Wyszukiwanie zaawansowane
Relacje
do poprzedniego artykułudo końca stronydo strony głównejpowrót do spisu treścido galerii obrazówdo następnego artykułu
2001-07-04 | jez. Rybno Duże | Lech Najbauer
Obozowe Obrazki cz.4

(Nasz latający reporter zaniemógł był nieco. Nie mogąc sprostać nałożonemu nań zadaniu, wywołał ducha swego przodka, znanego średniowiecznego, a właściwie długowiecznego kronikarza, i przedłożywszy mu sprawę poprosił o sporządzenie odpowiedniego sprawozdania. A oto, co wczoraj o północy zostało przez nietoperza przyniesione, jako efekt pracy ducha kronikarskiego, i w HATEEMELA wpuszczone):

 

Wielce Szanowny,
a Nam Zawsze Życzliwy,
Miłościwy Panie
Zawiszo z Garbowa!

 

Na rozkazanie Pańskie, my, niżej podpisany sługa Waszej Miłości, udaliśmy się samotnie na eksursyją, aby się na miejscu przekonać, czyli też tegoroczny campus skautowy 16 Warszawskiej Drużyny Harcerzy udanym uznać by należało.

 

Jako z warownego grodu stołecznego w sobotę kole południa wyruszywszy, na podwieczór stanęliśmy u wrót warownego zamku w Golubiu, przez Zdenka Hrdićkę z Podiebradu (herbu Garniec do Obiadu) w arendzie trzymanego, a to od tamecznego komtura, co umarł jak wypił "Tura". Jeno dla wytchnienia, a poczynienia zadość fizyjologijej, na zamek ów się dostawszy (co nas kosztować musiało złotych polskich dwa za przypalikowanie naszego wozu z rumaki na majdanie i złoty jeden za spełnienie owej powinności, o której wobec dam a dziatek przytomności niepodobna rozprawiać), poczęliśmy czynić poszukiwania, iżby się tu można zatrzymać jutrzejszego dnia, lub zgoła obiadać w większej grupie, na którą i skauci owi składać by się mieli, a i reszta ekspedycyi na powrotne ich dowiezienie do Warszawy w drogę pchnięta. Jako też z karczmarzem tamecznym koordynaty ustaliwszy, a numer telefonu zanotowawszy, udaliśmy się w dalszą drogę ku północnej stronie zmierzając (nota bene, z odwiedzin kasztelu tego nie wyszło nic, ale o tem potem).

 

Zmierzchać się poczęło, gdyśmy na miejscu onego campusa stanęli. Zrazu obawę żywiliśmy, iż spóźniwszy się nie dostaniem już żadnego jadła. Opatrzność jednak nad nami czuwała i zapełniliśmy wnet nasze puste żołądki spożywczym dobrem wszelakiem, a w gardziele lać poczęliśmy przednie napitki. Po owej uczcie, której odgłosy, nie wyłączając mlaskania i siorbania, długo jeszcze po lesie rozchodzić się miały, zameldowaliśmy komendantowi campusa, szlachetnemu a sędziwemu Lesławowi z Gadulska, herbu Kurdemolpanowie, iż w ordynans jego postawieni zostaliśmy i osobami naszemi rozporządzać może wedle uznania i potrzeb. Liczyliśmy bowiem, zgodnie z rozkazaniem Waszej Miłości, iż do destrukcyjej campusa przyjdzie, lecz sprawa nieomal zakończoną została nimeśmy na wieczór stanęli, zaczem na miejscu ujrzeliśmy jeno płachty namiotowe, bez żadnych sprzętów, a przy tem i z wszelakiego urządzenia obozowego nic się prócz masztu nie ostało (także i dół kloaczny zasypano, co przywiodło do tej konieczności, że lokatorowie campusa ekskrementa w lesie ukrywać przed publiką musieli potajemnie) . Lubo wraz się pokazało, iż skauci po rajdzie a wielkich manewrach wojennych odbytych z druhami swemi z królewskiego grodu Kraka oraz ze wsi po drugiej stronie Wisły leżącej, a Grochowem się zwącej, które poniekąd nierozstrzygniętemi ostały, nadwerężeni być winni i do cna wyczerpani, taką jednakowoż mięli w sobie moc i tyleż energijej w trzewiach, iż w dzień jeden campus nieledwie zwinęli.

