Wyszukiwanie zaawansowane
Relacje
do poprzedniego artykułudo końca stronydo strony głównejpowrót do spisu treścido następnego artykułu
2002-01-20 | Warszawa | Dominik Dzierżanowski
Zimowisko w Kudowie Zdrój

Na długo wyczekiwane zimowisko wyjechałem 20 stycznia 2002 (niedziela), dwa dni po zakończeniu pierwszego semestru. Jak zwykle, na początku ciągle martwiłem się, czy zabrałem wszystkie niezbędne rzeczy (na szczęście potem okazało się, że niczego mi nie brakowało). Jednak gdy tylko pociąg znalazł się poza Warszawą, udzielił mi się szczególny nastrój wyprawy harcerskiej i utrzymywał się już do końca podróży. Ponieważ było nas sporo (16 WDH i 22 WDH), mieliśmy do dyspozycji cały wagon, co wpłynęło bardzo korzystnie na nasze samopoczucie. Humor zdołała nam popsuć dopiero pogoda w Kudowie: niby było dużo śniegu, ale zaczynał powoli topnieć, padał też deszcz.

Z dworca do ośrodka (luksusowego, a jakże!) zawiozły nas busy należące do miejscowych przewoźników. Później korzystaliśmy z ich usług przy każdej dłuższej wycieczce w okolice Kudowy, np. do Fortu Karola i na Szczeliniec Wielki. Kiedy wszyscy otrzymali już swoje pokoje (podział zastępami), odbył się uroczysty apel otwierający zimowisko.

Było to pierwsze, jakie pamiętam (a w ogóle to trzecie) zimowisko wspólne 16 WDH i innej drużyny. W tym wypadku była to 22WDH, z którą poznaliśmy się już na zeszłorocznym obozie. Ale w odróżnieniu od obozowego składu 22, tym razem pojechały tylko zuchy oraz męska drużyna Płowce im. Króla Władysława Łokietka. Z Szesnastki było nas w sumie 15, w czterech zastępach: „Kudowa" (zastępowy Piotr Drzazga oraz Dominik Dzierżanowski (czyli ja), Gadzina i Toudi), „Wilki" (zastępowy Marcin Weiss oraz Daniel Karkowski i Kuba), „Bobry" (zastępowy Krzysiek Pasternak oraz Paweł Huras i Dexter) i „Świstaki" (zastępowy Ciacho oraz Paweł Kuczyński i Kanar). Oboźnym był Gołąb, zaś komendantem Lesław Kuczyński.
Takie łączone zimowisko było dla nas bardzo korzystne. Mogliśmy na przykład organizować dużo ciekawsze gry terenowe i biegi, gdyż uczestniczyło w nich więcej osób niż na zwykłych zimowiskach. Możliwe stały się także dłuższe wycieczki, gdzie niezbędne okazało się wynajęcie autokaru.

Kudowa Zdrój okazało się pięknym miastkiem uzdrowiskowym. Położone w kotlinie, posiada własny, łagodny mikroklimat. W Kudowie jest także wspaniały, rozległy park zdrojowy z zabytkową pijalnią wód oraz wzgórzem (doskonałe miejsce do gier terenowych ), na którego szczycie znajduje się opuszczopny zbór ewangelicki. Szczególną uwagę przyciagnęła oczywiście słynna Kaplica Czaszek, będąca miejscem spoczynku dla ok. 30.000 ludzi (ofiary ospy z XVII w. i polegli w czasie wojen śląskich).
Nasz ośrodek znajdował się bliżej granic miasta, więc mieliśmy dosłownie pięć kroków do gór, które stanowiły teren tradycyjnych gier. Ale zimowisko obfitowało także w wiele dłuższych wycieczek. Najważniejsza z nich była całodniowa wyprawa do Pragi czeskiej. Zwiedzaliśmy głównie Stare Miasto, a w tym: Katedrę św. Wita, Most Karola, Ulicę Alchemików i Hradczany (dane nam było zobaczyć zmianę warty przed siedzibą prezydenta). Kolejna wycieczka miłą za cel Skalne Miasto (także Czechy), gdzie mieliśmy okazję pokonywać oblodzone, skalne przejścia i stopnie, a także podziwiać wodospad oraz oryginalne formy skalne, które bardzo pobudzały wyobraźnię. Następna wyprawę odbyliśmy do Kłodzka. Tam przeszliśmy Tunelem Tysiąclecia prowadzącym pod miastem, a także zwiedziliśmy twierdzę i znajdujące się pod nią zabytkowe, chodniki minerskie. Z powodu obecności innej, zaprzyjaźnionej drużyny, atmosfera i zwyczaje panujące na tym zimowisku różniły się od poprzednich. Wynikało to chyba z procesu dopasowywania się do siebie obu drużyn, ale mogły to być tylko moje odczucia, gdyż na poprzednim zimowisku byłem dwa lata temu.

Według mnie w Kudowie, zarówno gdy przebywaliśmy w ośrodku jak i podczas wycieczek i gier, panował większy „luz" i swoboda. Ujawniało się to choćby w niezupełnym przestrzeganiu ciszy nocnej, gdyż dopiero po 23:00 wszyscy szli się wykąpać lub pogadać, zwracaniu mniejszej uwagi na dyscyplinę (np. chodzenie w szeregu, punktualność na zbiórkach itp.) i porządki, czy znikomej ilości alarmów. Sądzę, że taka sytuacja była dla chłopkaów „korzystna", gdyż zimowisko pozwoliło naprawdę odpocząć, jednak z drugiej strony stało się „mniej harcerskie". Nie wiem, czy to dobrze czy nie, ale mnie i chyba wszystkim się podobało.

