, przebrać się i przygotować drewno.

Na ognisko przyszło dziewięć dziewcząt z tej i sąsiednich wsi. Razem tworzą chór kościelny. Był też Dima, chłopak z gitarą, który przyznał, że jest Polakiem, ale mówił i śpiewał tylko po rosyjsku. Dziewczyny były wspaniale rozśpiewane. Usłyszeliśmy wiele piosenek polskich, litewskich i rosyjskich przepięknie śpiewanych na głosy. Dima grał nastrojowe rosyjskie ballady, no a my oczywiście staraliśmy się jak najlepiej zaprezentować nasze harcerskiego i wojskowe piosenki. Wiele z nich (np. „Ułani", „Pierwsza Brygada", „O, mój rozmarynie") udało się zaśpiewać wspólnie. Przede wszystkim jednak przy ognisku toczyły się ciekawe rozmowy. Dziewczyny opowiadały o życiu na Litwie, o szkole, o swoich planach – my o życiu w Polsce, o harcerstwie i naszej Drużynie. Przez cały czas wokół ogniska krążyły tace z kanapkami i ciastkami, a także kosze z jabłkami, które przygotowały dziewczęta. Nie obyło się też bez pieczenia kiełbasek. Ten wieczór na pewno długo pozostanie w naszej pamięci. Kiedy minęła północ i do zakończenia spotkania zaczęły nas przynaglać niecierpliwe telefony od rodziców, rozstać się było bardzo, bardzo trudno. Kiedy zagasiliśmy ogień, odśpiewaliśmy nasze pożegnalne pieśni i odprowadziliśmy dziewczęta do samochodów, niejednemu z nas przyszedł do głowy pomysł, że może by tu jeszcze wrócić. A Mikołaj to wręcz oznajmił, że zostaje na Litwie. Wyluzuj, chłopie! To tylko dwanaście dni jazdy rowerem.

 

 

"Już rozpaliło się ognisko".

 

Dima i piękne dziewczyny.

 

Nie zabrakło pieczenia kiełbasek...

 

...i jadła oraz picia wszelkiego.


Następnego dnia rano przywitało nas piękne słońce. Zjedliśmy przygotowane przez panią Marysię śniadanie i w wyśmienitych nastrojach ruszyliśmy do Wilna. Odległość 22 kilometrów pokonaliśmy w godzinę i przed 11:00 stanęliśmy przed grobem matki Marszałka Piłsudskiego na Rosie, gdzie pochowane zostało również jego serce. W towarzystwie wycieczki z Polski odmówiliśmy krótką modlitwę za dusze zmarłych i odśpiewaliśmy modlitwę harcerską, po czym przeszliśmy się po zabytkowym polskim cmentarzu odwiedzając te groby, które wcześniej życzliwie wskazał nam przewodnik. Odwiedziliśmy również mogiły legionistów i harcerzy poległych w obronie Wilna, znajdujące się na tzw. Nowej Rosie, czyli na nowszym, rzadziej przez wycieczki odwiedzanym cmentarzu usytuowanym po drugiej stronie ulicy.

 

 

Nad grobem matki Marszałka Piłsudskiego.

 

Zwiedzamy cmentarz na Rosie.


Następnie pojechaliśmy pod Ostrą Bramę. Po drodze Jakub złapał gumę, co dopełniło zasad sprawiedliwości społecznej, tego dwudziestowiecznego bękarta zdrowego rozsądku, który każe nędzą i nieszczęściami obdzielać po równo wszystkich ludzi, bez żadnego wyjątku. Jakub do tej pory był takim kłującym w postępowe oczy wyjątkiem, gdyż jako jedyny cieszył się całkowicie bezawaryjną jazdą. Z naprawą dętki na ruchliwym wileńskim skrzyżowaniu uporaliśmy się jednak dość szybko i parę minut później, już w pełnym umundurowaniu, stanęliśmy przed cudownym obrazem Matki Boskiej Ostrobramskiej – u celu naszej wyprawy.

Po paru minutach skupienia, w trakcie których każdy miał możliwość w ciszy powierzyć Matce Boskiej sprawy, z którymi tu przybył, odśpiewaliśmy modlitwę harcerską i zwolniliśmy miejsce w małej kaplicy kolejnym pielgrzymom.

 

 

Modlitwa przed cudownym obrazem Matki Boskiej Ostrobramskiej.

 

W otwartym oknie kaplicy.