 

Wobec takich ich poczynań bohaterskich a godnych, nic nam nie pozostało inszego, jeno na ognisko się udać, poświęcone odbywanemu właśnie uroczystemu świętu obozowemu skautów z Grochowa, co stanowiło też i atrakcyją nie lada, jako że w lasach okolicznych ognisk palenia łowczy wojewódzki zakazał pod gardłem, a jeno na owo zezwolić raczył. Siedliśmy tedy w kręgu ogromnym i wsłuchiwali się z atencyją w przemowy, a i scenki pocieszne, przez owych skautów odgrywane, godnieśmy obserwowali. Sami też do śpiewów przyłączyć się skorzy, zdzierżyć jednakowoż nie mogliśmy, iż większość pieśni zdawało się nam zgoła obcemi i całkowicie nieznanemi, co stwierdziwszy zaintonowaliśmy wszelako starodawną kantyczkę "Idzie dysc", czem też niemały popłoch wywołaliśmy wśród zwierzyny łownej i bab chrust w lesie nielegalnie zbierających.

   

 

Kolacja - dawniej wieczerzą zwana, przez harcerki, przy kuchni, z serca wydawana.

 

Drużynowi rozpalają ognisko - pierwsze i ostatnie na tym obozie.

 
Jako że noc to była ostatnia w tak pięknych okolicznościach przyrody, uradziliśmy przeto większą swobodą skautów naszych nagrodzić, co też ci skwapliwie wykorzystywać poczęli, a to na podchody się udając do pobliskich grochowskich campusów, a to inne czyniąc breweryje i hałasy. My zaś wraz ze szlachetnym Lesławem z Gadulska oraz towarzyszącym mu delegatem stanu biznesowego, Markiem Szwejko z Pieluszyc herbu Tetra, osobami naszemi samotrzeć na wtórą edycyją ogniska udać się postanowiliśmy, śluby w duchu mocne czyniąc, że co bądź się zdarzy, nie zrejterujem, nawet i wówczas, gdyby pieśni tamże wykonywane o bóle głów i uwiąd członków przyprawić nas miały. Owoż okazało się, że Grochowianie, dziwaczną jakowąś manierą owładnięci, uprawiali w przeważającej mierze pieśniarstwo turystyczno-liryczne, aże od kwiatków, serduszek, motylków i inszych dziecięcych artykułów wyśpiewywanych przy lutni wtórze we łbach nam się poczęło kręcić i mącić w rozumach. Tego, wybacz Wasza Miłość, najtęższy mocarz by nie zdzierżył, Waszej Miłości nie wyłączając (za które to porównanie z całego serca o wybaczenie prosim), zaczem wykonawszy trzy jeno pieśni, wśród których entuzjazm powszechny a spazmy, a płacze wzbudziła pieśń historyczno-alegoryczna o "Hydrauliku", pokłony na pożegnanie bić poczęliśmy i ucieczką z pola naszej sromotnej porażki wokalnej salwować się musieliśmy. Nie minęły jednakowoż ni dwa pacierze, jak we burki i niedźwiedzie skóry okutani na spoczynek się udaliśmy i w sen błogi a zasłużony zapadli.

 