Stałym punktem programu był kominek. Niestety z naszej drużyny nie było nikogo, kto umiałby zagrać na gitarze i w całości zaśpiewać tradycyjne szesnastkowe piosenki. Przez to, a może dzięki temu, musieliśmy uczyć się piosenek Dwudziestej Drugiej. Dopiero na ostatni kominek przyjechali Lech z Lesławem i mogliśmy zaprezentować harcerzom z 22WDH bogactwo szesnastkowej piosenki.

Jak już wspomniałem największym wydarzeniem była całodniowa wycieczka do Pragi czeskiej. Na ten dzień czekałem od początku zimowiska. Pobudka była o dwie godziny wcześniej, niż normalnie czyli o 6:00. Kiedy zaspani zjedliśmy śniadanie, podjechał autokar. Ale jaki! Siedzenia nie bujały się we wszystkie strony, działały hamulce, nagłośnienie dobrej jakości i umyte szyby. Na zielonej szkole możemy tylko o takim pomarzyć.
Podróż nie była taka długa, jak się spodziewałem, więc byłem trochę zawiedziony: ledwo zasnąłem, a już trzeba było wychodzić. Na szczęście pogoda dopisała: było słonecznie choć mroźno. Rozpoczęliśmy zwiedzanie praskiej Starówki, oczywiście z sympatycznym panem przewodnikiem. I tak na każdym kroku trafiało się coś godnego uwagi, a my mieliśmy tylko ok. siedmiu godzin (prawda, że mało?). W końcu, kiedy od dłuższego czasu kiszki grały nam marsza otrzymaliśmy godzinę czasu wolnego. Ja, wraz z moim zastępem pod dowództwem Piotrka Drzazgi, szukałem normalnego sklepu spożywczego, aby za korony, które kisiliśmy od początku zimowiska, kupić zapasy słodyczy i napojów. Szukaliśmy tak i szukaliśmy, to w jedną to w drugą stronę od rynku, na bazarze, w domu handlowym, aż w końcu godzina minęła, a wszystko co zdobyliśmy to ulotki reklamujące miejscowy „klub z panienkami", wręczone nam na ulicy.
Trochę zawiedzeni ruszyliśmy w drogę powrotną. Na szczęście zakupy udało nam się zrobić w przydrożnej krzyżówce baru z supersamem. To bardzo poprawiło nam humor i po powrocie mogliśmy iść spać z czystym sumieniem. I pełnymi żołądkami.

Jak już wspomniałem, zimowisko w Kudowie obfitowało w gry terenowe. Każdy zastęp z 16WDH i 22WDH miał przygotować jedną grę, za którą były potem przyznawane punkty. Do harców nigdy nie brakowało uczestników, ze względu na obecność dwóch drużyn. Moim zdaniem najciekawsza była gra z użyciem śnieżek, niestety była tylko jedna taka gra i to nie z powodu braku śniegu... Nie była to typowa bitwa, choć jak można się domyślać, powstały dwie drużyny: Szesnastka i Dwudziesta Druga. Każda z ekip musiała zbudować na wyznaczonym terenie jak największą liczbę wież śniegowych o ściśle określonych wymiarach. Następnie drużyny, przy użyciu śnieżek, miały za zadanie zniszczyć jak najwięcej wież przeciwnika. Po upływie określonego czasu, do pracy przystąpili sędziowie: Gołąb (16) i Psina (22). Przez dziwny zbieg okoliczności, sędziowie uznali, że jest remis. No, cóż... Niestety, podczas gry doszło do scysji z miejscowymi lumpami, którzy obrzucili nas śnieżkami i uciekli. Mieli szczęście, ale z drugiej strony szkoda, że tak szybko zwiewali... Inną grą, o której warto napisać były regularnie powtarzane mecze rugby. Nie wystrzegliśmy się także kilku kontuzji. Najcięższe obrażenia poniósł Krzysiek Pasternak. W rugby nie było wątpliwości. Lepsza okazała się drużyna z Warszawy.

Chciałbym jeszcze wspomnieć o moich obserwacjach, z których jasno wynika, że w każdej drużynie jest człowiek mogący mówić bez końca, na każdy temat. W przypadku Szesnastki wszyscy wiedzą, że jest to Lesław. Natomiast jeśli chodzi o 22 to takim człowiekiem jest Psina.

Ogólnie powiedziałbym, że zimowisko było udane. Mam jednak pewne zastrzeżenia co do przebywania z inną drużyną w tym samym ośrodku. Wspólne gry, wycieczki owszem, ale według mnie ośrodki powinny być oddzielne. Oczywiście, mam nadzieję, że w przyszłym roku nie wpadniemy na pomysł, aby jedna drużyna zajmowała budynek, a druga koczowała na podwórku pod namiotami.
Jeśli chodzi o następne zimowisko to chętnie na nie pojadę, wszystko jedno czy z inną drużyną czy samodzielnie. Jedyna moja prośba do tych, którzy będą je organizować (a może to będę ja? choć wątpię...), aby to było normalne harcerskie zimowisko, broń Boże nie narciarskie. Innych wymagań nie mam.

wywiadowca Dominik Dzierżanowski

do poprzedniego artykułudo początku stronydo strony głównejpowrót do spisu treścido następnego artykułu
©2000 - 2022  16WDH