Wykonaliśmy kilka pamiątkowych zdjęć, a potem ruszyliśmy na przejażdżkę po mieście. Jeździliśmy ścieżkami rowerowymi wzdłuż uliczek starego miasta i po wileńskich deptakach, przyglądając się życiu miasta i podziwiając urodę miejscowych dziewczyn.

Obiad zjedliśmy w restauracji nieopodal luksusowego hotelu „Litwa". Zdania o jakości obiadu były podzielone. Kelnerka nie potrafiła przetłumaczyć litewskiej karty na polski, więc danie wybraliśmy na chybił trafił. Okazało się, że dostaliśmy jakiś gulasz z wątróbki. Mnie smakowało, ale chłopcy, którzy widocznie mają w domu psy i nie raz podjadali im z miski, twierdzili, że podano nam karmę Chappi. Skoro tak, to po co przepłacać? Może w domu przerzucę się na te specjały.

Po kontrowersyjnym doświadczeniu kulinarnym postanowiliśmy poprawić sobie humor wjeżdżając na górę Trzech Krzyży. Po drodze zwiedziliśmy jeden z najpiękniejszych kościołów, jakie dane mi było widzieć, czyli kościół Piotra i Pawła. Gdy po pokonaniu stromych podjazdów znaleźliśmy się na górze, skąd rozciąga się wspaniały widok na całe Wilno, dosłownie oniemieliśmy. Panorama miasta jest naprawdę imponująca. Teraz dopiero w pełnej krasie zobaczyliśmy, jak pięknie jest położone i ile zachowało się w nim zabytków. Na obrzeżach widać niestety efekty sowieckiej myśli architektonicznej w postaci znanych nam doskonale blokowisk. Ale starówka, to istne cudo naszpikowane wieżami kościołów i cerkwi.

Na górze doszło też do kolejnego przemiłego spotkania z czworgiem miejscowych Polaków. Dwoje z nich należało do harcerstwa polskiego na Litwie. Właśnie wrócili z katolickich kolonii w Polsce i tu, na Górze Trzech Krzyży, wyznaczyli sobie spotkanie, by powspominać dopiero zakończone wakacje. Gdy nas zobaczyli, natychmiast nawiązali rozmowę. Witaliśmy się po skautowemu – lewą dłonią. Staliśmy tam dobrą godzinę podziwiając rozległą panoramę, słuchając opowieści o wileńskich drużynach harcerskich i opowiadając im o Szesnastce. Moglibyśmy tak gadać godzinami (duch Lesława krążył nad naszymi głowami niczym nietoperz), ale zbliżał się wieczór i czas naglił. Napstrykaliśmy masę pamiątkowych zdjęć i pożegnaliśmy się serdecznie, obcałowując dziewczyny. Wymieniliśmy się też adresami – oczywiście elektronicznymi, jak przystało na skautów XXI wieku.

 

 

Spotkanie z harcerzami polskimi z Litwy.

 

Wymieniamy się adresami.


Po szaleńczym niemal „downhillowym" zjeździe z Góry Trzech Krzyży rozpoczęliśmy mozolną wspinaczkę brukowaną drogę na Górę Zamkową. Gdy tam dotarliśmy, od razu wpadliśmy w szpony turystów z Polski, którzy namiętnie robili sobie z nami zdjęcia i wzruszali się do łez widokiem przywiezionej przez nas polskiej flagi, którą zatknęliśmy na murach zamku Gedymina, by choć przez chwilę mogła być rozpostarta nad tym tragicznie odłączonym od macierzy miastem.

 

 

Polska flaga nad Wilnem.

 

Powiewała tam dobre pół godziny.


Robiło się późno, więc czas już był najwyższy zbierać się do odwrotu. Wracając do Porodomino każdy chyba w myślach odtwarzał sobie zapamiętane obrazy miasta i spotkanych tam ludzi. Wróciliśmy już po zmroku, znów prosto na królewską ucztę, przygotowaną przez gospodarzy i panią Marysię. Ponownie do późna w nocy rozmawialiśmy z gospodarzami, zdając relację z wycieczki, wypytując o szczegóły ich trudnego życia i dyskutując o wspólnych perspektywach na najbliższą europejską już chyba przyszłość.

Następnego dnia rano trzeba się już było definitywnie żegnać. Po raz ostatni zjedliśmy pyszne śniadanie (placki ziemniaczane ze śmietaną i cukrem). Szybko się spakowaliśmy i czule pożegnaliśmy z gospodarzami, dziękując za gościnę i wikt. Nie jest łatwo przez trzy dni żywić taką bandę głodomorów, ale nasi gospodarze nie chcieli nawet podjąć rozmowy na temat pieniędzy. Boże, jak my się im odwdzięczymy!?