Rankiem dnia następnego, rześcy i z jasną myślą, z barłogów naszych wylazłszy, poczęliśmy z dziełem zwijania campusa ku chwalebnemu końcowi zmierzać. Część przeto skautów żerdzie w stosy układała, część namioty rolowała, część zaś insze jeszcze prace porządkowe, a destrukcyjne podejmowała. Czas był także sposobny na ablucyje w jeziorze, a i na Mszę wikary z pobliskiej parafijej zjechał, co też dla naszych skautów pociechą duchową było niemałą. Słońce żar z nieba zesyłało, lecz roboty było wszelako niezbyt wiela. Przybył już na miejsce wóz drabiniasty, który Imć Pan Juras z Brzuchowa, co mu się pępek w gacie nie chowa, herbu Windstar Granatowy (stary, lecz wygląda jak nowy), po sprzęta obozowe, tudzież bicykle a bambetle wysłać raczył, samą swoją podwójną osobą zjechawszy, iżby spraw dopilnować i pewien odsetek skautów doma przetransportować. Owoż załadowano wóz ów dobrem wszelakim i ruszył wnet we drogę przez nikogo nie niepokojon. My zasię, ostatniej kąpieli w jeziorze zażywszy, na pożegnalnym apelu stanęliśmy, aby po raz ostatni rozkazu komendanta wysłuchać i hymn godnie odśpiewać. Jako i zgodnie z tradycją odwieczną, najtęższy skaut flagę ściągnął i na ręce czcigodnego komendanta złożył. Zaczem wsiadanego trąbić poczęto, lecz nie dane nam było w drogę wyruszyć jak dopiero za jakie trzy pacierze, a to z tegoż powodu, imaginujże sobie Waćpan, że się ciury obozowe Mućkas Kwaterko i Gołębiak Zucherko w krzakach zaszyli i kiedy po apelu do obozu powrócili wszyscy już zatroczeni na wozach siedzieli, ci zaś mięli jeszcze maszt ściąć, a zamaskować, na czem zeszedł im czas tak długi, iże się konie spociły i trzeba było cugli im popuścić i popręgów poluzować. I to wszystko akuratnie w on czas, gdy w uroczystem rozkazie z nadania Imć komendanta Mućkas i Gołębiak stopniami ćwików odznaczeni zostali! Wszyscy się przeto w złorzeczeniach pod ich adresem prześcigali, ci jednak lekce sobie ową złość powszechną ważąc pomału i z wydatną pomocą inszych jeszcze person maszt zamaskować raczyli. A że pora zbliżała się późna i zmierzchać miało za trzy godziny, wysłaliśmy podwodę do pobliskiego zajadu "Pod Krasnalem", aby nam zawczasu wieczerzę zacną uważono i do stołów podano skoro tylko na kwaterę zjedziem.

 

 

Jak co niedziela Msza Święta Polowa odprawiana dla wszystkich obozów stacjonujących w lasach parafii Lipinki.

 

Drużyna podczas Mszy Świętej.

 

Zbiórka przed ostatnią kąpielą.

 

Konkurs dziwnych skoków do wody.

 

Wreszcie przy wtórze rogów i we dzwony bicia, ruszyliśmy! Ciągnął się nasz orszak godnie, bo to i Marek Szwejko, i Juras z Brzuchowa, i Wojtas Pajęczak herbu Magnetowidus, i uniżony sługa Waszmości, każdy poczet swój wiódł i wóz w mechaniczne konie zaprzęgnięty prowadził. Wyskoczywszy na trakt bity pognaliśmy w te pędy do umówionej oberży, gdzie jadło i trunki w obfitości wszelkiej czekały już na nas tak, że i we dwa pacierze syci a zadowoleni w dalszą udaliśmy się drogę. Wojtas Pajęczak, jako z nas wszystkich największy ćwik i wyga (za takiego się ma, a przy tem i inni rację mu przyznają i w mniemaniu owym zostawują), udał się drogą inszą, czego my nie uczyniwszy, niezadługo żałować poczęliśmy, gdyż się okazało, jako we Świeciu korek okrutny na gościńcu się wykreował i tumult wielki powstał. Tak też i w sam środek tego pandemonium wstąpiwszy nieledwie dwa pacierze zmitrężyliśmy, wszelako po minięciu dróg rozstaju, gdy i ruch powozów zelżał nieco, ku Warszawie chyżo skoczyliśmy. Aliści będąc już na trakcie ku Sierpcowi, od onego Wojtasa przodem a bokiem puszczonego notę z najnowszemi wieściami trakcyjnemi otrzymaliśmy, iżby ów trakt Gdański ku Warszawie zmierzający na wysokości Czosnowa ominąć, a to ze względu na powtórne ruchu zagęszczenie, a korki, a tumulty. Eksperiencyją nad nami górujący szlachetny Lesław z Gadulska począł tedy zwoje mózgowe, pod siwą a rzadką czupryną bardzo udatnie ukryte, wysilać i nareszcie wykoncypował, iżby z traktu onego ku Błoniu skręcić, by co prawda drogi nadłożywszy, ale jednak per saldo przed inszemi ludy we Warszawie stanąć. Tak też i za namową onego uczyniliśmy, a choć ciemno już było i prospektu na trakcie nie mieliśmy dostatecznego, przecie na nic nie zważając ku stołecznemu grodowi raźno się wypuściliśmy.