 

 

Nocne Polaków rozmowy. Przy stole nasi wspaniali gospodarze.

 

Pożegnanie. Na pierwszym planie pani Marysia.


Przed 10:00, objuczeni ekwipunkiem, ruszyliśmy do Wilna, a o 11:00 byliśmy już na miejscu. Najpierw skierowaliśmy się do małego sklepiku, gdzie poprzedniego dnia kupowaliśmy wileńskie ciasteczka, żeby przed powrotem do Polski obkupić się nimi oraz chlebem wileńskim i kwasem chlebowym, i zawieść te specjały rodzicom. Jakże zrobiło nam się miło, gdy sprzedawczyni, młoda dziewczyna, powitała nas na progu hasłem „Czuwaj!" – okazało się, że też jest harcerką i należy do 13-tki wileńskiej. Chwilę z nią porozmawialiśmy i zostawiliśmy w kasie sporo litów.

Następnie udaliśmy się pod Ostrą Bramę, by jeszcze raz pokłonić się Matce Boskiej i z fasonem zajechaliśmy na dworzec kolejowy.

 

 

Uroczysta chwila - osiągamy Wilno. Bez taryfy ulgowej - z całym ekwipunkiem.

 

Ostatni raz podjeżdżamy pod Ostrą Bramę.


Koleje litewskie w niczym nie ustępują polskim i, jako że nadal są państwowe, traktują pasażerów z równą obojętnością. Szkoda to nawet wspominać. Dość powiedzieć, że po dziesięciu godzinach podróży, trzykrotnym upychaniu rowerów gdzie się da i wymuszeniu przez konduktora kilku dopłat, dojechaliśmy wreszcie do Warszawy, gdzie wpadliśmy w czułe objęcia rodziców.

Obóz się skończył. Przejechaliśmy 880 kilometrów, z czego 740 z pełnym ekwipunkiem. Trasa okazała się więc dłuższa, niż planowaliśmy. Dla każdego z nas, bez wyjątku, był to wyczyn i wielka przygoda. Daliśmy radę. Sprawdziliśmy się i przypuszczam, że w ten sposób moglibyśmy bez trudu objechać dookoła cały świat. To byłaby już tylko kwestia czasu i pieniędzy. Tężyzny fizycznej na pewno by wystarczyło.

Pozostały też piękne wspomnienia. Nie było wśród nas nikogo, kto nie przyrzekłby sobie jeszcze kiedyś wrócić na Litwę. Czar ziemi, którą odwiedziliśmy, ale przede wszystkim urok ludzi, których dane nam było spotkać, trudno opisać prostymi zdaniami. Na szczęście są słowa Adama Mickiewicza, które wiernie oddają stan naszego ducha. Wystarczy je zacytować.


Litwo! Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie!
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, 
Kto cię stracił. Dziś piękność Twą w całej ozdobie 
Widzę i opisuję, bo tęsknię po Tobie.


Każdy Polak zna słowa „Inwokacji". Żyje jeszcze w Polsce garstka tych, którzy rozumieją je doskonale, bo nadal przeżywają gorycz wygnania. Dla większości jednak są to tylko wiersze, których trzeba nauczyć się w szkole. Jestem pewien, że odkąd poznaliśmy ten kraj i tych ludzi, każdy z nas odczytał je na nowo.

Dla mnie była to niezapomniana lekcja historii, z której wynika jeden wniosek: Polska jest tam, gdzie żyją Polacy. Powiem więcej. Porównując postawy ludzi, których poznaliśmy i ich przywiązanie do polskości ze świadomością społeczeństwa zamieszkującego między Odrą a Bugiem, powziąłem uzasadnione podejrzenie, że Polska jest bardziej nawet tam, niż tu. To czuło się na każdym niemal kroku w Druskiennikach, w Ejszyszkach, w Solecznikach, w Porodomino, w Trokach i oczywiście w Wilnie. Tam naprawdę byłem dumny z tego, że jestem Polakiem - w Warszawie częściej jest mi wstyd. Wróciwszy z obozu czuję się nie tylko silniejszy fizycznie, ale przede wszystkim wzmocniony na duchu.

 

tekst i zdjęcia: Marek Gajdziński

do poprzedniego artykułudo początku stronydo strony głównejpowrót do spisu treścido galerii obrazówdo następnego artykułu
©2000 - 2022  16WDH