 

We bramy miejskie wjechaliśmy kole dziesiątej godziny, a i dobrze, iż niedziela to była, przeto bramy miejskie dłużej otwartemi trzymano, co by się pobożni ludeczkowie z wywczasów wracający do domostw swoich a gospodarstw dostać mogli. Tak też i my w ciżbie ludzkiej tudzież wielkim pomięszaniu, na chwilę pode Zachodnim Dworcem Kolei Żelaznej kontakt z Jurasem straciwszy, aby go w chwil kilka wedle Pomnikiem Lotnika przywrócić, powoliśmy się poruszali. Oto jednak znajome już okolice pojawiać się poczęły i nie minęło wiele czasu, jak pode szkołą na Reja ulicy z fasonem, fantazją kawaleryjską i europejską galanterią stanęliśmy, zaraz też przez czcigodnych rodzicieli skautów otoczonemi będąc. Uściskom a powitaniom końca nie było. "Wiwat!" skandowali jedni, "Niech żyją!" wołali inni, "Gdzie moje bambetle, do jasnej anielki!" przekrzykiwali się kolejni. Gwar, ścisk i tumult taki powstał, iż się baliśmy, aby pobożni mieszczanie okoliczni jakiej delegacyjej straży marszałkowskiej ku nam nie wyekspediowali i by do pałowania a mandatów wystawiania nie przyszło, ale też widocznie nie zważali na nas zbytnio, nawet i wówczas, gdy w ostatnim już kręgu stanąwszy, a dłonie po bratersku uścisnąwszy, zaintonowaliśmy pożegnalną pieśń "Bratnie słowo", poczem rozładowawszy wóz drabiniasty, który tu był przed nami grubo stanął, ku domostwom rozejść się zamierzaliśmy. Jeszcze tylko Marek Szwejko uwagę uczynił o potrzebie niesienia pomocy rodakom przez powódź dotkniętym, jeszcze tylko ostatnie uściski dłoni i już campus przetransferowan został do annałów wspomnień, gdzie spoczywa, oby w jak najlepszem stanie (bo uznać go trzeba za specyjalnie udany i zacny), przez długie wieki. Ament.

 

Co skreśliwszy, łaskawej się Waszmość Pana pamięci poleca,
sługa uniżony i w banku zapożyczony Waszej Miłości,
Leszko Zrzędliwy z Kotlecina Górnego herbu Gderacz

 

P.S. Bądź Waszmość łaskaw na zawiłość stylu a pokrętne słownictwo nie zważając lekturę powyższego memuara kiedy bądź odprawować, dla własnej uciechy czyli też dla inszego celu przez Waszą Miłość dowolnie wyselekcjonowanego, gdyż praktyki lat przeszło pięćset temu zaniechawszy, jeszczem się do onej nowomowy przyzwyczaić nie zdołał, i dalibóg, nie wiem, czyli kiedy zdołam, bo sztuka to nie lada i nie każdemu pisane, aby się w jej arkanach tak zgoła bez nijakiego reporterskiego przygotowania orientować mógł, co by pożytek teraźniejszym a i przyszłym generacyjom przynieść miało, o czem marząc, a plany dalekosiężne rojąc, raz jeszcze gnę się w ukłonach i w pierścień drogocenny (złoto bodajże tureckie, a kamień karatów ze 40, o ile mię pamięć nie zawodzi) z nabożną czcią i bezsprzecznie Panu należnym uwielbieniem usłużnie cmokam.

Cmok!

 

Lech Najbauer
zdjęcia: Marek Gajdziński

do poprzedniego artykułudo początku stronydo strony głównejpowrót do spisu treścido galerii obrazówdo następnego artykułu
©2000 - 2021  16WDH